Donald Tusk o planach rządu

Jak żyć po Euro?
Premier Donald Tusk ocenia Euro 2012, polskich i zagranicznych piłkarzy, opowiada o meczu Niemcy-Włochy na szczycie Unii i nowych celach na następne lata
Kilka miesięcy przed Euro premier rozdawał autografy pod Stadionem Narodowym.
Wojciech Artyniew/Forum

Kilka miesięcy przed Euro premier rozdawał autografy pod Stadionem Narodowym.

Premier z żoną podczas meczu otwarcia ME Polska - Grecja.
Michał Nowak/Newspix.pl

Premier z żoną podczas meczu otwarcia ME Polska - Grecja.

Polska organizatorem piłkarskiego mundialu? Tusk nie mówi nie.
Adam Chełstowski/Forum

Polska organizatorem piłkarskiego mundialu? Tusk nie mówi nie.

[Wywiad ukazał się w numerze Polityki z 4 lipca 2012 r.]

***

Jerzy Baczyński, Janina Paradowska: – Jak żyć, panie premierze, kiedy wielka impreza wyjeżdża i zostajemy znów sami z tym wszystkim, co było wcześniej? Jak uniknąć smutku Calgary, syndromu Lillehamer?
Donald Tusk: – Każde święto po zakończeniu przynosi chwilę nostalgii. Dziś, kiedy opadają emocje, mam takie uczucie jak po strajku w Sierpniu 1980 – oczywiście nie chodzi tu o rangę zdarzenia, bo tego się nie da porównać – lecz o nastrój, o to, że przeżyliśmy coś wyjątkowego, jakieś nadzwyczajne tygodnie. Widzieliśmy wszędzie uśmiechniętych ludzi z biało-czerwonymi flagami, których nikt nie kazał wywieszać. Nikt nie machał nimi przeciwko komuś, nawet w czasie tego najbardziej dramatycznego meczu z Rosją. W ostatnich kilkudziesięciu latach mieliśmy niewiele zdarzeń, kiedy ludzie byli tak pogodni, radośni w zbiorowym uniesieniu, bo rzadko w historii Polski zbiorowe uniesienia nie wiążą się z tragedią czy konfliktem.

Ale tak jak tragiczne zdarzenia pozostawiają traumy, pozytywne też muszą pozostawić trwalszy ślad. Uważam więc, że Euro 2012 nie skończyło się i nie skończy się jeszcze przez wiele lat, bo dobre wspomnienie, uzasadniona wiara we własne siły, odnowienie bezpośrednich więzi człowieka z człowiekiem, nie przez Facebook, ale na ulicy, w pubie, na stadionie, w strefie kibica, w domach – wszystkie te zjawiska są bardzo ważne, wzbogacają naszą zbiorową tożsamość. Może nawet tak zawiązywana wspólnota – tzw. miękka infrastruktura – jest ważniejsza niż najpiękniejszy stadion czy lotnisko.

Cieszy mnie też szczególnie, że mistrzostwa udowodniły, iż setki tysięcy Polaków potrafią znakomicie dopingować, że stadion nie musi być domeną kiboli uważających, że dopingowanie polega na nieustannym bluzganiu i pobiciu kogoś. To było pozytywne zaskoczenie, nawet dla takich doświadczonych działaczy piłkarskich jak Platini. On i inni powtarzali, że czegoś takiego dotychczas nie widzieli, prawie nie dowierzali, że tak to może wyglądać. Na stadionie 80 proc. widzów to Polacy, z pozoru może się wydawać „ultrasi”, każdy z szalikiem w ręku, szaleńczo dopingujący, a gdy zaśpiewali kilkudziesięciotysięcznym chórem „Polska biało-czerwoni”, to upadł mit, że tylko klubowy kibol jest w stanie poprowadzić doping drużyny. To ważne doświadczenie.

Wspominamy emocje, ale przyszedł już chyba czas na twardszą ocenę naszej zdolności organizacyjnej. Nasłuchaliśmy się wprawdzie komplementów, ale co my sami wiemy dziś o jakości naszych przygotowań?
Nie jestem zaskoczony tym, że Euro pod względem organizacyjnym udało się prawie w stu procentach, bo mniej więcej rok temu wiedzieliśmy już, że to, co najistotniejsze, na pewno się uda. Nawet jeśli pojawiały się zagrożenia, czy atmosfera stawała się nerwowa, to ekipy przygotowujące mistrzostwa pracowały niezwykle profesjonalnie. Już lata temu harmonogram został rozpisany na dni, a nawet godziny. Monitoring krajowy i UEFA był dość bezwzględny i tu nie mogło być wpadki. Mniej więcej pół roku temu wiedzieliśmy, że zdecydowanie wyprzedzamy Ukrainę, o której też wiedzieliśmy, że będzie gotowa.

Przeprowadzenie Euro to wyjątkowy i twardy sprawdzian dla tych, którzy mieli dbać o bezpieczeństwo, i tutaj Opatrzność oszczędziła nam zdarzeń nieprzewidywalnych, typu klęski żywiołowe czy powódź, lecz życie nie oszczędziło wszystkich innych zagrożeń wynikających z charakteru imprezy – konfliktów między kibicami, zapowiedzi demonstracji politycznych czy ewentualnego zagrożenia terrorystycznego. Tysiące ludzi – od wolontariuszy po ABW – po raz pierwszy pracowało przy tego typu imprezie i moim zdaniem zdało egzamin na piątkę.

Fakt, że w samych strefach kibica bawiło się prawie 3,5 mln ludzi i nie doszło do żadnego istotnego incydentu, jest zdarzeniem bez precedensu, bo strefa kibica to piłka, alkohol, kibice różnej narodowości, czyli mieszanka zapalna. Świadczy to znakomicie o Polakach, zwykłych ludziach, jako gospodarzach, ale też o bardzo dobrych działaniach prewencyjnych i przygotowawczych ze strony służb. Jeśli mówimy o infrastrukturalnych przedsięwzięciach związanych z mistrzostwami pośrednio lub bezpośrednio, wyniosły one prawie 100 mld zł. Oceniamy, że wszystkie inwestycje pośrednie zostały zrealizowane w 70 proc.

Mówi pan, panie premierze, o znakomitych działaniach prewencyjnych, czy temu, co działo się przed meczem z Rosją, nie można było zapobiec?
Udało się zapobiec drugiej odsłonie zapowiadanej jako możliwość odwetu ze strony chuliganów rosyjskich. Przed drugim meczem Rosjan podjęliśmy decyzje wymagające wyobraźni i odwagi, a także wykraczające poza standard. Przepraszam, tylko tyle mogę powiedzieć. Natomiast przed meczem Polska-Rosja policja, moim zdaniem bardzo słusznie, podejmowała kroki dostosowane do skali zdarzeń, niezależnie od tego, jak przykre były obrazy, które oglądaliśmy. Nie mam wątpliwości, że jeśli jakiś chuligan czy dureń kogoś uderzył, to jesteśmy w stanie go złapać, ale nie możemy zapobiec każdemu przypadkowi.

Niemniej sam fakt pobicia kibiców rosyjskich to jest nasz wstyd. Ale od razu należy podkreślić, że liczba zdarzeń typu pobicie, interwencja policji, pomoc ambulatoryjna czy szpitalna była, w porównaniu z innymi podobnymi imprezami piłkarskimi w Europie i na świecie, najmniejsza ze wszystkich. W dniu meczu Polska-Rosja policja mogła zastosować środki radykalniejsze, ale chodziło także o to, aby za wszelką cenę uniknąć dramatycznych zdarzeń z udziałem masowym, i to się udało.

Czy to bardzo zaważyło na odbiorze mistrzostw na zewnątrz?
Miałem setki rozmów o mistrzostwach z politykami, działaczami, dziennikarzami, zwykłymi kibicami i poza Rosjanami nikt nie zwrócił na to większej uwagi.

A na co zwrócił uwagę prezydent Putin w rozmowie z panem?
Jak na temperament tego polityka była to rozmowa raczej serdeczna. Miała charakter bardzo otwarty, nieformalny, zawierała sugestię, że nie będą w stanie zapanować nad swoimi kibicami, gdyby chcieli brać odwet. Zresztą wydarzenia związane z meczem były ledwie fragmentem rozmowy, bo poruszaliśmy także inne kwestie, będące stałą agendą naszych kontaktów od kilku lat.

Wbrew niektórym spekulacjom, była to rozmowa raczej otwierająca niż przykra dla obu stron. Szczęśliwie, mimo obaw, także wygłaszanych przez prezydenta Putina, że mogą mieć miejsce w Warszawie gwałtowne sceny, okazało się, że Polska jest znakomicie przygotowana, także od strony zapewnienia bezpieczeństwa.

Z jednej strony jako naród jesteśmy szalenie dumni, że się odbyło i się udało – ta duma przebija też z pana słów – z drugiej nieco zakompleksieni, wrażliwi na oceny zewnętrzne, lubiący się przejrzeć w cudzych oczach. Czy Euro istotnie zweryfikowało nasz wizerunek zewnętrzny?
W ostatnich dwóch, trzech latach opinia na temat Polski była wyraźnie lepsza na świecie niż u nas w kraju. Mam wrażenie, że teraz ten dobry przekaz dotrze również do nas, Polaków. Mamy tysiące życzliwych publikacji i setki tysięcy indywidualnych świadectw, dowodów uznania dla naszej sprawności, wręcz entuzjazmu wobec Polski, wzruszenia serdecznością Polaków. Co charakterystyczne, tak samo serdecznie byli witani i Irlandczycy, i Niemcy, jeszcze nie tak dawno rzecz wydawałoby się nie do pomyślenia.

Rozmawiamy o mistrzostwach piłkarskich, a więc kilka pytań do pana jako do piłkarza i kibica. Pierwsze, może najważniejsze, dotyczy przyczyn naszej przykrej, frustrującej porażki.
Stawiacie mnie w dość trudnej sytuacji, ponieważ przekonywałem Franciszka Smudę i piłkarzy, by przyjęli za własną dewizę „Polak wychodzi i wygrywa”, i nie traktowali jako sukcesu zdobycia „wspaniałego” szóstego miejsca. No cóż, poza kilkoma dyżurnymi pieniaczami, w ocenie naszej drużyny zachowaliśmy klasę. I to być może jest nasze największe zwycięstwo, chociaż wolałbym, aby było ono okraszone także sukcesem sportowym. Prawda jest taka, że dzisiejsza piłka nożna w Polsce to, niestety, nie jest jeszcze ten najwyższy poziom, ale co mają powiedzieć Holendrzy, znakomicie piłkarsko zorganizowani w klubach, w których treningi zaczynają już dzieci? Gdy wybiegała na murawę Holandia, to biegło 30 razy więcej pieniędzy, niż gdy wybiegała Polska, a mimo to występy Holendrów zakończyły się kompletną katastrofą, zero punktów.

A co ma powiedzieć Rosja? Więcej wydali na wynagrodzenie Advocaata niż my na całe przygotowania naszej drużyny. Rankingi nie zawsze mówią prawdę, ale warto sobie uświadomić, że Czechy, Grecja i Rosja znajdują się w pierwszej dwudziestce. Mimo to nasza drużyna dała nam wiele emocji. Wszyscy zapamiętamy zacięty mecz otwarcia ze wspaniałą obroną Tytonia, a wcześniej piękną bramką Lewandowskiego. Czy ta genialna bramka Błaszczykowskiego w meczu, w którym zatrzymaliśmy Rosjan, którzy po spektakularnym zwycięstwie nad Czechami zdawali się niesamowicie mocni.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną