Kraj

Ile dla głowy

Najważniejsze osoby w państwie zarabiają za mało

PIOTR BAWICKI/EAST NEWS, LESZEK ZYCH, ADAM CHEŁSTOWSKI/FORUM
Najważniejsze osoby w państwie zdecydowanie za mało zarabiają, ale nie mają odwagi dać sobie podwyżek.
PIOTR BAWICKI/EAST NEWS, LESZEK ZYCH, ADAM CHEŁSTOWSKI/FORUM

Artykuł w wersji audio

Ludzie, którzy zarządzają 38-milionową „korporacją” i miliardami złotych, od których decyzji zależą losy kraju, grup, środowisk, mają pensje porównywalne do personelu średniego szczebla w niedużej firmie. Zresztą urlop też muszą brać chyłkiem, żeby się tylko nie wydało. Wymagania wobec najwyższych urzędników w państwie są ogromne, mają zajmować się wszystkim i odpowiadać za wszystko, ale ma to się odbywać, jak należy rozumieć – jedynie w ramach „powołania” i „misji”. Tabloidy zagryzłyby każdego, kto powiedziałby, że władza zarabia za mało. Z tego samego powodu przez dwie dekady rządzący latali na sprzęcie sprzed 40 lat.

Kiedy na salonach europejskich pojawiał się temat zarobków w polityce, to premier Józef Oleksy milczał. – 13 tys. zł to wysokość ostatniej pensji, która wpłynęła na moje konto jako szefa rządu. Jak kiedyś powiedziałem moim zachodnim kolegom, ile zarabiam, myśleli, że żartuję i wybuchnęli śmiechem. Uważam, że premier powinien zarabiać 25–30 tys. zł miesięcznie na rękę, ale żaden z czynnych polityków nie ma odwagi powiedzieć tego głośno – mówi Oleksy.

Nic dziwnego, że politycy, zakładnicy politycznych sondaży, nie dają sobie podwyżek, bo reprezentatywne badania opublikowane na portalu wynagrodzenia.pl pokazują, że aż 60 proc. Polaków uważa, że zarobki polityków są „zdecydowanie za wysokie”, a tylko 3 proc. uznaje je za „zdecydowanie za niskie”. Opinia publiczna pogodziła się z tym, że prezesi firm zarabiają choćby i sto razy więcej niż ich szeregowi pracownicy, ale – zapewne także właśnie pod wpływem tabloidów – politykom nie popuszczą. Akceptują tym samym, że o ich życiu decydują ludzie z zarobkami, za które żaden prezes choćby marnej korporacji nie wstałby nawet z łóżka. Pensje urzędników i polityków zawsze są przykładane do własnych, ale zarobki biznesmenów już nie.

Premier pod kreską

Premier Donald Tusk zarabia 16 tys. 674 zł brutto – na co składają się pensja zasadnicza oraz dodatki: funkcyjny i za wieloletnią pracę. Po odliczeniu podatku i składek, na konto głowy polskiego rządu wpływa niecałe 13 tys. zł. Zarobki jego zagranicznych kolegów po fachu mogą frustrować premiera. Szef rządu Czech, gdzie średnia krajowa płaca jest tylko nieznacznie wyższa od polskiej, zarabia o kilka tysięcy więcej od Tuska. Nie mówiąc o prezydencie Francji, który po obcięciu swojej pensji o jedną trzecią zarabia w przeliczeniu na złotówki prawie 60 tys.

Nawet uwzględniając, że średnia pensja we Francji czy Niemczech jest prawie trzykrotnie wyższa niż w Polsce, to zachowując te proporcje, wynagrodzenie naszego premiera i prezydenta i tak są dużo niższe. Tuskowi płacimy o ponad połowę mniej niż Hiszpanie swojemu Mariano Rajoyowi – 27 tys. zł. Zarabia tyle samo, co premier Litwy, która ma 12 razy mniej ludności niż Polska.

Do tego Donald Tusk ma na głowie 450 tys. zł kredytu, który zaciągnął razem z żoną, synem i synową na ich pierwsze małżeńskie mieszkanie. Małgorzata Tusk w wywiadzie dla kolorowej prasy wyznała, że „wszyscy solidarnie go spłacają”. Przy takich zarobkach i z niepracującą żoną na utrzymaniu to jedyna forma wsparcia finansowego, jaką Tusk mógł dać swojemu synowi na życiowym starcie. Z poselskiej, a później z premierowskiej pensji nie mógł za wiele odłożyć. Ujawnia w oświadczeniu majątkowym 35 tys. zł i 500 dol. oszczędności. Halina Kochalska, analityk Open Finance, zdolność kredytową premiera, uwzględniając jego metrykę, ocenia na około pół miliona złotych, co może wystarczy na 50-metrowe mieszkanie w przeciętnej dzielnicy Warszawy. Dodaje, że banki niechętnie udzielają politykom wielkich kredytów, jeżeli polityka to jedyne źródło ich utrzymania.

Porównywalne pieniądze zarabia kierownik w korporacjach, odpowiadający za zarządzanie tylko jednym obszarem firmy, na przykład marketingiem czy finansami. Ma on pod sobą kilkuosobowy zespół ludzi – mówi Barbara Zych, ekspert branży HR. Nad takimi kierownikami jest jeszcze dyrektor z dwa razy większymi zarobkami, a nad nim dyrektor departamentu z jeszcze większym uposażeniem itd.

Premierowi tych niskich zarobków nie rekompensują przywileje. Za 5 tys. miesięcznie podatnicy utrzymują willę przy ul. Parkowej w Warszawie, kilka kroków od Kancelarii Premiera, w której Tusk ma do dyspozycji 430 m powierzchni mieszkalnej. Rachunki za mieszkanie w Sopocie musi regulować sam, ale lata tam co weekend na koszt podatników. Nie ma za to żadnego funduszu reprezentacyjnego i za wszystkie garnitury i dobre koszule (w których gustuje) też musi płacić z własnej kieszeni. Premier ze względów czasowych, ale też formalnych, zresztą tak samo jak ministrowie, nie może nigdzie dorobić do pensji. Tylko ci z tytułami profesorskimi i habilitacjami mogą wziąć kilka godzin wykładów na uczelni. W większości, z premierem na czele, są skazani na pensje nieadekwatnie niskie w stosunku do zakresu obowiązków i odpowiedzialności, jaką na siebie wzięli.

Pod żyrandolem

Prezydent ma konstytucyjny zakaz podejmowania dodatkowej pracy, ale jemu w porównaniu z premierem czy ministrami wiedzie się lepiej. Choć też nie są to żadne kokosy. Zarabia 20 tys. 137 zł brutto, na rękę około 15 tys. Bronisław Komorowski nie ujawnia swojego oświadczenia majątkowego, więc nie wiadomo, ile udaje mu się odłożyć z prezydenckiej pensji. Lech Kaczyński publikował te dane, z których wynikało, że przez cztery lata prezydentury jego oszczędności wzrosły z 20 do ponad 300 tys. zł. Razem z teściami córki Marty spłacał też kredyt za jej małżeński gdyński apartament. Prezydent miał z czego, zważywszy, że głowa państwa nie płaci rachunków za prąd, telefon i dania z karty, które w Belwederze gotuje osobisty kucharz.

Sytuacja prezydenta wydaje się lepsza niż premiera nawet wtedy, gdy wyborcy zdecydują, że musi pożegnać się z Pałacem. Wszyscy „byli” dostają bowiem dożywotnio połowę uposażenia obecnie urzędującej głowy państwa. Komisja Palikota w poprzedniej kadencji chciała zrównać te świadczenia w górę, ale pomysł nie doczekał się finału.

To żenujące, że byłych premierów zostawia się praktycznie bez niczego, a tak naprawdę to oni rządzą krajem, a nie prezydenci. Mówię to w imieniu wszystkich, bez względu na barwę polityczną: Olszewskiego, Mazowieckiego i swoim – podkreśla Józef Oleksy. – Kiedyś widziałem, jak były premier pierwszego po wielu latach demokratycznie wybranego rządu marznie na przystanku. Pomyślałem, że to wielki wstyd dla państwa – mówi jeden z polityków opozycji.

Premier Mazowiecki doradza dziś Bronisławowi Komorowskiemu za około 10 tys. zł brutto.

Poziom polski

Największy finansowy skok wzwyż zaliczają posłowie, którzy przeprowadzili się do Brukseli. Z 6 tys. euro na rękę miesięcznie przebijają o 14 tys. zł pensje posła z Wiejskiej, o 11 tys. zł premiera i o 9 tys. prezydenta. Marszałek Sejmu Ewa Kopacz, która kieruje całym Sejmem, zarabia połowę tego, co europoseł. Do tego jeszcze za każdy dzień sesji plenarnej dostają po 300 euro diety.

Nasze wynagrodzenie jest na poziomie europejskim i adekwatne do wkładu naszej pracy; to w Polsce politycy zarabiają za mało, a nie my za dużo – mówi europoseł Andrzej Grzyb (PSL), który przy Wiejskiej spędził pięć kadencji. Wtóruje mu szef sejmowej komisji finansów publicznych, były europoseł Dariusz Rosati: – Poselskie wynagrodzenia są bardzo niskie, ale to, co zarabia premier w stosunku do odpowiedzialności, którą na siebie bierze, to po prostu skandal.

Rosati nie pobiera pensji z sejmowej kasy, bo nie jest posłem zawodowym. Jako członek rady nadzorczej jednego z banków zarobił w zeszłym roku prawie ćwierć miliona złotych, do tego jeszcze prawie 200 tys. na uczelni.

Po aferze z senatorem Tomaszem Misiakiem, którego firma dostała lukratywny kontrakt od państwa, politycy zgodnym chórem powtarzali, że wszyscy parlamentarzyści powinni przejść na zawodowstwo i zrezygnować z wszelkich aktywności zawodowych i biznesowych. Szybko jednak uświadomili sobie, że wielu praktyków biznesu, dobrych prawników i ludzi z wartościowym CV, tak potrzebnych w parlamencie, bez możliwości dorobienia na boku nie zdecyduje się na posłowanie.

Wielu byłych polityków próbuje spieniężyć swoje doświadczenie polityczne. Tak jak Kazimierz Marcinkiewicz, który zawarł przymierze z wielkim biznesem i przyjmuje intratne zlecenia na doradztwo od wielkich rynkowych graczy, na przykład Goldman Sachs.

Paweł Poncyljusz po przegranych ostatnich wyborach też sprawdza się w biznesie i do polityki wrócić nie zamierza. – Teraz wiedzie mi się o wiele lepiej niż w czasach posłowania. Jako odpowiedzialny ojciec czwórki dzieci nie wyobrażam sobie powrotu do polityki, bo wtedy często musiałem się martwić, czy wystarczy nam do pierwszego – mówi były wiceminister gospodarki, poseł trzech kadencji.

Byli posłowie, jeśli mają szerokie kontakty, mogą liczyć na intratne biznesowe propozycje. – Ale zatrudnienie polityka musi się zwrócić, a jeśli jego znajomości nie przekładają się na zyski, to nie zagrzeje długo miejsca w biznesie – mówi prezes jednej z dużych spółek. Tu szybko zostają rozliczeni z obietnic składanych w czasie rozmów rekrutacyjnych. W polityce wyborcy rozliczają ich dopiero po upływie czteroletniej kadencji, wcześniej stanowiska nie stracą.

Resortowa lista płac

W Ministerstwie Gospodarki aż 26 urzędników zarabia więcej niż szef resortu i wicepremier Waldemar Pawlak (14 tys. zł brutto). Minister rolnictwa ma o kilka tysięcy mniejszą pensję niż ta, która przysługuje szefowi Agencji Rynku Rolnego, którą minister nadzoruje.

Prof. Zbigniew Ćwiąkalski, zwolniony przez Tuska z Ministerstwa Sprawiedliwości, wrócił do praktyki adwokackiej i wiedzie mu się zdecydowanie lepiej, w resorcie zarabiał 8,3 tys. zł na rękę. To zupełnie nieadekwatne zarobki, biorąc pod uwagę zadania, liczbę podległych mu osób i odpowiedzialność za tak newralgiczny obszar życia publicznego.

Sprawni, posiadający dużą wiedzę urzędnicy nie są zainteresowani awansem na polityczne stanowiska, choćby na te wiceministerialne (ok. 10,8 tys. zł brutto). A w wielu ministerstwach to oni są partnerami wielkiego biznesu, decydują o miliardowych inwestycjach. – Tam jest się na widoku i ma się dużo mniejszą stabilność zatrudnienia oraz dużo niższe wynagrodzenie. Wiceministrowie nie dostają trzynastek i nie mogą dorabiać w innych miejscach – mówi jeden z urzędników.

Wiesława Chojnacka, p.o. dyrektora generalnego w Ministerstwie Sprawiedliwości, tłumaczy ten paradoks: – Jeśli chcę zatrudnić dobrego specjalistę, często muszę zaproponować mu więcej, niż dostaje minister, by w ogóle chciał podjąć współpracę.

Od ministra więcej może też zarobić dyrektor generalny urzędu, czyli jego podwładny, bo nawet do 16 tys. na rękę. Zgodnie z rozporządzeniem premiera sprzed trzech lat maksymalne wynagrodzenie zasadnicze dla wysokiego urzędnika służby cywilnej, do którego zalicza się dyrektorów, może wynieść blisko 15 tys. zł brutto plus dodatki za wysługę lat i nagrody. W zeszłym roku średnia pensja dyrektorów generalnych ministerstw wynosiła prawie 21 tys. zł.

Zarobki urzędników wysokiego szczebla, często wykwalifikowanych specjalistów, muszą choć trochę zbliżać się do sum, które oferuje rynek. W przeciwnym razie długo nie zagrzeją miejsca w resortach.

Ekipa Tuska traktuje zamrożenie płac na czas kryzysu jako swoje credo. Przypomina o tym często Polakom. Ale zamrożenie podstawowych pensji rząd stara się wynagrodzić swoim ministrom premiami. W 2009 r. premier przeznaczył 103 tys. na nagrody dla dziesięciu wiceministrów. Pod koniec zeszłego roku Tusk obdzielił nimi 11 ministrów i ich zastępców – średnio po 12 tys. zł. To ulubiona pożywka tabloidów, w których synonimem dla słowa polityk są takie epitety, jak złodziej, darmozjad i leń. Tamci rozdają sobie miliony, a biednemu emerytowi albo wielodzietnej rodzinie, malowniczo smutno sfotografowanej, znów wzrosły rachunki za gaz i prąd.

Lepiej podnieść pensje raz, dobrze to umotywować, niż tłumaczyć się potem przed społeczeństwem z premii, na które w ocenie wielu wyborców rządzący nie zasługują. Niestety, brakuje odważnych – mówi polityk PO.

Najlepszym rozwiązaniem byłaby ponadpartyjna koalicja dla podniesienia pensji najwyższym urzędnikom państwowym i dobrze wykwalifikowanej administracji. To oznacza wzrost kosztów, ale pozytywne skutki przyciągnięcia ludzi z wyższymi kwalifikacjami mogą pokryć ten koszt z nawiązką. – Pełnienie najwyższych funkcji w państwie to zaszczyt i honor, tu nie może chodzić o pieniądze – mówi, w stylu swej partii, Krzysztof Szczerski (PiS). Ale chodzi też o prestiż urzędu i szacunek do władzy, a tu pensja adekwatna do odpowiedzialnie wykonywanych obowiązków ma istotne znaczenie. Czas najwyższy skończyć z absurdalnym terrorem tabloidów.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną