Kraj

Lud rządzi księciem

Machiavelli a polska polityka

Kaczyński z zuchwałą brutalnością niszczył wszystkich stojących mu na drodze – od Geremka i Mazowieckiego po samego Wałęsę, Tusk wiernie stał po stronie romantycznych zasad. Kaczyński z zuchwałą brutalnością niszczył wszystkich stojących mu na drodze – od Geremka i Mazowieckiego po samego Wałęsę, Tusk wiernie stał po stronie romantycznych zasad. East News, Corbis / Polityka
Donald Tusk nie jest ideałem. Jarosław Kaczyński tym bardziej. Ale większość wad, jakie w nich widzimy, pochodzi nie od nich, lecz od nas. Od społeczeństwa. Aby to dostrzec, warto się pochylić nad Machiavellim. I spytać go o to, czemu polska polityka jest taka, jaka jest.
Kaczyński stracił już dawny polot. Jest Borgią bardziej z temperamentu niż z inteligencji.East News, Corbis/Polityka Kaczyński stracił już dawny polot. Jest Borgią bardziej z temperamentu niż z inteligencji.
Robert Krasowski, publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW. Założyciel i były red. naczelny ukazującej się w latach 2006-09 konserwatywnej gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne.Leszek Zych/Polityka Robert Krasowski, publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW. Założyciel i były red. naczelny ukazującej się w latach 2006-09 konserwatywnej gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne.

Na pierwszy rzut oka wikłanie Machiavellego w polską politykę ma posmak dziwactwa. Jak jednak się wyrwać z jałowej rutyny sporu PiS z PO? Jak znaleźć twardszy grunt, na którym można poważniej porozmawiać? Aby to zrobić, trzeba odskoczyć daleko. Bardzo daleko. Trzeba się wyprowadzić ze swego kraju i swojej epoki. Dopiero wtedy zobaczymy nie PiS i nie PO, ale samą politykę.

Dlaczego cofać się aż o pięćset lat, do Florencji Machiavellego? Bo problem, przed jakim stanął, był podobny. Żył w epoce, która pod wpływem chrześcijaństwa uwierzyła, że polityka winna być szlachetna i sprawiedliwa. Oczywiście realna polityka wyglądała inaczej, ale traktowano to jako chwilowy defekt, który zaraz się uda naprawić. Właśnie za czasów Machiavellego nieformalnym władcą Florencji został kolejny „naprawiacz”, charyzmatyczny mnich Savonarola, głoszący potrzebę politycznej odnowy. Gdzie tu podobieństwo do polskiej demokracji? Otóż nasze czasy ożywia podobny polityczny sentymentalizm. Demokratyczna epoka również wierzy, że za chwilę wyhoduje nową politykę. Dużo lepszą niż w przeszłości. Moralną, sprawiedliwą, rozumną.

Ta wiara jest tak silna, że patrząc na politykę, mieszkańcy demokracji widzą nie jej rzeczywiste mechanizmy, lecz własne ideały. Śledząc kolejne wydarzenia czują dyskomfort, że politycy zachowują się inaczej, niż powinni. Więc szukają winnego. Tego, przez kogo polityka nie jest taka, jaka być powinna. To właśnie jest powód niechęci do PiS lub do PO. Wierzymy, że jesteśmy o krok od politycznej „normalności”, że wystarczy usunąć jeden chory element i obudzimy się w normalnym świecie. Uważamy przy tym, że nasze oczekiwania są umiarkowane. Jest jednak inaczej. Nasze oczekiwania są bardzo maksymalistyczne. I bardzo nierealistyczne. Bo tak naprawdę mamy pretensję nie do PiS i nie do PO, ale do natury samej polityki.

I

O tym właśnie opowiada Machiavelli. Dlatego zacznijmy od jego politycznych obserwacji. Pierwszym formacyjnym doświadczeniem były dla niego losy Savonaroli. Ten charyzmatyczny piewca dobra chodził w starym habicie i rozczłapanych sandałach. Słowa Chrystusa traktował poważnie, gwałtownie potępiał bogactwo, żądał pomocy dla biednych. Na jego sławnych kazaniach zbierały się nieprzebrane tłumy. Savonarola był wybitnym mówcą, słuchając go, ludzie wpadali w moralną ekstazę, kobiety szlochały, mężczyźni oddawali pieniądze ubogim.

Z taką swadą głosił rewolucję moralną, religijną i polityczną, że porwał za sobą większość. Stał się nieformalnym przywódcą republiki. Popierał go lud, popierały elity. A najbardziej popierały go „moherowe berety”. U bogobojnych kobiet miał taki autorytet, że słuchając kazań o służbie Bogu, rzucały swoich mężów i szły do klasztoru. A mężowie pokornie to akceptowali. Bo republika florencka kochała Savonarolę. A on kochał ją.

Jakim władcą był Savonarola? Niemal wszyscy mówili, że dobrym. Bo przecież dobra chciał i dobrem o nie walczył. Troszczył się o biednych, tępił lichwę, opodatkowywał bogatych, naprawiał obyczaje. Był człowiekiem zasad, uczciwym i sprawiedliwym. Ale także bezkompromisowym. Nie mógł więc milczeć, patrząc na praktyki papieża Aleksandra VI. Krytykował go za cynizm, za bogactwo, za rozwiązłość, za teologiczne błędy. Krytykował z wielką moralną bezkompromisowością. I równie wielką polityczną głupotą. Bo ściągnął na swą głowę ekskomunikę. A ponieważ ataków na papieża nie zaniechał, Rzym w końcu stracił cierpliwość. Zagroził Florencji wojną religijną i ekonomiczną. Uwikłani w coraz groźniejszy konflikt mieszkańcy Florencji zaczęli się odwracać od swojego przywódcy. Aż w końcu nadszedł czas próby. Papież zażądał pojmania Savonaroli. I Florentczycy zrobili to. A potem swojego przywódcę spalili na stosie.

Machiavelli głęboko przemyślał to wydarzenie. Po latach, w „Księciu”, napisze sławne słowa, że nieuzbrojeni prorocy padają, uzbrojeni zaś wygrywają. Otulony w neutralne słowa morał tego zdania był brutalny. W polityce wygrywa się nie dzięki ideom, ale dzięki sile. Kto chce czynić dobro, robić to musi mieczem. Dla moralistów w polityce miejsca nie ma.

Oczywiście atak na Savonarolę był w istocie uderzeniem w Chrystusa. Machiavelli uznał, że chrześcijański Bóg, piewca miłosierdzia, miłości bliźniego, pokory i nadstawiania drugiego policzka, nigdy nie będzie wzorem dla władcy. Bo polityka kieruje się własnymi prawami. Silniejszymi niż boskie. Porażka Savonaroli była dowodem na to, że chrześcijańskie żądania stawiane polityce pozbawione są sensu. Skierowany do polityka nakaz: idź i czyń dobro, znaczy tyle, co: idź, przegraj wszystko, zgub swoich sojuszników i sprowadzaj nieszczęścia na swoich poddanych.

II

Drugim formacyjnym przeżyciem była dla Machiavellego kariera Cezara Borgii. Polityka, który skupił na sobie uwagę całych Włoch. To był prawdziwy fenomen: piekielnie inteligentny, nieprzeciętnie odważny, morderczo przystojny i dziko ambitny. Ten młody człowiek ze skrawków podzielonych Włoch postanowił utworzyć własne imperium. Ale to imperium nie tyle kleił, ile sobie wyrąbywał. Mieczem, intrygą, przekupstwem, zdradą. W elitach politycznych Włoch zdobył wielkie uznanie. Po całej Italii krążyły legendy o jego wojennym okrucieństwie i dyplomatycznej sprawności. Nieustannie ogrywał książąt znacznie silniejszych od niego.

W pewnym momencie Borgia stał się śmiertelnym zagrożeniem także dla Florencji. Machiavelli został więc wysłany z misją zażegnania konfliktu. Odbył wiele rozmów z Borgią. I po raz pierwszy usłyszał język soczysty, szczery, bezpośredni, odarty z moralnego frazesu. Język siły. Język czystej polityki. I poddał się mu. Zrozumiał, że Borgia wie o polityce znacznie więcej niż Savonarola. Zrozumiał, że w polityce zawsze Borgia wygra z Savonarolą. Nie dlatego, że Borgia gra nieczysto. Ale dlatego, że to właśnie on gra zgodnie z regułami. A Savonarola wbrew.

To nie była fascynacja złem. Machiavelli nie był cynikiem. Jego poglądy były bliskie dzisiejszej demokratycznej wrażliwości. Wielbił wolność i republikanizm. Chciał państwa, które obroni lud przez uciskiem możnych. Ale zrozumiał, że w polityce dobro osiąga się często za pomocą zła. Bo taka jest natura polityki. Od dawna widziano, jak wiele zła ujawnia się w polityce, ale traktowano to jako pomyłkę, stale powtarzający się wypadek przy pracy. Machiavelli jako pierwszy zrozumiał, że to zło jest nieusuwalnym elementem polityki.

III

Jak wygląda ta dziwna alchemia, która dopiero ze zła wydobywa dobro? Najsławniejszym jej opisem jest historia zaprowadzenia porządku w Romanii. Otóż podbiwszy tę prowincję Cezar Borgia zastał chaos i anarchię. Możnych ograbiających lud i rozbójników na drogach. Więc postanowił dać mieszkańcom pokój i dobry rząd. W tym celu władzę oddał w ręce brutalnego Remira d’Orco, który szybko, choć okrutnie, rozprawił się z anarchią. Jednak chwilę po wykonaniu zadania Borgia kazał go poćwiartować, a zwłoki wystawić na publiczny widok.

Ta historia wywarła na Machiavellim ogromne wrażenie, pokazała, jak wygląda w polityce ustanawianie dobra.

Naprawienie Romanii wymagało dwóch fal przemocy. Najpierw mordować musiał krwawy szeryf, potem on sam musiał zostać zamordowany. Musiał mordować, bo anarchia była zbyt wielka. Musiał być zamordowany, bo skala jego mordów również była zbyt wielka. Lud nie czuł się bezpiecznie z ministrem, który miał tyle krwi na rękach. Jego zabicie wywołało więc wielki społeczny entuzjazm. A Borgia zyskał u mieszkańców Romanii olbrzymi szacunek, bo uratował ich i od anarchii, i od d’Orco. Jaki płynie z tego morał dla Machiavellego? Że wszystko, co w polityce wielkie i dobre, ma u swych źródeł zbrodnię. Jako akt założycielski albo jako lekarstwo użyte w chwili wielkich zagrożeń.

Postarajmy się dobrze zrozumieć Machiavellego. On nie stał się wielbicielem zła. On po prostu przestał ufać dobru. Zobaczył, że w polityce największe klęski wywołują ci, którzy chcą najlepiej. Prawy Savonarola ściągnął na Florencję papieski gniew, natomiast krwawy Borgia dał Romanii spokój i bezpieczeństwo. A zatem czas rozstać się ze złudzeniami na temat roli dobra w polityce. Polityka jest odrębnym światem, który kieruje się własną, okrutną i amoralną logiką.

IV

Dlaczego polityka musi być amoralna? Odpowiedź Machiavellego jest prosta: bo sami ludzie są amoralni. Gdyby ludzie postępowali szlachetnie, książęta też postępowaliby szlachetnie. Ale jest odwrotnie. Ludzie są nikczemni, kłamią, oszukują, zdradzają. Więc książę musi robić to samo. Okrucieństwo narzuciła polityce sama ludzka natura.

Zanim powiemy, że Machiavelli przesadza, zwróćmy uwagę na to, że polityka naprawdę poznaje człowieka od jego najgorszej strony. Widzi go przecież nie wtedy, gdy się modli, gdy pracuje, gdy bawi się z dziećmi. Polityka styka się z ludzką naturą w sytuacjach bardziej ekstremalnych. Z brutalnością w czasie rozruchów, z chciwością przy próbach przekupstwa, z nikczemnością przy aktach zdrady. Polityka poznaje człowieka w chwilach próby, nic dziwnego, że częściej widzi głupotę, chwiejność, sprzedajność, tchórzliwość. I dlatego jest tak brutalna.

Przemoc nie pochodzi zatem od księcia, lecz od społeczeństwa. Widząc, na jakim instrumencie przyszło mu grać, książę dostosowuje się do jego możliwości. Zwłaszcza że w polityce nie ma miejsca na błąd. To inna sytuacja niż w przypadku filozofii. To nie jest wygodna willa w Atenach, w której półleżąc, Platon dyktuje swojemu pisarzowi zdania o tęsknocie człowieka za dobrem. To polityka. Tu stawką jest własne życie, co każe księciu oceniać ludzką naturę z większą ostrożnością.

Weźmy przykład. Książę musi powstrzymać swojego wroga. Jaki cios powinien mu zadać? Musi być dotkliwy, aby nie został uznany za objaw słabości. Zarazem nie może być zbyt dotkliwy, aby nie sprowokować zemsty. Jaki gwałt już wystraszy człowieka, ale jeszcze go nie oburzy? Sławne rozwiązanie tego równania brzmi tak: należy wrogowi zabić ojca, ale pozostawić majątek. „Bo – jak pisze Machiavelli – ludzie prędzej puszczają w niepamięć śmierć ojca niż stratę ojcowizny”. Warto to szokujące zdanie przeczytać kilka razy. To bardzo odczarowany opis ludzkiej natury. Ale niełatwy do odparcia.

V

Spinoza, Wolter czy Stendhal mówili potem, że Machiavelli otworzył ludziom oczy na to, jakimi są naprawdę. Owszem, co nie zmienia faktu, że tę prawdę politycy poznali jeszcze wcześniej, przed Machiavellim, przed filozofami, przed pisarzami. Dlatego warto czasem odnieść się do polityków z większą pokorą. Patrząc na ich zachowania, które tak potępiamy, zadać sobie jedno arcyważne pytanie. Czy oni aby nie mają racji? Czy nie jest tak, że politycy nie robią tego, czego chcemy, ponieważ wiedzą coś, czego my nie wiemy?

Co by powiedział Machiavelli, patrząc na współczesną politykę? Że zmieniły się polityczne techniki, nie zmieniły się natomiast polityczne reguły. Nadal trzeba używać nikczemnych narzędzi. Owszem, udało się wyeliminować mord i bezprawie. Ale stłumiona w jednym miejscu nikczemność musiała wypłynąć gdzie indziej. Bo skoro nie można sięgać po sztylet, sięga się po intrygi i służby specjalne. Oraz po główny oręż bezkrwawej epoki – po kłamstwo. Wszechobecne, jak nigdy wcześniej.

Patrząc na przygody Polaków z demokracją, Machiavelli musiałby triumfować. Bo żegnając się z komunizmem, Polacy postanowili się rozstać z całym brudem polityki. Proklamowali nową politykę, czystą i szlachetną. Mazowiecki, Geremek, Balcerowicz oparli demokrację na romantycznej wierze w elegancką politykę, w lojalną opozycję, w rozumne społeczeństwo. Okazało się to potrójną pomyłką. Więc przegrali. Do władzy doszli brutalniejsi gracze. Ale oni również okazali się zbyt łagodni, więc przyszli jeszcze brutalniejsi.

Całą historię III RP można opisać jako stały wzrost politycznej brutalności. Z roku na rok coraz wyraźniej ujawniała się natura polityki, z roku na rok coraz słabiej się jej opierano. Stało się jasne, że nawet w demokracji trzeba umieć być Borgią.

VI

Nic dziwnego, że na placu zostali dwaj politycy, będący Borgii najbliżej. Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Dwaj najbrutalniejsi gracze epoki. Szczególnie pouczające były losy Tuska. Bo o ile Kaczyński urodził się Borgią, Tusk przez długie lata się temu opierał. Kiedy już na początku lat 90. Kaczyński z zuchwałą brutalnością niszczył wszystkich stojących mu na drodze – od Geremka i Mazowieckiego po samego Wałęsę, Tusk wiernie stał po stronie romantycznych zasad. Przez 10 lat bronił polityki Geremka, Mazowieckiego i Balcerowicza. Bronił wytrwale, pryncypialnie i ofiarnie. Bronił za cenę kolejnych porażek wyborczych, za cenę utraty przez jego partię samodzielności, za cenę wejścia do Unii Wolności.

Dopiero widząc, jak AWS i Unia bezmyślnie prą ku politycznej śmierci, po raz pierwszy zachował się jak Cezar Borgia. Wbił nóż w plecy Geremka, niszcząc w ten sposób Unię, wyciągnął z AWS Płażyńskiego, niszcząc tym samym AWS. I założył Platformę Obywatelską, w której był już konsekwentnym Borgią. Korytarze Platformy, podobnie jak florenckie pałace, były odtąd śliskie od krwi przyjaciół Tuska, którzy padali w kolejnych zamachach. Niszczył ich prewencyjnie, nie za bunt, lecz za samą jego możliwość.

Po drodze były dwa doświadczenia, które uformowały Tuska. Pierwszym był upadek Leszka Millera. Polityka, który miał szansę zostać Borgią. Jego pochód do władzy był imponujący. Najpierw twardo wziął pod but swoją własną partię. Potem zaatakował rząd Buzka. W stylu wcześniej nieznanym. Bezczelnie, cynicznie, brutalnie. Elity były oburzone, ale społeczeństwo zachwycone. Na dwa lata przed wyborami ich wynik był już przesądzony. Gdy Miller wygrał wybory, był tak silny, jak nikt dotąd. Jako pierwszy premier brał nie urząd, lecz władzę. I nagle wszystko się posypało. Jedna afera, nie większa od hazardowej, sprawiła, że premier upadł.

Najważniejsza była jednak logika upadku. Zginął nie pod ciosami opozycji, lecz własnego obozu. Zabił go nie Rokita i nie Ziobro, ale marszałek Borowski, przyjaciel – prezydent, ministrowie z jego rządu i własna partia. Tusk to doświadczenie głęboko przemyślał. Zrozumiał, że Miller był nie dość brutalny. Że pacyfikując partię, zatrzymał się w połowie drogi.

Platforma była odtąd budowana w taki sposób, aby uniknąć takiego scenariusza. Nawet gdy Tusk zdobył władzę, nie zapomniał o losach Millera. Starannie selekcjonował ludzi na najwyższe stanowiska. Ministrami, marszałkami, a nawet prezydentem, zostawali ludzie pozbawieni silniejszych ambicji. Równolegle Tusk nadal eliminował rywali. Cierpliwie, chłodno, finezyjnie. Potrafił latami czekać na okazję, potrafił tak reżyserować spiski, aby wyglądały na zwykłe wypadki.

VII

Drugim wydarzeniem formacyjnym była porażka 2005 r. Na kilka dni przed wyborami Tusk prowadził w rankingu zarówno prezydenckim, jak i partyjnym. I nagle oba starcia przegrał. Sprawiły to dwa ciosy poniżej pasa – dziadek z Wehrmachtu i klip z pustą lodówką. To wywołało przełom. Narodził się nowy Tusk, ten z wilczymi oczami. Który ruszył na PiS z impetem, jakiego Miller, bijąc w Buzka, nawet sobie nie wyobrażał.

Bracia Kaczyńscy byli wstrząśnięci. Do tej pory to oni robili ze swoich przeciwników agentów, zdrajców i złodziei. Teraz role się odwróciły. Oni stali się workiem do bicia. Tusk okazał się zimny i okrutny jak Cezar Borgia. Wepchnął braci w koalicję z Lepperem i Giertychem, a potem bił ich za to bez opamiętania. Bił nie tylko za kolejne wpadki, bił także za działania, które w czasach PO-PiS sam aprobował. Wystarczyły dwa lata i przeciwnik został dosłownie zmiażdżony.

Sprawność i rozmach Tuska zrobiły wrażenie nawet na Jarosławie Kaczyńskim. Więc poszedł w jego ślady. I w kwestii partyjnych czystek, i stylu opozycyjności. Ale zabrakło mu zręczności Tuska. Okazał się zbyt toporny. To zresztą szersze zjawisko, tłumaczące dzisiejszą przewagę Tuska. Bo Kaczyński najlepsze lata ma już chyba za sobą. W latach 90. był w świetnej formie. Był wtedy zręczny, elastyczny i przenikliwy. Nie doszedł do władzy z jednego powodu. Bo prześcignął swój czas. Tamta idealistyczna epoka nie była jeszcze gotowa do zaakceptowania Cezara Borgii.

Dziś jest inaczej. Kłopot w tym, że Kaczyński stracił już dawny polot. Jest Borgią bardziej z temperamentu niż z inteligencji. Ciągle jest drapieżny, na każdego gotów zrzucić bombę atomową, jest jednak zbyt impulsywny. Używa brutalności nie na zimno, nie pod dyktando rozumu, lecz histerycznie i przesadnie. Zupełnie inaczej niż Tusk, który brutalności używa z zimną ekonomią. Dokładnie tak, jak radził Machiavelli. Gdy jest konieczna. Bo brutalność trzeba dozować, a nie w niej się pławić.

Ta pobieżna historia epoki pokazuje, że ci, którzy w stylu dominacji Tuska i Kaczyńskiego widzą zjawisko tymczasowe, bardzo się mylą. Oczywiście oni sami nie będą trwać wiecznie. Ktoś im w końcu władzę odbierze. Ale nie będzie to moralista walczący z ich metodami. Lecz kolejny wirtuoz tych metod. Dzisiejszych Borgiów obali kolejny Borgia. I to jest pierwszy morał, jaki naszej epoce przekazuje Machiavelli.

Drugi jest bardziej depresyjny. Dotyczy polityki jako całości. Nie jej brutalnej kuchni, lecz jej celu, treści i sensu. Otóż kto wczyta się uważnie w Machiavellego, ten zrozumie, że tu także nie ma nadziei. Nie będziemy mieć lepszej polityki. Bardziej ambitnej, bardziej racjonalnej, bardziej odpowiedzialnej. I to nie z winy polityków, lecz z winy nas samych.

VIII

Zacznijmy od Machiavellego. Jak cała jego epoka wielbił republikański Rzym. Nic dziwnego, polityczna uroda tego świata nawet dziś robi wrażenie. Państwo złożone z obywateli szlachetnych, dzielnych, mądrych i wolnych. Zainteresowanych sprawami publicznymi, oddających ojczyźnie swój czas, swój wysiłek, a nawet swoje życie. Takie państwa udały się ludzkości zaledwie kilka razy.

Półtora tysiąca lat później Machiavelli chciał ten sukces powtórzyć. Ale po namyśle uznał to za niemożliwe. Bo Rzym był owocem innego świata, w którym liczyła się nie pokora i miłość bliźniego, lecz odwaga, zuchwałość, pogarda śmierci i żądza chwały. Piękna republika rzymska powstać mogła jedynie na wartościach pogańskiego świata. Wymagała podglebia, którego chrześcijaństwo nie potrafiło już dać. Machiavelli zrozumiał zatem, że polityczne marzenia epoki są realne, gdy zostaną wsparte przez jej duchowe wartości. A to rzadko się zdarza.

Co to oznacza dla nas, dla mieszkańców współczesnej demokracji? Zacznijmy okrężnie. Tusk i Kaczyński zostali już przedstawieni jako brutalni gracze. Ale to jedna przyczyna ich sukcesu. Drugą była trafność społecznej diagnozy. Bo również w tej sferze wykazali się wyjątkową przenikliwością. Kaczyński odkrył, że lud ponad wszystko kocha igrzyska. Nie chce poważnej polityki,

w której się mówi o inflacji, podatkach i edukacji. Chce łapania agentów, walczenia z układem i tropienia zamachów.

Odkrycie Tuska było podobnej natury. Zauważył, że społeczeństwo udaje bardziej rozumne, niż w istocie jest. Mówi, że chce ambitnej polityki, a potem rozprawia się z każdym, kto poszedł tą drogą. Bo tej drogi nie rozumie i nie akceptuje.

Tusk i Kaczyński mieli odwagę spojrzeć prawdzie w oczy. Nie ulegli mitom na temat ludu, jego dobroci i jego mądrości. Swoją społeczną diagnozę oparli nie na atutach ludzkiej natury, lecz na jej defektach. I dzięki temu wygrali. Jaki z tego wniosek? Że opisując ich politykę, warto odróżnić skutek od przyczyny. Owszem, dzisiejsza władza jest leniwa, a opozycja awanturnicza. Ale są takimi, ponieważ właśnie tego pragnie lud. Przesłaniem płynącym z lektury Machiavellego jest to, że polityka więcej mówi o społeczeństwie niż o samych politykach.

IX

W ten sposób doszliśmy do centrum problemu. Otóż ci, którzy wiecznie się skarżą na polską politykę, na Tuska albo na Kaczyńskiego, powinni wreszcie zrozumieć, że skarżą się na samą demokrację. Bo głównym źródłem wad demokratycznej polityki jest właśnie demos. I tak będzie zawsze. Bo demosu naprawić się nie da. Psuje go bowiem sama natura demokracji.

Otrzymując kartkę wyborczą, lud nie staje się lepszy. Odwrotnie. Zaczyna się czuć władcą. Staje się kapryśny, marudny, zazdrosny. Uważa, że niczego już nie musi, że to jemu się wszystko należy. Mamy podobną sytuację, jak ta opisana przez Machiavellego. Cała nasza epoka chce lepszej polityki. Ale wartości naszej epoki sprawiają, że tej polityki nigdy nie będzie.

Demokracja jest lepszym ustrojem niż inne. Ale poza wyjątkowymi sytuacjami jej polityka będzie dla nas wiecznym zawodem. Nie tylko zresztą demokratyczna polityka. Lecz każda. Machiavelli pokazuje, że polityka jest zawsze najsłabszym ogniwem ludzkiej działalności.

Czemu w takim razie jest dla nas tak ważna? To pytanie na inny już tekst. W którym przewodnikiem powinien być Szekspir. Bo on wiedział, że polityką fascynujemy się nie dlatego, że jest ważna. Ale dlatego, że jest ciekawa. Bo jest spektaklem.

Polemikę z tekstem Roberta Krasowskiego zamieścimy w jednym z najbliższych numerów.

Robert Krasowski, publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW. Założyciel i były red. naczelny ukazującej się w latach 2006-09 konserwatywnej gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Pracuje nad książkową historią III RP (dotychczas ukazał się I tom „Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”).

Polityka 46.2012 (2883) z dnia 14.11.2012; Ogląd i pogląd; s. 18
Oryginalny tytuł tekstu: "Lud rządzi księciem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną