Rachunek za Afganistan
Misja w Afganistanie kosztowała dotąd ponad cztery miliardy złotych. Na pomoc Afgańczykom wydaliśmy półtora procent tej kwoty. Reszta poszła na polskie wojsko. Mamy nieźle wyposażoną i doświadczoną pustynną armię, która powoli szykuje się do powrotu.
Polacy z bazy Warrior w oczekiwaniu na śmigłowiec, którym mają rozpocząć podróż do kraju.
Damian Kramski/Agencja Gazeta

Polacy z bazy Warrior w oczekiwaniu na śmigłowiec, którym mają rozpocząć podróż do kraju.

Polski rosomak na ulicach afgańskiej Ghazni.
Damian Kramski/Agencja Gazeta

Polski rosomak na ulicach afgańskiej Ghazni.

Polscy żołnierze i ich codzienna praca w Afganistanie - patrolowanie tamtejszych bezdroży.
Damian Kramski/Agencja Gazeta

Polscy żołnierze i ich codzienna praca w Afganistanie - patrolowanie tamtejszych bezdroży.

TP/Polityka.pl

Najważniejsze dane dotyczące kosztów misji w Afganistanie mieszczą się na kartce formatu A4. Zapisano je w siedmiu punktach głównych wraz z podpunktami. Podzielono na poszczególne lata, a na końcu podsumowano. Choć całość składa się głównie z rzędów liczb, można z nich wyczytać, jak rosły ambicje i możliwości polskiej armii. Armii, która jeszcze 10 lat temu nie używała kamizelek kuloodpornych, w nocy przestawała walczyć, bo nie miała noktowizji, a samoloty bezzałogowe oglądała na filmach. Bez konfrontacji z misyjną rzeczywistością o większości tych zmian należałoby zapomnieć.

Miało to jednak swoją cenę. Również taką, że pieniądze wydane na Afganistan podzieliły armię na jednostki dwóch prędkości. Misjonarzy, w których sporo zainwestowano, i całą resztę. Z raportu NIK wynika, że przez ostatnie lata większość pieniędzy na szkolenie pochłonęły przygotowania do misji. Kiedy natowski czołgista wystrzeliwał 35 pocisków rocznie, polski zaledwie 7 (bo czołgów nie wysłaliśmy do Afganistanu). Piloci szkolący się na misję spędzali w powietrzu ponad 100 godzin. Pozostali nawet połowę mniej.

Po powrocie z Afganistanu nasza pustynna armia będzie musiała na nowo odpowiedzieć na pytanie, jak przygotować się do tego, czemu ma służyć: ochronie kraju. Z drugiej strony bez misji w Afganistanie pewnie nadal myślelibyśmy, że jesteśmy zwarci i gotowi.

Sprzęt

Największą pozycją w budżecie na Afganistan okazały się wydatki na sprzęt. Według wyliczeń Sztabu Generalnego w latach 2007–11 kosztował 1 mld 830 mln zł. Raczej tego nie planowano. Pierwsze transportery Rosomak do Afganistanu miały pojechać bez dodatkowego opancerzenia. Jednak na wniosek ministra obrony narodowej Radosława Sikorskiego zrobiono im próbę afgańską – ostrzał z broni różnego kalibru, który zakończył się unicestwieniem jednego wozu. Pancerze dokupywano na ostatnią chwilę i montowano już w Afganistanie. Koszty poszły w górę.

Na dodatek (na szczęście), żołnierze nie dali się przekonać, żeby część z nich jeździła na patrole w lekko opancerzonych samochodach Humwee, które za darmo leasingowali nam Amerykanie. Te przekazane Polakom miały tak zwany drugi poziom ochrony. Używane przez Amerykanów – czwarty. W przypadku najechania na minę pułapkę z wozu chronionego na poziomie drugim zostawała trudna do zidentyfikowania masa złomu. Po odmowie używania tego sprzętu przez 11 żołnierzy wokół sprawy zrobiło się głośno, a kwestie bezpieczeństwa zaczęto bardziej doceniać. I tak dosyć szybko niemal cały kontyngent przesiadł się na Rosomaki. Koszty rosły.

Rosomaki, które generalnie okazały się najlepszym zakupem polskiej armii w ciągu ostatnich 20 lat, miały jednak swoje wady. Okazało się, że zamontowana w wozie radiostacja ma za słabe parametry jak na Afganistan. Szybko zapadająca i głęboka afgańska noc wymusiła zmianę wizjera kierowcy. W czasie ostrzałów żołnierze z desantu skarżyli się, że wyskakują prosto pod kule wroga, po obydwu stronach pojazdu zamontowano więc dodatkowe kamery działające również w nocy. A wewnątrz monitory.

Pomalowany na zielono Rosomak przyciągał nie tylko wzrok (Afgańczycy ochrzcili go mianem zielony diabeł), ale i promienie słoneczne. Trzeba było wzmocnić klimatyzację. – Dzięki doświadczeniom zebranym w Afganistanie wprowadziliśmy dwieście zmian konstrukcyjnych w Rosomakach. To właściwie nowy pojazd – mówi Zbigniew Habera, dyrektor z Zakładów w Siemianowicach Śląskich, gdzie produkowane są transportery. Ich doposażenie pochłonęło ponad 358 mln zł. Warto było. – Nie boję się powiedzieć, że gdyby nie nasze wozy, stosunek rannych do zabitych byłby odwrotny, niż jest. Żołnierze, którzy przeżyli ataki, sami nam mówili, że to właśnie Rosomakom zawdzięczają swoje życie – dodaje Habera.

Przy okazji Afganistanu dokonała się również rewolucja w kwestii noktowizji. – Jeszcze kilka lat temu w nocy, jako armia, byliśmy kompletnie ślepi. Nasi piloci nie byli szkoleni w lataniu na noktowizji. W pojazdach tego nie montowaliśmy, choć nowoczesne armie miały to w standardzie – mówi emerytowany generał Waldemar Skrzypczak, wiceminister obrony narodowej.

Na pierwszą zmianę do Afganistanu kupiono noktowizory i celowniki z noktowizją za 50 mln zł. Wojskowi chętnie podkreślali tę kwotę. Mniej mówili o ilości kupionego sprzętu. Biorąc pod uwagę, że jeden celownik noktowizyjny PCS-5 kosztuje ponad 45 tys. zł, szybko się okazało, że dla wszystkich nie wystarczy. Trzeba było dokupić. Ku radości żołnierzy na optoelektronikę przez pięć lat trwania misji wydano ostatecznie prawie 200 mln zł.

Od samego początku działania Polaków w zwiększonym kontyngencie najwięcej problemów było ze śmigłowcami i samolotami bezzałogowymi. Małe bezzałogowce, które polska armia zaczęła kupować dopiero od 2005 r. (pokłosie doświadczeń z Iraku), w górzystym Afganistanie średnio sobie radziły. W 2008 r., gdy w Afganistanie zginęło siedmiu polskich żołnierzy, a straty w sprzęcie kilkukrotnie przekroczyły założenia, zrobiono zakupy. Za 100 mln zł. Rok później – już za 445 mln zł. W 2010 r. wydano rekordową kwotę 895 mln zł. Po kilku podejściach udało się kupić pięć nowych śmigłowców transportowych. Na ich zakup i doposażenie pozostałych wydano 528 mln zł. W kraju, w którym patrol z Ghazni do Bagram jedzie 18 godzin, a helikopter leci 45 min, takie zakupy spokojnie można tłumaczyć oszczędnością.

Amunicja

O kilku kwestiach wojsko mówi niechętnie. Na wniosek Służby Kontrwywiadu Wojskowego utajniono liczbę zniszczonych Rosomaków. Co zresztą jest rozsądne. Z takiej informacji talibowie spokojnie mogliby wyciągnąć wniosek, które ich ataki się powiodły i jak duże ładunki trzeba konstruować, żeby niszczyć kolejne wozy.

Trudniej wytłumaczyć, dlaczego wojsko nie chwali się wystrzeloną amunicją. – Myślę, że dlatego, że my naprawdę jej tam nie oszczędzamy. Jak tylko dostajemy ostrzał, to w odpowiedzi robimy im prawdziwą jesień średniowiecza – mówi Daniel, który w Afganistanie zaliczył już trzy misje.

Jednak pewne przybliżone dane na ten temat można znaleźć. Wydatki na amunicję zapisano w tabeli: zakup środków materiałowych. Biorąc pod uwagę, że większość środków materiałowych zapewniają nam Amerykanie, spokojnie można przyjąć, że prawie cała kwota w tej tabeli to pieniądze wydane na amunicję. W 2011 r. na środki materiałowe wydano 60 mln. – Zdecydowaną większość na zakup amunicji 30 mm do armat zamontowanych na Rosomakach. Te działa bardzo skutecznie odstraszają atakujących, ale też amunicja do nich nie jest tania – mówi jeden z ekspertów. – Nabój podstawowy kosztuje w granicach 400 zł. Ale ceny tych specjalistycznych dochodzą nawet do kilku tysięcy za sztukę.

Gen. Zbyszek Czerwiński, pod którego kierownictwem opracowywano raport, jest przekonany, że wyliczone koszty są kompletne. – Przyjęliśmy prostą metodę, że należy policzyć każdą złotówkę, której nie wydalibyśmy, gdyby nasze wojska nie były zaangażowane w tę misję. Po jej zakończeniu może się okazać, że nakłady mogą być mniejsze, bo przecież zdecydowana większość sprzętu wróci do kraju – mówi generał Czerwiński.

Pytanie tylko, w jakim stanie będzie ten sprzęt. Rosomak w Polsce przejeżdża ok. 1,5 tys. km rocznie. W Afganistanie co najmniej 5 tys. i to w skrajnie trudnych warunkach. Przy bardzo dużym zapyleniu, czego żaden sprzęt nie znosi dobrze. Samoloty transportowe Casa 295M, które są podstawowym środkiem transportu do Afganistanu, używane są tak intensywnie, że kilka dni temu Ministerstwo Obrony Narodowej podpisało umowę na zakup pięciu nowych samolotów tego typu. Za transportowce wraz z pakietem logistycznym MON zapłacił 876 mln zł. Pytanie, czy w następnym sprawozdaniu kwotę tę powinno się zaliczać do kosztów misji w Afganistanie, czy też nie?

Padają również pytania, czy te wydatki w ogóle miały sens. Zamiast inwestować w obronność własnego kraju, osłabiliśmy ją. Wozy, które miały chronić Polskę, niszczone są przez talibów. – Cztery miliardy to kwota, jaką rocznie wydajemy na modernizację polskiej armii. Wydanie jej na Afganistan oznacza, że tracimy jeden rok – mówi osoba związana z Biurem Bezpieczeństwa Narodowego. Wojskowi uspokajają, że Afganistan to nie jest stracony czas i pieniądze. – Nauczyliśmy się tam więcej niż przez ostatnie 20 lat. Z Afganistanu przywieziemy prawdziwe, zaprawione w bojach wojsko – mówi jeden z byłych dowódców afgańskiego kontyngentu.

Cały przywieziony z Afganistanu sprzęt, zapewniają wojskowi, będzie gotowy do użycia w europejskich warunkach. Co prawda Rosomaki znów trzeba będzie przemalować, a mundury w pustynnym kamuflażu oddać do magazynu. Reszta, nawet duże ilości pustynnych gogli, też się nie zmarnuje.

Żołnierze

Drugą pod względem wielkości pozycją są nakłady poniesione na pensje i dodatki dla żołnierzy. Od 2007 do 2011 r. armia wydała na ten cel 1 mld 142 mln zł. Na misji zarabia się nawet trzy razy lepiej niż w kraju. Sierżant, który w kraju zarabia 2840 zł, na misji dostaje około 9 tys. Oficer w stopniu majora na misji może zarobić miesięcznie około 13 tys. zł. Jeśli uczestniczy w wielu wyjazdach poza bazę, kwota ta dodatkowo rośnie. Za pierwsze trzy wyjazdy dostaje 300 zł, za kolejne po 50. Ale nie ma nic za darmo. Żołnierze żartują, że na pierwszą misję jedziesz zarobić na remont mieszkania. Na drugą po samochód. A na trzecią po kasę na rozwód.

Ale naprawdę nieprzyjemnie robi się, kiedy żołnierz zostaje ranny. – W ciągu dwóch miesięcy na misji osiem razy byłem pod ciężkim ostrzałem – mówi Franciszek Jurgielewicz, który na VII zmianie stracił nogę. – Później cudem uniknąłem śmierci z wykrwawienia. A następnie przez dwa lata przeszedłem kilkanaście poważnych operacji i zabiegów. Żadne pieniądze tego nie wynagrodzą.

Jego zdrowie, tak samo jak każdego żołnierza poszkodowanego na misji, podlega jednak pewnym mechanizmom wyceny. Za utratę 1 proc. żołnierz dostaje 1500 zł. W wielu wypadkach minister obrony, drogą decyzji nadzwyczajnych, przyznaje jeszcze dodatkowe świadczenia dla poszkodowanych (np. mieszkania, specjalistyczne protezy). W przypadku śmierci żołnierza jego rodzina dostaje 250 tys. zł odszkodowania. Pieniądze wypłacane są z ubezpieczenia, którego koszty pokrywa MON. Ale coraz więcej rodzin poległych uważa, że należy się im jeszcze rekompensata od wojska. W tym roku ministerstwo zawarło kilkanaście ugód z rodzinami poległych. Ich wysokość utrzymana jest w tajemnicy. Kwoty idą już w miliony.

W miliony idą też drobne wydatki, które pomnożone razy 5 tys. osób (średnia liczba żołnierzy przebywających na misji w danym roku) i jeszcze razy 5 lat (podliczony czas trwania misji), tworzą spore sumy. Armia wyliczyła, że na pół roku trwania misji żołnierz potrzebuje środków czystości za 99,93 zł. Kobiety, jako bardziej dbające o higienę, dostają 17 gr więcej.

Coraz większym problemem stają się badania zdrowotne przed wyjazdem na misję. Pomijając ich koszt – 840 zł (w sumie ponad 7,5 mln zł rocznie), to niepokojąco wysoki jest wskaźnik osób, które ich nie przechodzą. Wojskowe jastrzębie postulowały nawet, że skoro ktoś nie nadaje się na misję, to nie powinien nadawać się również do armii. Ale wśród mundurowych jest spore lobby, które twierdzi, że zza biurka również można bronić ojczyzny.

Danych, które o ból głowy przyprawiają wojskowych księgowych, najwięcej jest w rubryce transport. Choć kontyngent leci do Afganistanu na koszt Amerykanów, to już dowiezienie każdej potrzebnej temu kontyngentowi części spoczywa na Polakach. Część lotów wykonują polskie Casy i Herculesy. Ale jest wiele transportów wielkogabarytowych, których nie da się zapakować do tego typu samolotów. Lot w dwie strony dużego samolotu transportowego kosztuje 225 tys. euro. Przez ostatnie pięć lat na transport do Afganistanu wydaliśmy 170 mln zł. Ale apogeum tych kosztów dopiero przed nami, kiedy w 2014 r. zakończy się wycofywanie kontyngentu. Już obecna, XI zmiana zredukowana została o 100 żołnierzy, do poziomu 2,5 tys. osób. Na XII planujemy wysłać 1800. Ale ilości sprzętu nie da się tak łatwo zredukować. Jego ściągnięcie to będą kolejne dziesiątki milionów złotych.

Wojna o wojnę

Wojskowi nie chcą oceniać, czy misja kosztowała dużo czy mało. – Budżet MON w latach 2007–11 wynosił ponad 114 mld zł. A na misję wydaliśmy w tym czasie niespełna 4,5 mld. To zaledwie ułamek tej kwoty – mówi jeden z proszących o anonimowość generałów. Z drugiej strony te 850 mln szło na utrzymanie w Afganistanie około 5 tys. żołnierzy rocznie. – I to są realne koszty. Wojna to droga rzecz i tu nie ma na czym oszczędzać. No bo z czego mamy zrezygnować: z kamizelek kuloodpornych czy z celowników noktowizyjnych? – pyta inny wojskowy, który był na misji.

Żaden wojskowy nie powie tego pod nazwiskiem, ale dla armii Afganistan okazał się błogosławieństwem. – Sprzęt, który uważaliśmy za nowoczesny, w zetknięciu z realną wojną kompletnie się nie sprawdził. Wszystko, z czym wysłaliśmy żołnierzy na pierwszą zmianę do Iraku, przeszło głęboką modernizację albo przestało być kupowane. To zabrzmi politycznie niepoprawnie, ale obydwie misje okazały się wielkim poligonem doświadczalnym, bez którego nasza armia dalej tkwiłaby technologicznie i mentalnie w Układzie Warszawskim – mówi proszący o anonimowość wysoki rangą oficer.

Afganistan jest też jednym z pretekstów do utrzymywania wysokich nakładów na armię. I jeśli komuś ta misja pomogła, to zdecydowanie bardziej polskiemu wojsku niż Afganistanowi. 4 mld 317 mln zł, które w latach 2007–11 wydaliśmy na funkcjonowanie kontyngentu w Afganistanie głównie skonsumowała nasza armia i przemysł zbrojeniowy. Na afgańską ludność cywilną wydaliśmy 53 mln 864 tys. zł (1,25 proc.). Taką kwotę przekazał polski MSZ na projekty pomocowe. Z tych pieniędzy buduje się szkoły, drogi, ronda, a nawet park.

Przez pierwsze lata naszej obecności w Afganistanie była to pomoc raczej symboliczna. Dopiero od 2009 r. kwoty zaczęły przekraczać 10 mln zł rocznie. Od tamtego czasu wydatki z roku na rok rosną, ale w kraju, który właściwie nie ma przemysłu, eksport jest szczątkowy i od ponad 30 lat trwają działania wojenne, bez efektu można utopić każdą kwotę. Żołnierz, który w 2009 r. był na misji w Afganistanie, wspominał, że po pierwszej wizycie w afgańskiej wiosce popłakał się ze złości. – To był grudzień. W nocy robiło się naprawdę zimno. Dzieci w wieku mojej córki biegały boso i w lekkich sweterkach. Mieliśmy do rozdania trochę rzeczy i cztery koce. Ale i tak starsi mężczyźni zabrali dzieciom, co dostały. Nie wolno było nam interweniować – wspomina.

Niemcy na projekty cywilne przeznaczyli więcej niż my na całe utrzymanie kontyngentu. Oni też najszczodrzej wypłacają odszkodowania za straty, które powstały w wyniku działalności ich kontyngentu. Rodzina Afgańczyka, który przypadkowo zginął z winy niemieckich żołnierzy, może dostać nawet 25 tys. dol. odszkodowania. Polacy płacą znacznie mniej. Szczegółów się nie podaje. Wiadomo, ile wypłacono za traktor uszkodzony w zderzeniu z Rosomakiem – 500 dol. Za wszelkie straty materialne i ludzkie spowodowane przez ostatnie pięć lat Afgańczycy dostali od polskiego kontyngentu nieco ponad 237 tys. zł. Jeden zniszczony Rosomak kosztuje 12 mln zł. Czas wracać.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną