Kraj

Olewnik bez końca

Niekończące się śledztwo ws. zabójstwa Olewnika

Płock 26.01.2010. Ekshumacja zwłok Krzysztofa Olewnika. Płock 26.01.2010. Ekshumacja zwłok Krzysztofa Olewnika. Piotr Gilko / Forum
W sprawie porwania i zamordowania Krzysztofa Olewnika – zbrodni dokonano w 2001 r. – kompletnie irracjonalne wydaje się, że chociaż porywaczy osądzono, śledztwo toczy się nadal. Tym razem przedłużono je do końca grudnia 2012 r.
Marzec 2010 r. Danuta Olewnik-Cieplińska i Włodzimierz Olewnik opuszczają Prokuraturę Apelacyjną w Gdańsku po zapoznaniu się z wynikami ekshumacji zwłok Krzysztofa Olewnika.Łukasz Ostalski/Reporter Marzec 2010 r. Danuta Olewnik-Cieplińska i Włodzimierz Olewnik opuszczają Prokuraturę Apelacyjną w Gdańsku po zapoznaniu się z wynikami ekshumacji zwłok Krzysztofa Olewnika.

Wydział do Walki z Przestępczością Zorganizowaną gdańskiej Prokuratury Apelacyjnej już prawie cztery i pół roku bada na nowo, kto zlecił porwanie i zabójstwo syna biznesmena z Drobina oraz kto odpowiada za nieprawidłowości w poprzednio prowadzonych śledztwach. Czworo prokuratorów z Gdańska, wspomaganych przez silną ekipę z Centralnego Biura Śledczego (22 funkcjonariuszy), to już piąta zmiana sztafety, której mety wciąż nie widać. Najpierw sprawę porwania prowadził prokurator z Sierpca, następnie z Warszawy (dwie ekipy), wreszcie z Olsztyna. Prokuratorzy przekazywali sobie pałeczkę z powodu próśb, gróźb i żądań rodziny Olewników – za każdym razem rodzina okazywała niezadowolenie z postępów śledztwa i naciskała na przekazanie go do innej jednostki.

Nowy konflikt

Na linii rodzina Olewników–prokuratorzy iskrzyło nawet wtedy, gdy śledczy z Olsztyna w 2006 r. dopadli porywaczy, zmusili ich do ujawnienia przebiegu zdarzenia i miejsca ukrycia zwłok Krzysztofa. Akt oskarżenia trafił do sądu w Płocku. 10 osób skazano, jedną uniewinniono. Rodzina Olewników nie chciała się pogodzić z faktem, że sprawę jednego z podejrzanych wyłączono do osobnego rozpatrzenia. Najpierw Włodzimierz Olewnik domagał się, aby przeniesiono ją z Warszawy właśnie do Olsztyna, potem naciskał na ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego, by ten przekazał postępowanie poza Olsztyn, i sprawa trafiła do Gdańska. Przewidywałem wtedy, że tylko kwestią czasu będzie nowy konflikt między rodziną a śledczymi.

Do spektakularnych zwrotów w sprawie dochodziło zawsze wtedy, kiedy zbliżała się konieczność przedłużenia śledztwa. Przedłużono je, kiedy prokuratorzy postawili zarzuty o współudział w porwaniu i wniosek o areszt dla Jacka Krupińskiego, przyjaciela i wspólnika Krzysztofa Olewnika – potem sąd uznał, że dowody nie wystarczają do stosowania aresztu. Przedłużono śledztwo po ekshumacji szczątków Krzysztofa, bo podejrzewano, że w grobie złożono inną osobę – badania dowiodły, że to on. Przedłużono śledztwo po ujawnieniu, że głos w tle nagranej rozmowy telefonicznej z porywaczami należy do Krzysztofa (miał podpowiadać, aby z okupem jechali Jacek Krupiński i jego żona) – z opinii Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie wynika, że wypowiadał się prawdopodobnie Krzysztof Olewnik, ale nie potwierdzono tego na sto procent. Przedłużono – po rewizjach w domach rodziny Olewników w poszukiwaniu rzekomo ukrywanych nagrań rozmów z porywaczami i kaset z monitoringu domu Krzysztofa – nadal nie wiadomo, czy znaleziono to, czego szukano.

Ekipa kierowana przez prok. Zbigniewa Niemczyka, zastępcę prokuratora apelacyjnego w Gdańsku, kreśli coraz to nowe wątki śledztwa, ale nie spina ich w jedną sensowną całość. I jeszcze jedno nieodparte wrażenie: na cenzurowanym ewidentnie znalazła się teraz rodzina ofiary porwania. Jakby to ich prokuratorzy podejrzewali, jeżeli nie o udział w porwaniu, to o ukrywanie prawdy. Powróciła pierwotna wersja o samouprowadzeniu, ta sama, z którą przez lata prowadziła wojnę rodzina Olewników.

Zarówno oni, jak i ich prawnicy na karb tej teorii składali wszystkie błędy popełniane przez śledczych od 26 października 2001 r., czyli od dnia zniknięcia Krzysztofa. Teza sprzed lat brzmiała następująco: Krzysztof sfingował porwanie, korzystając z pomocy bandy Wojciecha Franiewskiego, ale potem sytuacja się odwróciła i po przejęciu okupu Franiewski i inni Olewnika zamordowali.

Po omacku

Według gdańskich śledczych, ktoś z rodziny Olewników pomagał Krzysztofowi w upozorowaniu porwania. Prokuratorzy z determinacją próbowali dowieść, że rodzina ukrywa fakt, iż dom Krzysztofa był w 2001 r. monitorowany za pomocą kamer. Na nic zapewnienia Włodzimierza Olewnika, że kamery pojawiły się dopiero po porwaniu, bo dom stał niezamieszkany i należało go strzec przed włamaniem. Na starym filmie z wizji lokalnej z 2001 r. prokuratorzy dostrzegli na słupie stojącym przed domem podejrzane urządzenie. Film przekazali biegłemu (nie elektronikowi, ale antropologowi), a ten w konkluzji obszernej ekspertyzy stwierdził ni mniej, ni więcej, że to mogła być kamera, ale mogła też nie być. Gdyby ekspert pofatygował się do Drobina i przyjrzał słupowi, dostrzegłby, że do dzisiaj wisi na nim to sfilmowane urządzenie. I że nie jest to żadna kamera, ale stare, toporne przyłącze energetyczne.

Ta ekspertyza kosztowała kilka, jeżeli nie kilkanaście tysięcy złotych. Śledztwo gdańskich prokuratorów kosztuje już około pół miliona – to głównie koszty ekspertyz i ekshumacji. Pewnie kilkaset tysięcy będzie kosztować kolejna ekspertyza – badanie krwi znalezionej w domu Krzysztofa Olewnika. Nie skorzystano z pomocy najlepszego polskiego specjalisty prof. Ryszarda Pawłowskiego, ale materiał powierzono niemieckiemu – prof. Berndowi Brinkmannowi z Instytutu Genetyki Sądowej w Münster. Wiadomo, że nie była to krew Krzysztofa ani znanych nam porywaczy. Odkryto ją dopiero niedawno, podczas kolejnych oględzin domu. Prof. Pawłowski ustalił, że należała do mężczyzny. Mogła pojawić się przed porwaniem, w trakcie, ale też już po tym zdarzeniu. Być może pochodziła od robotnika budującego dom, osoby zranionej podczas porwania, a dotychczas śledczym nieznanej, albo od kogoś opiekującego się domem już po zniknięciu Krzysztofa. Ustalenie właściwości tej krwi może okazać się ważne dla śledztwa, ale też może być kompletnie nieistotne. Na razie pojawiają się tyleż sensacyjne, co kompletnie nieprawdziwe doniesienia, na przykład, że krew należała do ukraińskiej prostytutki, którą zamordowano w noc porwania.

Śledczy szukają po omacku. Przesłuchują od nowa wszystkich porywaczy Krzysztofa odbywających kary więzienia, tym razem w charakterze świadków. A rola świadków, zamiast podejrzanych, niektórym z nich wyraźnie odpowiada. Ireneusz P., ps. Bokserek, mieszkaniec Drobina, skazany na 14 lat więzienia, chętnie składa zeznania. Zapytany, dlaczego młody Olewnik został zamordowany, odparł, że wie, ale tego nie powie. Podobnie zagadkowo zeznaje inny skazany Artur R.

Efekty prawie pięcioletniego gdańskiego śledztwa są mizerne. W sprawie nieprawidłowości w dotychczasowych postępowaniach wciąż nie zakończono dochodzenia przeciwko trzem policjantom, którzy nie zabezpieczyli miejsca przejmowania okupu. Postawiono natomiast zarzuty biegłemu z Olsztyna, który popełnił błędy podczas sekcji zwłok. W sprawie głównej zarzuty postawiono Jackowi Krupińskiemu, innych podejrzanych nadal na horyzoncie nie widać.

Śledztwo bez finału

Akt oskarżenia przeciwko Krupińskiemu wciąż jednak nie został napisany. Być może dlatego, że śledczy mają wobec byłego przyjaciela Krzysztofa Olewnika inne plany. Według naszych informacji, oferują mu status świadka koronnego, pod warunkiem, że obciąży kogoś z rodziny Olewników. Negocjacje prowadzi z nim m.in. jeden z funkcjonariuszy CBŚ, działający pod nadzorem gdańskiej prokuratury. Sam Krupiński pytany przez nas, czy to prawda, nie potwierdza i nie zaprzecza.

Prokuratura z Gdańska odpowiada na piśmie: „Na tak sformułowane pytanie nie można odpowiedzieć ani twierdząco, ani przecząco. Wynika to z zasad niejawności odnoszących się do tzw. procedury kandydackiej określonej w ustawie o świadku koronnym oraz ustawie o ochronie informacji niejawnych. Możemy natomiast stwierdzić, że pan Jacek Krupiński nie ma statusu świadka koronnego”.

Jak długo można prowadzić śledztwo bez finału? Ile czasu może trwać absurdalne podrzucanie sensacji, epatowanie opinii publicznej opowieściami, że coś wiemy, ale nie powiemy? Pewnie teraz gdańskim śledczym musi już towarzyszyć spory stres. Atmosfera gęstnieje. Jeden z gdańskich prokuratorów żalił się niedawno: „Jeżeli poleci głowa prokuratora Niemczyka, polecą i nasze”.

Kolejne irracjonalne kroki sprawiły, że gdańscy śledczy kompletnie się pogubili i teraz już walcząc o siebie, pogrążać będą Olewników. Ale też irracjonalne były zachowania rodziny Olewników: nie wystarczyło skazanie kilkunastu osób – chcieli, by sprawiedliwość dosięgła polityków, choć nie pojawił się w całej sprawie choćby ślad sensownego tropu, że któryś mógł być w sprawę zaangażowany. Być może powody, dla których podatnicy tracą na tę skądinąd tragiczną sprawę kolejne setki tysięcy złotych, są całkowicie irracjonalne.

Polityka 42.2012 (2879) z dnia 17.10.2012; Kraj; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Olewnik bez końca"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną