Kraj

Na końcu języka

Strategia politycznego języka

W Polsce panuje atmosfera klęski, rozpadu, pesymizmu, najcięższych oskarżeń, niemal wojny domowej. W Polsce panuje atmosfera klęski, rozpadu, pesymizmu, najcięższych oskarżeń, niemal wojny domowej. Mirosław Gryń / Polityka
Chociaż główny polityczny konflikt w Polsce jest daleki od zakończenia, to język polityki, zdaje się, osiąga właśnie swój kres.
Jarosław Kaczyński rządzi dzisiaj polskim językiem polityki, potrafi go narzucić wszystkim innym, wbić do głów swoim podwładnym.Mirosław Gryń/Polityka Jarosław Kaczyński rządzi dzisiaj polskim językiem polityki, potrafi go narzucić wszystkim innym, wbić do głów swoim podwładnym.
W polityce, której brakuje słów, racjonalność trzyma się resztkami sił.Mirosław Gryń/Polityka W polityce, której brakuje słów, racjonalność trzyma się resztkami sił.

W polskiej polityce coraz bliżej do wypowiedzenia dwóch kluczowych zdań, które jeszcze oficjalnie z ust polityków nie padły, ale chyba do tego blisko. Jedno z nich brzmi: „Sprawcą zbrodni smoleńskiej jest Donald Tusk”, a drugie: „Jarosław Kaczyński jest chory psychicznie”. To dwa ogniska elipsy, torem której toczy się teraz polska polityka. Trwają konwulsje i męki przy próbach maksymalnego zbliżenia się do tych stwierdzeń, choć jeszcze nikt z politycznego mainstreamu nie ma odwagi wypowiedzieć ich expressis verbis.

Jarosław Kaczyński wstrzymał się przed ostatecznym oskarżeniem premiera i jego ekipy o zbrodnię, choć sama zbrodnia jest już jego zdaniem praktycznie pewna. Stosuje metody, które dokładnie przewidzieliśmy na łamach POLITYKI. Niedawno w wywiadzie stwierdził, że przecież nikt nie może zanegować jego słów wypowiedzianych po artykule o trotylu w „Rzeczpospolitej”, że zamordowanie 96 osób jest niesłychaną zbrodnią. To po prostu obiektywna prawda. A że Tusk wziął to do siebie, to już jego problem… Sprytne, Kaczyński potraktował swoją wypowiedź jako tzw. pleonazm, masło maślane, wszak mord jest zbrodnią, to oczywiste.

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz

I kolejny chwyt z listy, którą opisaliśmy: za zamachem smoleńskim, jak stwierdził Kaczyński, mogą stać nie rządy, ale spisek byłych funkcjonariuszy służb specjalnych, a więc renegaci, którzy wymknęli się spod kontroli oficjalnych instytucji (to motyw z filmów z Bondem, z czasów odwilży, kiedy już nie wypadało posądzać Moskwy o chęć ataku na Zachód). Ale jednocześnie „rząd Tuska mataczy” w sprawie smoleńskiej. A po co miałby mataczyć, gdyby chodziło o wyjętych spod prawa, działających na własną rękę agentów rosyjskich i polskich? Trwa ta niebezpieczna i cyniczna zabawa w „co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Coś powiedzieć i się od tego odciąć, rzucić oskarżenie i uciec od niego, śmiejąc się na zasadzie: co pan taki nerwowy. Dwa kroki do przodu, jeden w tył. Trwa ciche zdobywanie terenu, zajmowanie kolejnych rubieży, przyzwyczajanie do tez ekstremalnych i sprawdzanie reakcji.

Druga strona jest bardziej odległa od stwierdzenia, że Kaczyński ma zaburzenia psychiczne, ale sugestie, zwłaszcza w mediach, już się zdarzają. Pękają kolejne tamy. Zimna wojna domowa kieruje się logiką sekwencji kolejnych przesileń, gdzie mimo okresowych odwilży napięcie stale rośnie, a sytuacja nigdy nie wraca do punktu wyjścia. W tej kanonadzie zaczyna już brakować słów. Gubią one swoją wagę, nie tracąc jednak, niestety, trującej mocy. Zamulają umysły, rozgrzewają emocje, zachęcają do odwetu i uwalniają od skrupułów. Politycy, zwłaszcza Jarosław Kaczyński czy Antoni Macierewicz, zrobili wiele, aby opinię publiczną na te radykalne poglądy znieczulić, uśpić, sprawić wrażenie, że toczy się normalny demokratyczny dyskurs, gdzie opozycja musi być ostra, bo przecież sytuacja jest straszna. Patriota w poczuciu misji może wypowiedzieć każdą kalumnię, a wszystko w prawicowym niebie i tak będzie mu wybaczone.

Procesy chorobowe

Ale przy takim znieczuleniu tym łatwiej zachodzą procesy chorobowe, postępuje gangrena. Za pomocą radykalnego, a przy tym – paradoksalnie – „nieważnego” języka coraz trudniej opowiadać o sprawach kraju, o ideach, koncepcjach, racjonalnych rozwiązaniach. O Europie, budżecie, podatkach i przedszkolach. Coraz trudniej nawet określić istotę politycznego sporu. Popsuty język polskiej polityki oderwał się od rzeczywistości. Dominuje opis katastrofy, nieszczęścia, wielkiego kryzysu i narodowej zdrady. Na poziomie języka mamy w kraju Grecję, Hiszpanię, pomieszaną z Białorusią i putinowską Rosją. Nie bardzo wiadomo, jakie określenia będą zatem oddawać rzeczywiście kryzysową sytuację, gdyby do niej miało dojść. Jeśli już teraz jest dramat, to jak trzeba by nazwać takie bezrobocie jak w Hiszpanii czy takie zadłużenie kraju jak w Grecji?

Jakich wreszcie słów należałoby użyć, hipotetycznie, gdyby w Smoleńsku naprawdę doszło do zamachu? To wszystko dzieje się już teraz, jest już na sucho przećwiczone. A próby nazwania tego językowego szaleństwa i walki z nim napotykają jeszcze ostrzejsze ataki. I koło się zamyka.

Dzisiaj w demokratycznej polityce nie walczy się na miecze, nie zabija się przeciwnika orężem. Toczy się boje na słowa, na argumenty, po to, by wyborcy zadecydowali, kto ma rządzić i ich reprezentować. I widać, jak słowa w tej konfrontacji i konkurencji wyostrzają się, sięgają do granic wręcz ostatecznych, nieodwracalnych, mają przeciwnika politycznie unicestwić, zabić i wyeliminować. Słowa zamieniają się w brudną broń, w rozrywające ciało naboje dum-dum, zabronione w wojennych konwencjach. Nie tylko w Polsce zresztą, ten radykalizm widoczny jest w wielu współczesnych demokracjach, choćby nawet w Ameryce, zwłaszcza wszędzie tam, gdzie podziały są głębokie, a największe siły znajdują się we względnej równowadze.

 

Niemniej wojna polsko-polska jest jedną z najbardziej brutalnych, na pewno wśród państw kultury zachodniej. Tym bardziej że każda kolejna odsłona daje coraz mniej szans na jej zakończenie, wręcz oddala od niego, a też niszczy wspólnotę państwową, narodową i społeczną. Jeśli w Stanach Zjednoczonych, po zakończonych właśnie wyborach prezydenckich, obydwaj konkurenci, wcześniej tak bezpardonowo ze sobą walczący, potrafili choćby na moment znaleźć wspólny język, obdzielić się życzliwymi gestami, w Polsce stało się to niemożliwe i jest coraz gorzej. Ma sporo racji Donald Tusk, gdy pyta, jak, w jaki sposób mamy żyć razem w tym samym kraju. Ale od razu padła riposta: Tusk chce mnie zabić czy tylko wysłać na banicję? Riposta na ripostę nie padła.

Jak wyjść z tego klinczu, jak nie zarazić swoją nienawiścią następnych pokoleń, gdzie szukać ratunku i początku jakiegoś nowego ładu, jak wrócić do porządku i cywilizowanych zasad?

Ten pogłębiający się podział bierze się z całkowicie sprzecznych ze sobą obrazów rzeczywistości i wizji przyszłości. Zaczęło się to bez mała dziesięć lat temu, gdy wyłaniała się idea IV RP, wspólnie implantowana przez PiS i PO, jako – tak to wtedy przyjmowano – korekta III RP. Za chwilę już całkowicie przejęta przez Jarosława Kaczyńskiego i autorsko, twórczo rozwijana jako praktyka polityczna. Tu nie ma żadnego przełomu, jest tylko kontynuacja z kolejnymi kulminacjami.

Jest piekło, będzie cieplej

Być może takie wypchnięcie języka do końca, taka radykalizacja i brutalizacja, jest swoistym zapisem traumy kogoś, kto stracił w katastrofie brata bliźniaka, bo rzeczywiście wtedy w polityce polskiej za sprawą Jarosława Kaczyńskiego zaczęły dziać się rzeczy dziwne, by nie powiedzieć: niepoczytalne, na pewno irracjonalne. Nie tylko dlatego, że on sam zaczął stosować w swoich rolach publicznych płodozmian wściekłości i łagodności coraz bardziej bezwstydnie. Przede wszystkim dlatego, że wywołał ducha posmoleńskiego początku dla jego przyszłej, odrodzonej Polski.

Lider PiS jasno zapowiedział, że bez zmiany władzy nie będzie prawdy o Smoleńsku. Dopóki więc PiS władzy nie odzyska, będzie piekło. A gdyby odzyskał, będzie piekło do potęgi. Nie ulega więc wątpliwości, że tu o żadnej wspólnej rozmowie nie ma co marzyć. Ani też uznawać – niby dla dobra sprawy, szukania usprawiedliwień – że mamy do czynienia z pewnymi tylko przerysowaniami, z sytuacyjną afektacją, niezręcznościami. Że wystarczy przeprosić i będzie w porządku. Przecież nie chodzi o to, że słowa te wynikają, chciałoby się powiedzieć, z programu. One same stają się tym programem. I to jedynym.

Dopiero, jak to się pojmie, można zrozumieć, dlaczego na pozór równie ostre słowa z drugiej strony nie należą jednak do tego samego zbioru, nie są symetrycznym odbiciem swoich, wydawałoby się, zwierciadlanych przeciwieństw.

Bywają nawet mściwe i złośliwe, lecz jednak nie są samoistnym programem, są przede wszystkim obronne. Choć czasami nerwy puszczają czy też narasta gotowość jednoznacznego i zasadniczo krytycznego odniesienia się do ekscesów i agresji PiS, jak choćby w wypadku tak stonowanych ludzi, jak profesor Zbigniew Brzeziński czy Tadeusz Mazowiecki.

Jarosław Kaczyński rządzi dzisiaj polskim językiem polityki, potrafi go narzucić wszystkim innym, wbić do głów swoim podwładnym. Nawet jeśli nie wynika to z precyzyjnego planu, a jest tylko bezładną, czasami histeryczną reakcją na wydarzenia. Jest to jednak język, który trafia do milionów ludzi tak mocno, że za jego pomocą myślą i podejmują wybory. W ciągu dwóch lat odsetek Polaków wierzących w zamach smoleński wzrósł z 8 do 36 proc.

A może jeszcze kilka kolejnych milionów wsłuchuje się w słowa PiS, zachowując postawę specyficznego warunkowego zawierzenia, na zasadzie: „zaczekajmy na prawdę”, bo na razie właściwie nic nie wiemy. Ten wybrany stan niewiedzy to właśnie ciche zwycięstwo pisowskiej strategii. Może tacy poputczycy nie poprą wprost tezy o zamachu w Smoleńsku, ale tezę o matactwach rządu w tej sprawie już tak. A jak matactwo, to...

Dramat w odcinkach

I o to chodzi, na tym polega zysk polityczny: naruszyć w jednym miejscu konstrukcję i dać działać naturalnym siłom psychospołecznym. Wystarcza tylko lekko ogień od czasu do czasu podsycić, by żar nie wygasał, a dym ścielił się równo. Do tego myślowego trzęsawiska dołożył ostatnio swoje abp Józef Michalik, mówiąc, że na temat tego, co stało się w Smoleńsku, „nie wiemy nic”. To przykład na tę swoistą abdykację języka, pojęć, racjonalności.

Wbrew wszelkim anachronicznym treściom myślenia politycznego Jarosława Kaczyńskiego, jego metoda propagandowa jest chyba najbardziej nowoczesna ze wszystkich stosowanych w polskiej polityce. Nawet jeśli przypadkiem. Prezes PiS, a przynajmniej jego doradcy wyraźnie zdają sobie sprawę, na czym polega biznes polityczno-rozrywkowy, kopiujący ten prawdziwy show-biznes, wszechwładny w kulturze masowej. Że rządzi się on prawidłami serialu.

Taki serial ma jakąś swoją generalną linię myślową czy programową, nie zawsze zresztą widoczną i łatwą do odszyfrowania, ale tak czy inaczej, jest ona dawkowana odcinkami, a każdy z nich ma swoją dramaturgię, początek i koniec, i wyłączamy telewizor. Potem następuje kolejny odcinek, ze swoim początkiem i końcem, i tak bez przerwy. Ważne jest, by kończyć wyraziście, z przytupem, bez żadnej jednak odpowiedzialności za słowo i żadnego zobowiązania, że w następnym odcinku koniecznie coś z tego będzie wynikało, że sensy będą ze sobą powiązane. Jedne na chwilę zanikną, pojawią się nowe, ważne, by uwaga odbiorców nawet na moment nie zamierała. Znowu przecież można wrócić do starych wątków i bombardować swoimi rewelacjami. W jednym można rzucić bombę atomową tuż przed napisem The End, w drugim, jak gdyby nigdy nic, zacząć od sielskich obrazków życia rodzinnego. Mieszać ważne z nieważnym, groźne z wesołym, słodkie z kwaśnym.

„Rozwibrowywanie”

Żarty już się dawno skończyły. Słowa, które pozostają bezkarne, wracają wołem, uzwyczajniają się, wchodzą do głów i do potocznego języka. Wyrosło już nowe pokolenie wyborców, które innego języka nie zna, ma prawo sądzić, że tak właśnie trzeba, że taka jest norma. Na tym tle gorące, jak się wówczas wydawało, lata 90. wydają się dzisiaj czasami spokojnej politycznej i ideowej dyskusji, gdzie jeszcze liczyły się programy, niuanse ideowe, gdzie jeszcze próbowano budować chadecje, socjaldemokracje, partie liberalne czy konserwatywne. Teraz mamy do czynienia z amorficznymi tworami-potworami, które w politycznej walce są w stanie udawać wszystko, za pomocą totalnego języka.

Trwa, używając terminu prof. Andrzeja Zybertowicza, „rozwibrowywanie” państwa i jego struktur, narzucanie kodu upadku i degeneracji, tworzenie atmosfery ogólnego draństwa i zdrady. Ma to doprowadzić do sytuacji, kiedy nie będzie już czego bronić, bo tak marne państwo, z tak fatalną władzą, ma przestać być wartością.

Taka jest strategia totalnego języka: zbrutalizować rzeczywistość, wprowadzić polityczność w rozumieniu ulubieńca PiS, politologa Carla Schmitta, czyli zasadę, że suwerenem i prawodawcą jest zwycięzca. Nie jest rozliczany z metod, jakie stosował, ponieważ to on wyznacza nowe reguły oceny, tyczących historii i przyszłości. Język polityki należy pogruchotać, bo na etapie walki ważne jest tylko jedno kryterium – skuteczność. Potem będzie naprawiony, już w warunkach nowego porządku i nowych hierarchii. To, co było brudne w starym kodzie, stanie się czyste w nowym rozdaniu.

W polityce, której brakuje słów, racjonalność trzyma się resztkami sił. Chociaż Polska przeżywa bodaj najlepszy okres w swojej historii – panuje atmosfera klęski, rozpadu, pesymizmu, najcięższych oskarżeń, niemal wojny domowej. To nie jest rzeczywistość, to tylko toksyczne opary.

Polityka 47.2012 (2884) z dnia 21.11.2012; Polityka; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Na końcu języka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Lekarka: Polska odwróciła się od pacjentek

„Osoby, które argumentują ten wyrok troską o życie i rodzinę, kradną czas kobietom. Decyzja trybunału sprawi, że te z nich, które chciały być matkami, nigdy nimi nie będą. A nas stawia w sytuacji nieetycznej” – mówi Kaja Filaczyńska, inicjatorka listu otwartego do TK, pod którym podpisało się niemal tysiąc lekarek i lekarzy.

Mateusz Witczak
23.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną