Jan Tombiński - ambasador UE na Ukrainie

Puzzle Tombińskich
Przez sześć lat był przedstawicielem Polski przy Unii Europejskiej, teraz zostaje ambasadorem całej Unii w Kijowie. Jan Tombiński wyjeżdża na Ukrainę z żoną i ośmiorgiem z dziesięciorga dzieci.
Jan z dziećmi: Emilią, Stanisławem, Tadeuszem, Stefanem, Marcinem, Jakubem, Jadwigą, Zofią i Karolem (brakuje Aleksandra).
Wiktor Dabkowski/Polityka

Jan z dziećmi: Emilią, Stanisławem, Tadeuszem, Stefanem, Marcinem, Jakubem, Jadwigą, Zofią i Karolem (brakuje Aleksandra).

Piosenka dla Olka z okazji jego urodzin.
Archiwum prywatne Jana Tombińskiego/AN

Piosenka dla Olka z okazji jego urodzin.

wspólne pieczenie ciasteczek przed Bożym Narodzeniem.
Archiwum prywatne Jana Tombińskiego/AN

wspólne pieczenie ciasteczek przed Bożym Narodzeniem.

Jan z Aleksandrem i Tadeuszem, wiosna 2011 r.
Archiwum prywatne Jana Tombińskiego/AN

Jan z Aleksandrem i Tadeuszem, wiosna 2011 r.

Jan Tombiński, ambasador Polski przy UE, nie pierwszy raz ogląda starcie między Grecją a Niemcami. Ale tym razem, w czerwcowy wieczór, mecz odbywa się na stadionie, a stawką jest półfinał w Euro 2012. Tombiński śledzi mecz z żoną Agnieszką i siedmiorgiem z dziesięciorga dzieci, razem siedzą przed telewizorem w willi ambasadora w Brukseli. Małżonkowie zgodnie dopingują Greków: – Jak Niemcy wygrają, to nic się nie zmieni. A Grekom potrzebny jest zastrzyk optymizmu, wiara, że coś im się udaje. – Przecież Niemcy są lepsi! To sport, nie polityka – komentuje 21-letni Tadeusz, drugie w kolejności najstarsze dziecko Tombińskich. – Ja chcę, żeby wygrała Polska – przedziera się przez głosy rodzeństwa najmłodsza, czteroipółletnia Zosia.

Tombiński ledwo zdążył na mecz. Wcześniej odwiózł na lotnisko ministra finansów Jacka Rostowskiego, któremu towarzyszył na posiedzeniu Ecofinu, unijnej rady ministrów finansów. Rozmawiano o naprawie europejskiego systemu bankowego i projekcie unii bankowej. Tombińskiego nie będzie już w Brukseli, gdy ten projekt ujrzy światło dzienne. Właśnie kończy sześcioletnią kadencję stałego przedstawiciela Polski przy UE i karierę polskiego dyplomaty w ogóle – we wrześniu obejmie stanowisko ambasadora całej Unii w Kijowie, a jego szefową będzie wysoka przedstawiciel ds. polityki zagranicznej UE Catherine Ashton. Po raz pierwszy Polakowi powierzono stanowisko unijne związane ze Wschodem. Do tej pory trzymano nas od takich zadań z daleka.

Brak im słów

W rodzinie Tombińskich w piłkę nożną grają wszyscy mężczyźni, a trzech synów ma uprawnienia sędziowskie, zdobyte w królewskim klubie Belgii. – U nas wystarczy, że ktoś krzyknie, „kto idzie grać w piłkę?”, i już jest gotowa drużyna – opowiada Staś, lat 19. Najstarsi zaczęli grać w Słowenii, która była drugą po Czechach placówką dyplomatyczną Tombińskiego. – Jak wróciliśmy do Warszawy, to chłopcy grali po słoweńsku. Słowa bramka, karny czy sędzia znali tylko w tym języku – wspomina ojciec. Teraz nie pamiętają już słoweńskiego, za to świetnie mówią po francusku. Przed Brukselą cała rodzina sześć lat mieszkała w Paryżu, gdzie Tombiński był ambasadorem od 2001 r.

Propozycja wyjazdu do Paryża była ogromnym zaskoczeniem. Tombiński był już wtedy wysokim rangą urzędnikiem w MSZ z doświadczeniem w Pradze, Słowenii oraz Bośni i Hercegowinie. Ale nie był znanym dyplomatą. – Dla Francuzów to mogło być wręcz obelgą, że wysyłają do Paryża kogoś nieznanego – wspomina Agnieszka Tombińska. Zastanawiali się długo, czy podołają. Z drugiej strony odmówić nie wypadało – propozycja wyszła od ówczesnego ministra spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego, a Tombińskiego polecił mu Bronisław Geremek. Chcieli kogoś, kto naprawi kiepskie wówczas stosunki Polski z Francją, ale nie na szczytach władzy, tylko na poziomie wyższej administracji.

Nie było łatwo, bo starsze dzieci chodziły już do szkoły. Mama, lingwistka znająca pięć języków, co wieczór organizowała dla ówczesnej siódemki okrągły stół nauki francuskiego. Dziś nawet czasem kłócą się po francusku, bo brakuje im mocnych słów po polsku. W Paryżu niektórzy pytali, niby dowcipnie, czy jest alkoholikiem, czy katolikiem, że ma tak dużo dzieci. – Ucinałem odpowiadając, że jedno i drugie – mówi Tombiński. Pewnego dnia dzieci dla zabawy przedstawiały się gościom numerami po francusku. Ktoś wziął to na poważnie i po jakimś czasie do Tombińskich wróciła dyplomatyczna plotka, że w jednej z wielodzietnych rodzin są biedne dzieci, które nie mają nawet imion.

Rodzina ponosi największe koszty mojej pracy. Ja jestem w systemie, a oni co kilka lat muszą zmienić szkoły, kolegów, lekarzy – mówi Tombiński. Funkcjonowanie domu, nauka i zdrowie dzieci spoczywa na żonie. W sprzątaniu i przy najmłodszych korzysta z pomocy pani Kasi, ale gotuje już sama. Tombińska jest mistrzynią organizacji i planowania. Na ścianie w kuchni wisi grafik z rozkładem lekcji i zajęć pozaszkolnych, dla każdego dziecka w innym kolorze. Wszystko tak zaplanowane, by odwożąc np. Jadwigę na balet, zabrać Karola z zajęć muzycznych. – Już w wieku ośmiu lat sami robiliśmy sobie śniadania – mówi 17-letni Stefan. Największym ułatwieniem są stałe godziny szkoły w Belgii przez cały rok. – W Polsce zmieniają się co półrocze. To zmora – wspomina Tombińska.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną