Finał procesu doktora G.

Bilans prawdy
Po prawie sześciu latach od aresztowania kardiochirurga Mirosława G., z rozlicznych zarzutów, w tym najcięższych – o spowodowanie śmierci pacjenta – ostało się niewiele.
Oskarżony dr G.
Witold Rozbicki/Reporter

Oskarżony dr G.

Prokurator zażądał dla lekarza jedynie dwóch lat, z możliwych ośmiu, i to w zawieszeniu na pięć lat. Poprosił też o warunkowe umorzenie kary w stosunku do oskarżonych o wręczanie łapówek. Sąd orzekł rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata i 72 tys. zł. grzywny.

Sąd stanął wobec konieczności precyzyjnej odpowiedzi na pytanie, co jest łapówką, a co nią nie jest. Czy na przykład słynne już ujęcie z ukrytej kamery (na którym pacjentka po operacji wręcza lekarzowi książkę ze słowami: „tak jak się umawialiśmy”) ukazuje korupcję, czy przekazanie dowodu wdzięczności? W książce była koperta. Na innych zdjęciach widać, jak lekarz wyprasza pacjentkę z gabinetu z butelką alkoholu, prosząc o książkę. Czy przed operacją można coś dać? Czy koperta w książce to już dowód?

Dla bohatera procesu, doktora G., bilans tych sześciu lat jest fatalny. Areszt, odejście na pewien czas z zawodu. Obowiązkowe uczestnictwo w regularnych, często cotygodniowych rozprawach – bo tylko tak mógł wybronić się z wielu zarzutów. Na przykład jednego z tych o mobbing. Skarżyła się pielęgniarka, której doktor robił awantury o skrajną nieodpowiedzialność, pozostawianie otwartych drzwi do izolatki z pacjentem z zerową odpornością (śmiertelne efekty takich niefrasobliwości, ujawnione w procesie, to może akurat potencjalny materiał dla prokuratury).

Dla służb państwa i ówczesnych władz bilans też jest fatalny, kompromitujący. Zeznania na sali sądowej ujawniły kuriozalne praktyki. Jedną z ofiar trafionych rykoszetem jest Honorata K., pielęgniarka ze szpitala. „Narzeczony”, który prosił o pomoc w kontakcie z pacjentami doktora G., nie wyjaśniając, do czego są mu potrzebne, ulotnił się, a potem się okazało, że był podstawionym funkcjonariuszem CBA.

Prokurator swą mowę końcową zaczął od oczywistej konstatacji: że źle się dzieje, kiedy wyroki ferują politycy, nim spłynie do sądu akt oskarżenia, za nic mając podstawową zasadę domniemania niewinności. To prawda. Czy dla tej prawdy, zdaje się oczywistej od czasów rzymskich, trzeba było zrujnować życie człowieka?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną