Dlaczego Polacy są dla siebie okrutni?

Nasza złość plemienna
Co łączy Krystynę Pawłowicz, morfinę, Janusza Palikota i tajne więzienia CIA?
Kadr z filmu „Quest for Fire”.
JP Laffont/Sygma/Corbis

Kadr z filmu „Quest for Fire”.

Na pytanie, dlaczego jesteśmy okrutni, nie ma jednej odpowiedzi. Prawidłowość jest taka, że bardziej okrutne są kultury bardziej prymitywne.
F. Roubal/AKG/EAST NEWS

Na pytanie, dlaczego jesteśmy okrutni, nie ma jednej odpowiedzi. Prawidłowość jest taka, że bardziej okrutne są kultury bardziej prymitywne.

Jako społeczeństwo łatwo wdrażamy się do okrutnych procedur, beztrosko zadajemy ból, spokojnie znosimy widok okrucieństwa wobec innych.
Christine Schneider/Corbis

Jako społeczeństwo łatwo wdrażamy się do okrutnych procedur, beztrosko zadajemy ból, spokojnie znosimy widok okrucieństwa wobec innych.

Nie starczy nażreć się hormonów, żeby być kobietą” – osoba, która mówiła te słowa do rozbawionej widowni, nie jest mętem spod budki ani małomiasteczkowym trefnisiem. To doktor habilitowana prawa, profesor w lokalnej uczelni, była wykładowczyni warszawskich uniwersytetów, była sędzia Trybunału Stanu, posłanka na Sejm obecnej kadencji. Publiczność, którą te słowa bawiły, to nie społeczny margines. To inteligenci, katolicy wierzący i praktykujący, członkowie działającego pod patriotycznym szyldem Klubu „Gazety Polskiej”. Zapewne nikt z nich – podobnie jak posłanka Pawłowicz – nie lubi mniejszości seksualnych. A może żadnych mniejszości. Ich prawo. Nikt nie ma prawa im tego prawa odbierać. Każdy ma prawo kogoś nie lubić lub lubić, szanować lub nie. Żadna poprawność nie może nikomu zabraniać swobodnej ekspresji emocji i poglądów. Także niesłusznych i kontrowersyjnych. Demokracja tylko wtedy działa, kiedy każdy może wyrazić, co czuje lub myśli. Ale dlaczego tak?

Dlaczego posłanka, dr hab. Krystyna Pawłowicz musi powiedzieć, że inna posłanka „żre”? Dlaczego swój krytyczny pogląd musi wyrazić tak, by obiekt krytyki obrazić, dotknąć, poniżyć, odczłowieczyć (żrą przecież zwierzęta), zranić? Czy musi ranić, żeby wygrać coś dla niej ważnego? Czy rani tak sobie?

Gdyby chodziło tylko o Krystynę Pawłowicz, nie byłoby o czym pisać. Rzecz w tym, że ona nie odstaje od utrwalonej normy, sięgającej daleko poza politykę. Zmarły niedawno prymas Józef Glemp, człowiek spokojny i umiarkowany, też w odpowiedzi na liberalną krytykę mówił, że „kundelki szczekają, a karawana jedzie dalej”. I też nie mówił tego, żeby kogoś zranić. Tak mu się powiedziało. Użytkowo „kundelki” Glempa w najlepszym razie były tak samo bez znaczenia jak „żarcie” Pawłowicz. Ale też tak samo nie były przypadkiem. Choć w sensie skuteczności mogły być wypadkiem przy pracy. Bo wiele osób, które, jak posłanka Pawłowicz, czują, że transpłciowość wymyka się z naszego porządku i systemu pojęć, więc są jej niechętne, pewnie by o tym podyskutowało. Ale nie w standardzie określonym przez „żarcie”. Wiele osób chętnie by się też zastanowiło nad trafnością liberalnej krytyki Kościoła, a kiedy się pojawiły „kundelki”, przestrzeń rozmowy znikła.

Podobnie staje się niemożliwa sensowna rozmowa o historycznych korzeniach dzisiejszej polityki, gdy Dorota Kania czy Cezary Gmyz ranią przeciwników błędami ich rodziców. Podziwiamy rody adwokackie (Dubois), lekarskie (Orłowscy), polityczne (Miodowicz, Wałęsa), medialne (Passentowie), aktorskie (Stuhrowie), profesorskie (Estraicherowie), estradowe (Kydryńscy). Popularność sięgających dzieciństwa biografii pokazuje, jak ważne w powszechnym przekonaniu są geny i to, co wynosimy z domu. Ale trudno się nad tym zastanawiać, gdy jedna ze stron bezlitośnie rani czułe dla każdego miejsce, jakim jest rodzina.

Był człowiek. Nie ma człowieka. Niebo się nie wali.

Katalog takich sytuacji można ciągnąć bez końca. Trudno znaleźć osobę publiczną, która by kogoś bez sensu nie poniżyła publicznie. Janusz Palikot zapłacił za to cenę. Sposobem, w jaki cofnął poparcie dla wicemarszałek Nowickiej, zachęcił innych do tego, by jej bronić. Gdyby sprawę załatwił delikatnie, za zamkniętymi drzwiami, na posiedzeniu władz klubu czy partii, Wanda Nowicka sama podałaby się do dymisji. Zmiana marszałków mogłaby przejść bezboleśnie. Zachował się brutalnie i stworzył sytuację, z której nie było dobrego wyjścia.

Poniżenie Nowickiej było tak samo nierozumne i przeciwskuteczne, jak „żarcie”, „kundelki” oraz tysiące podobnych bez potrzeby, bezmyślnie zadawanych ran. Wiele wskazuje, że było też podobnie nieświadome. Tak jak okrucieństwo lustracji, która więcej niewinnych osób poraniła, niż ujawniła prawdziwego zła i ludzkiej podłości. A raniąc niewinnych, straciła wiarygodność konieczną, by piętnowanie winnych odegrało swoją rolę. Ale wyznawców lustracji ani większości Polaków nie raziło, kiedy zwolennicy takiego lustrowania przekonywali, że trudno – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Podobnie jak większości z nas nie rażą inne okrucieństwa wobec współobywateli.

Ile osób w Polsce przejmuje się tym, że polskie areszty są pełne ludzi, którzy nigdy nie zostaną skazani, bo prokuratura podejrzewa ich całkiem niesłusznie? Nie mówiąc o bezliku młodych, którzy trafiają za kraty przez jointa z marihuaną.

Dziennikarze piszą czasem o złamanych przez prokuraturę biografiach, zniszczonych karierach i firmach, rozbitych rodzinach. To się łatwo pisze albo opowiada w radiu czy telewizji, dobrze się to czyta i ogląda, ale nic z tego nie wynika. Do ofiar tej plagi wciąż dołączają nowe, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Trudno. Nawet najlepszy ze światów nie może być idealny. Nikt nie jest nieomylny. Prokurator też.

Także kiedy w areszcie na skutek braku opieki umiera młoda, niesłusznie podejrzewana kobieta, prokurator tłumaczy, że wszystko było w porządku. Na jego twarzy nie widać zakłopotania ani wyrzutów sumienia. Nie czuje się zabójcą. Nie będzie się leczył z traumy. Był człowiek. Nie ma człowieka. Ziemia się nie trzęsie. Niebo się nie wali. Taka praca.

Każdy adwokat zna historie o prokuratorach, którzy miesiącami trzymają podejrzanych w areszcie, a sami w tym czasie jeżdżą na wakacje i nie mają kiedy zajmować się sprawą. Na tle Europy jesteśmy państwem aresztowej swawoli niszczącej życie tysiącom obywateli. Przywykliśmy z tym żyć. Nawet wtedy, kiedy prasa opisuje przypadki tak dramatyczne, jak historia aresztowanego omyłkowo chłopca, który wyszedł z aresztu jako wrak człowieka, bo kryminaliści traktowali go jak lalkę z sex-shopu. Nikt w prokuraturze ani w służbie więziennej nie czuje się winny, nikt nie organizuje ekspiacyjnych nabożeństw i pielgrzymek. Koledzy klawisze i prokuratorzy siedzą cicho. Sędziowie też się przyzwyczaili, że na dyżurach wali się areszty, jak leci. O co prokurator poprosi, to podejrzany dostaje.

Podobnie jak nikt nie słyszał, żeby smuga zakłopotania, współczucia, poczucia winy pojawiła się na twarzach komorników, którzy na skutek własnego niechlujstwa zabierają wszystkie pieniądze Bogu ducha winnym staruszkom albo dokonują nieuzasadnionych eksmisji na bruk. Gazety to opisują, telewizje to pokazują, widzom i czytelnikom na chwilę skacze adrenalina. I tyle. Najwyżej jakiś polityk wyrazi do kamery święte oburzenie. Na twarzach sprawców nie ma rumieńca wstydu. Jeśli wszystko było z grubsza zgodne z procedurą, nie ma o czym mówić. Ofiary się zdarzają. Nikt nie jest nieomylny.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną