Kraj

Syndrom zakładnika

Rodzina - największy kłopot premiera Tuska

Ojciec i syn w sopockim mieszkaniu Tusków. Ojciec i syn w sopockim mieszkaniu Tusków. Wojciech Jakubowski / KFP
Donald Tusk w ostatnich tygodniach – po raz pierwszy, odkąd jest premierem – wyglądał na polityka, który w każdej chwili może podać się do dymisji.
Michał Tusk po sprawie Amber Gold stał się niespodziewanie politycznym ciężarem dla ojca - premiera.Wojciech Jakubowski/KFP Michał Tusk po sprawie Amber Gold stał się niespodziewanie politycznym ciężarem dla ojca - premiera.

Problem z synem Michałem, który wplątał się w związki z biznesami Marcina P. wydawał się zakończony po konferencji premiera 14 sierpnia. Ale potem pojawiła się sprawa notatki ABW przekazanej do kancelarii szefa rządu, a wraz z nią niejasność, czy Tusk się z nią wówczas zapoznał i czy skorzystał z tych informacji, aby ostrzec syna przed niebezpiecznymi relacjami. Premier zaprzeczył, ale to tylko spotęgowało wysiłki opozycji, by złapać go na jakiejś nieścisłości.

Ludzie z otoczenia Tuska mówią, że mocno przeżywa on tę polityczno-rodzinną zawieruchę. Bo to sprawa zupełnie inna niż te, z którymi tak zdecydowanie i twardo radził sobie przez ostatnie pięć lat. Ale teraz wygląda na człowieka, który obawia się o los wciąż nieuwolnionego zakładnika. W dodatku ten zakładnik nie bardzo chce współpracować i nie słucha poleceń.

Dziwny wydaje się pomysł z zatrudnieniem przez młodego Tuska Romana Giertycha jako adwokata w sprawach przeciwko trzem gazetom. Wzięcie na prawnego pełnomocnika kogoś, kto był wicepremierem w rządzie, wobec którego ojciec pozostawał w totalnej opozycji, jest posunięciem jak z teatru absurdu.

Nie można wykluczyć, że jednak była to decyzja Tuska juniora, którą ktoś mu zasugerował, ale nie był to ojciec. Byłby to dalszy ciąg serialu pt. „Niezależność syna premiera”. Późniejsze stwierdzenie Tuska seniora, że Giertych to skuteczny prawnik, a jego polityczna przeszłość nie ma tu znaczenia, można by w tej wersji potraktować jako próbę wytłumaczenia sytuacji, którą poznało się post factum.

Tusk jednak znany jest z przeprowadzania niekonwencjonalnych politycznych transferów, więc prawdopodobna jest też hipoteza, że decyzja o zatrudnieniu Giertycha była z premierem co najmniej uzgodniona, jeśli to nie on sam (a np. zaprzyjaźniony z Giertychem Radosław Sikorski) adwokata podsunął. To wciąż brzmi dość absurdalnie: były szef nacjonalistycznej antyeuropejskiej partyjki i zastępca naczelnego wroga Tuska w rządzie IV RP, po udanym reprezentowaniu jego syna przed sądem, w nagrodę dostaje wygodny fotel w Parlamencie Europejskim (a takie hipotezy się pojawiają). Wydaje się, że Tusk musiałby postradać zmysły, aby na to pójść.

Nie chodzi już o to, że Giertych jest radykałem, bo po odejściu z oficjalnej polityki często jawi się on jako inteligentny i daleki od ideologicznego ekstremizmu komentator. Może wydawać się Tuskowi, na przykład, jakąś obiecującą w przyszłości prawicową przeciwwagą dla Jarosława Gowina. Ale sam rodzaj jawnej transakcji, jaka miałaby się dokonać, pomieszanie ról, wciągnięcie do rozgrywki rodziny, po to aby taką taktyką przybliżyć do Platformy byłego wroga, wszystko to wygląda na zbyt grubymi nićmi szyte, aby się udało.

A jeśli chodzi o to, aby Giertych budował w przyszłości, obok Platformy, jakąś niezależną prawicową formację, która skuteczniej od ziobrystów rywalizowałaby z PiS, to taką operację można by przecież przeprowadzić dyskretniej, bez angażowania Giertycha do sprawy młodego Tuska przeciw tabloidom i tym samym, ostentacyjnego ujawniania politycznych intencji. Chyba że opinie o politycznej przebiegłości premiera i jego wizerunkowej intuicji są przesadzone.

Tak czy inaczej, widać tu rodzinny dramat ojcowski i synowski. Michał Tusk budzący z oddali intuicyjną sympatię, jako postać rodzinna, ojciec premierowskich wnuków, nie sprawiał żadnych kłopotów. Raczej starał się bez rozgłosu szukać swojego miejsca w życiu zawodowym i publicznym. I nagle w tym wizerunku nastąpiło pęknięcie.

Kiedyś Donald Tusk powiedział, że człowiek staje się konserwatystą, kiedy dorasta mu córka. I w Tusku jest coś z takiego rodzinnego konserwatysty, który najbardziej ze wszystkiego obawia się kompromitacji osobistej, nieporadzenia sobie z bliskimi, nieuchronienia ich przed politycznymi skutkami swojej premierowskiej misji. Przeciwnicy zdali sobie sprawę, że Tusk może być bezwzględny wobec każdego wroga czy przyjaciela, ale nie wobec rodziny. I drążą temat do maksimum, bez względu na prośby szefa rządu do dziennikarzy, aby już te kwestie odpuścili, ewentualnie atakowali tylko jego, ale nie syna. Te prośby oczywiście nie będą wysłuchane. Tusk obiektywnie stał się słabszy, bo w monolicie rodzinnym pojawiła się szczelina dająca szansę przeciwnikom, by w nią się wedrzeć i wroga przynajmniej zranić.

I to będzie trwało, zwłaszcza jeśli Michał Tusk będzie toczył absurdalną wojnę z tabloidami przy pomocy Romana Giertycha. Ewentualne procesy z udziałem syna premiera – niemającego medialnej i socjotechnicznej zręczności ojca – nie pozwolą publiczności zapomnieć o sprawie Amber Gold przez wiele miesięcy. Dlatego, powtarzamy, trudno się oprzeć wrażeniu, że dzieją się historie, nad którymi premier stracił kontrolę i stara się tylko ograniczać straty. Do tej sytuacji chyba najlepiej pasuje znana fraza Jarosława Kaczyńskiego, że „Tusk nic nie może”.

Ta rodzinna trauma trafiła premiera w złym momencie i osłabia jego kondycję przed bardzo ciężkim sezonem. Bo chyba nie ma gorszej fazy rządzenia niż koniec pierwszego roku drugiej kadencji. Po entuzjazmie wyborczym nie ma już śladu, do następnej elekcji koszmarnie daleko. Adrenalina przestaje działać, dopalaczy brak.

Zwłaszcza że zamulają się przewody, którymi dotąd dopływała energia. Tusk już wie, że nie będzie wielkim wizjonerem. Nic nie przebije jego kilkugodzinnego exposé z 2007 r., gdy przedstawiał wizję kraju-raju. Próbując powtórki, byłby śmieszny i niewiarygodny. Teraz stał się strażnikiem status quo i kierownikiem utrzymania ruchu. Nikogo już nie porwie, zresztą w wizje sam już chyba nie wierzy, wręcz uważa je za fatamorganę mącącą ludziom w rozumach, kiedy nadchodzi wtórne kryzysowe tsunami.

Kończą się też możliwości efektownych, zaskakujących roszad personalnych w rządzie i Platformie. Doradza to teraz premierowi Aleksander Kwaśniewski. Ale siła takich zmian się wyczerpała. Nowi ludzie sprzed roku, jak Arłukowicz, Gowin, Mucha, Nowak, ugrzęźli w ciężkiej, niewdzięcznej robocie i już niewiele Tuskowi dodają. Przeciwnie, akurat oni w różnym stopniu stają się ciężarem. Nie bardzo jest kogo teraz wystawić, aby wzbudzić pozytywne emocje. Media spekulują, że do rządu może trafić Joanna Kluzik-Rostkowska. Ale i tak awanse i dymisje zdają się w tym sezonie politycznie mało efektywne.

I wreszcie – kończy się ładny Tuskowy słownik polityczno-uczuciowy. Już było: zaufanie, miłość, rodzina. Ale to pojęcia dobrze brzmiące przy 4–5-proc. wzroście PKB. Przy 2-proc. wyłażą inne wyrazy: bezrobocie, redukcje, nierówności, może recesja, oszczędności, utrzymanie, podtrzymanie, niepogorszenie. To nie są czasy na pokazywanie politycznego machismo.

Tusk nie tylko w sferze prywatnej, ale też publicznej musi walczyć ze zjawiskami, które od niego nie zależą. Zmęczenie, znużenie władzą, nawet taką, której nie chce się jakoś zawzięcie zmieniać na inną, jest naturalnym odruchem publiczności.

Politolodzy przypominają chętnie Tony’ego Blaira, byłego brytyjskiego premiera, który był dzieckiem szczęścia polityki, aż nagle przestał się podobać. Polityczni konsumenci co jakiś czas po prostu chcą nowego modelu, bo stary – jak głoszą prawa rynku – zużywa się moralnie. Blair oddał w końcu władzę partyjnemu koledze Gordonowi Brownowi. Czy Tusk miałby komu oddać? Zresztą Brown kolejne wybory przegrał i rządy objęła opozycja. Tyle że w Polsce opozycją jest PiS, co wciąż gwarantuje Tuskowi jaki taki spokój. Pytanie, jak długo jeszcze.

W swoim tzw. exposé Jarosław Kaczyński przedstawił zupełnie nierealne finansowo plany dla kraju. Ale, co charakterystyczne, nie został za to frontalnie zganiony i wdeptany w ziemię. Mrzonki, bajki, zabawy – takie oceny oczywiście się pojawiły i z powodów finansowych realiów były zasadniczo słuszne. Niemniej, nawet ludzie niechętni Kaczyńskiemu ze zdumieniem odkrywali, że momentami ton wystąpienia lidera PiS nie brzmiał dla nich źle. Że w czasach budżetowej łataniny, księgowego ścibolenia, ratingów, niemieckich rozterek, hiszpańskich obligacji i greckiej tragedii, ktoś powiedział coś innego, trochę jednak innym, bardziej lokalnym językiem (o gimnazjach, NFZ, gmatwaninie przepisów itd).

I następny pozytywny szok: ani słowa o Smoleńsku. Bo do Kaczyńskiego stosuje się logika jak ze starego dowcipu: dał cukierka, a przecież mógł zastrzelić. Kaczyński został pochwalony za to, że nikogo nie obraził, nie pomówił i zachował się w miarę przyzwoicie, a więc za to, za co nigdy nie chwali się innych polityków, poza liderem PiS. Tak sobie publiczność wychował sam prezes.

Także jego propozycja zwołania narady ekonomistów jest wychwalana jako przejaw normalności i odpowiedzialności, prawie gest męża stanu. Jakoś umknęła krótka odpowiedź Kaczyńskiego na pytanie, dlaczego na naradę nie zaprosił ministra Rostowskiego, na co szef PiS odpowiedział (streszczając), że jak dotąd minister nie zaproponował niczego istotnego, a więc nie ma się po nim czego spodziewać. Kaczyński jest oceniany nie według zwykłych kryteriów, ale w porównaniu z tym, jaki był wcześniej i jaki mógłby być. „Tylko żeby wytrzymał…” – powtarzają jak mantrę prawicowi publicyści, co można zrozumieć jako: „żeby trochę dłużej niż zwykle poudawał, że jest merytoryczny i umiarkowany…”.

Ludzie Tuska poczuli, że Kaczyński gra w to, co powoli udaje się propagandowo rozegrać w krajach starej Unii, zagrożonych wielkimi socjalnymi cięciami: to nie nasz kryzys, nie będziemy płacić za krach systemu, to wszystko wina euromatołów i bankierów. Dlatego pojawił się pomysł debaty Tuska z Kaczyńskim o ekonomicznych wizjach kraju. Tusk chce niepokojący i jakoś niesprawiedliwy (przez brak odpowiedzialności) „romantyzm” Kaczyńskiego zderzyć z twardymi realiami. Jakby obawiał się syndromu (nomen omen) rodziców, z których jeden ciężko pracuje, stara się, nie ma czasu na miłe słówka, a dziecko lgnie do tego drugiego, które nie stawia wymagań tylko zapewnia potomka, że jest genialny i mu się należy.

Ale problem w tym, jak zbudować wizję bez wizji. Jak lansować optymizm przy marnych prognozach. Jak uczciwie obiecać coś, co może być zniweczone następnego dnia po kolejnych komunikatach z tzw. rynków finansowych.

Tusk nie ma chyba innego wyjścia niż próba ucieczki w ustanowioną przez siebie kategorię wielkości. Przeżył wielu europejskich premierów, wciąż utrzymuje gospodarkę na plusie. Może być na całe dekady jedynym polskim politykiem, który trzy razy z rzędu wygra wybory parlamentarne. Jak żaden poprzednik potrafi dystansować największą siłę opozycyjną, pozostawiając ją na bezpiecznym aucie. Zna też swoje błędy, przewagi, ograniczenia. I ważne, że wiedzą to mniej więcej również jego wyborcy. Co potwierdzają w kolejnych sondażach opinii publicznej, w których Platforma co prawda faluje niżej–wyżej, ale nigdy nie spada poniżej Prawa i Sprawiedliwości.

Tusk udowodnił swą umiejętność trwania w kryzysie. Blokowania ryzykanckich i niebezpiecznych zmian ustroju i praktyk politycznych. Dostosowywania polityki do oczekiwań społecznych.

Ale przeciwnik też tę sytuację coraz lepiej poznaje i coraz skuteczniej uderza. Można usłyszeć czasami od polityków Platformy, że jakoś oni sami nie wyobrażają sobie jeszcze trzech lat „takich samych”, bez jakiegoś przełomu, impulsu, dopływu świeżych sił. Wszyscy niezmiennie patrzą na Tuska, kiedy on coś nowego wymyśli. Więcej, wielu platformersów także sądzi, że prosta kontynuacja dzisiejszego stanu wydaje się nie do zniesienia, nawet jeśli nikt nie obiecywał, że demokracja zawsze musi być ciekawa i zawsze będzie kręcić się do przodu. Czekają na Tuska, a Tusk jak gdyby niczego od Platformy już nie oczekiwał, nawet jeśli od czasu do czasu na nią huknie. Nie próbuje pobudzać partii, zająć jej jakąś pracą myślową, wypchnąć w stronę społeczną. A na dodatek znowu pojawiają się spekulacje na temat europejskiej kariery Tuska, co oznaczałoby przecież faktyczne porzucenie przez niego Platformy.

Wiele wskazuje na to, że Donald Tusk znalazł się w przełomowym momencie. Szuka motywacji do dalszego długiego trwania albo argumentów za odejściem. Niewiele chyba trzeba, aby którąś z tych szal przeważyć.

Polityka 37.2012 (2874) z dnia 12.09.2012; Temat Tygodnia; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Syndrom zakładnika"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną