Scenariusze polityczne na 2013 rok

Polityka zastygła
Niby w polskiej polityce wszystko jest stabilne i przewidywalne, ale jest też jakieś podskórne napięcie, oczekiwanie, że coś nastąpi, pęknie, wybuchnie.
Narastające znużenie ogarnia naszą politykę coraz bardziej i staje się jej cechą dominującą.
Adam Chełstowski/Forum

Narastające znużenie ogarnia naszą politykę coraz bardziej i staje się jej cechą dominującą.

Piechociński siłę swej partii chce budować nie na odrębności koalicyjnej, ale na odmłodzeniu partii i trudnej pracy w terenie.
Jacek Turczyk/PAP

Piechociński siłę swej partii chce budować nie na odrębności koalicyjnej, ale na odmłodzeniu partii i trudnej pracy w terenie.

Na razie wydaje się, że polską politykę bardziej może zmienić erozja niż eksplozja.
Roger Ressmeyer/Corbis

Na razie wydaje się, że polską politykę bardziej może zmienić erozja niż eksplozja.

Prognozować nie będę – zastrzegali moi kolejni rozmówcy, socjologowie, politolodzy, eksperci – bo polska polityka jest nieprzewidywalna. Czyżby? A może jest właśnie do bólu przewidywalna i ciągle powtarza te same gesty, słowa, błędy? Ma trwałe nadwyżki agresji i deficyty szacunku?

Zwykły był ten 2012 r., bez wyborów, które regulują temperaturę życia politycznego w Polsce. Ale temperatura, owszem, była; czasem nawet słupek rtęci (przepraszam, trotylu) skakał nadzwyczajnie wysoko. Ale bardziej widoczne było znużenie, zniecierpliwienie, a czasem złość. Znużenie kolejnymi latami rządów Donalda Tuska i koalicji PO-PSL, nawet bez porządnej rekonstrukcji rządu (wyjąwszy tę oczywistą, powyborczą).

Było też narastające znużenie kolejnymi występami Jarosława Kaczyńskiego, który przekazuje, choć w różnych wariantach, wciąż tę samą opinię – rząd dzisiejszy jest najgorszy z możliwych i szkodzi Polsce, czyniąc ją niesuwerenną i ekonomicznie upadłą. A odnowa moralna i każda inna nastąpi dopiero wtedy, kiedy do władzy dojdzie PiS.

Taka taktyka wciąż potwierdza swoją skuteczność. Jeśli nawet nie daje na razie nadziei na dojście do władzy, to przynajmniej gwarantuje wysokie i stabilne poparcie. Wszak po raz pierwszy od lat PiS okresowo wyprzedzało nawet PO w sondażach, co niewątpliwie należało do sensacji minionego roku; w każdym razie pozycje obu partii wyrównywały się. Czyj to sukces – opozycyjnego PiS czy rządzącej PO? Zważywszy na ogólne zmęczenie, na coraz bardziej widoczne gospodarcze spowolnienie i obawę przez tym podobno najtrudniejszym 2013 r. można uznać, że opozycja w dalszym ciągu jest dość bezradna, a Platforma i cała koalicja trzymają się nad podziw mocno.

Pierwszoplanowy wizjoner

Gdyby szukać zwycięzców i przegranych 2012 r., to propagandowo częściej wygrywał Kaczyński. To on na ogół bywał w ofensywie, narzucał rytm politycznych zdarzeń, a przynajmniej absorbował opinię publiczną oraz media, które okresowo dostrzegały w nim znów pierwszoplanowego wizjonera. Wczesną jesienią wydawało się, że duża grupa obywateli skłonna jest ponownie uwierzyć w kolejną, merytoryczną, przemianę prezesa PiS – zwłaszcza kiedy zaczynał debatować z ekonomistami.

Ale też szybko okazało się, że wystarczyło słowo „trotyl”, by nowy wizerunek wyleciał w powietrze, wraz z projektem konstruktywnego wotum nieufności i dziwaczną postacią prof. Piotra Glińskiego jako potencjalnego premiera. Więc znów mieliśmy to, co zwykle: podsycanie antyniemieckich fobii, „zbrodniarzy” Tuska i Putina, smoleński wrak jako wyraz polskiej służalczości wobec Rosjan, coraz bardziej bezradne słowa o dyktaturze Tuska, brutalnych atakach na Kościół, tradycję i Radio Maryja.

Mieliśmy także – i tego nie należy lekceważyć – coraz śmielsze pisanie najnowszej historii, w której sprawcami wszystkiego co dobre byli bracia Kaczyńscy. Jeden – męczennik i prawdziwy przywódca antykomunistycznej opozycji, drugi – prześladowany wizjoner, mający wypełnić testament wolności, solidarności i niepodległości.

Z kolei Donald Tusk po zwycięstwie wyborczym stworzył rząd autorski, który jako pomysł był może ciekawy, ale w wykonaniu okazał się wątpliwy, gdyż nie stanowił dla Tuska większej wartości dodanej. Poważnym ostrzeżeniem już w pierwszych dniach 2012 r. była sprawa ACTA, która wywołała masowe protesty, zastała rząd bez jasnego stanowiska, pokazała, że tworzy się zupełnie nowa rzeczywistość, w której zawodzą dawne narzędzia dialogu, jak choćby wielogodzinne rozmowy z samym premierem czy powierzenie sprawy, niezawodnemu wydawałoby się, specjaliście od spraw trudnych, ministrowi Michałowi Boniemu. Rząd nie potrafił sprzedać swoich, w wielu punktach słusznych, argumentów i ACTA stały się jedną wielką porażką.

Ten brak kogoś, kto byłby w stanie przejąć część zadań politycznych premiera, uwidocznił się szczególnie przy tak zwanej aferze Amber Gold. Nie było wówczas nikogo, kto podjąłby trud politycznej walki, a przynajmniej obecności i absorbowania opinii publicznej, zaś koalicjant uwikłany we własne partyjne wybory był bardziej problemem niż pomocą. W rządach autorskich tak już jest, że kłopot każdego ministra staje się od razu kłopotem premiera. W dodatku okazało się, że w przeciwieństwie do PiS, Platforma jest partią mało waleczną, a jej dotychczasowi liderzy, stanowiący kiedyś zwartą drużynę, leczą głównie własne frustracje związane z aktualną pozycją polityczną – nie na miarę ich ambicji.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną