Kraj

Wyzwij pan i wezwij

Jak wygląda praca w pogotowiu?

Służbom wydano polecenie: wzywać karetki do każdego nietrzeźwego znalezionego na mieście. Służbom wydano polecenie: wzywać karetki do każdego nietrzeźwego znalezionego na mieście. Bartosz Krupa / EAST NEWS
Polskie ratownictwo działa żywiołowo. Podobnie jak większość dzwoniących po pomoc: Przyjeżdżaj, k...wa, bo zaraz ktoś tu umrze.
NFZ skupia się na poprawnie wypełnianych papierach, piętnuje brak pieczątki, daty, podpisy w niewłaściwych rubrykach.Polityka NFZ skupia się na poprawnie wypełnianych papierach, piętnuje brak pieczątki, daty, podpisy w niewłaściwych rubrykach.

Dyspozytornia pogotowia przy ul. Hożej w Warszawie ma 12 stanowisk. Od śmierci 2,5-letniej dziewczynki obserwuje się natężenie umierających, którzy toczą pianę. Bo ja, k…wa, na was płacę. Bo jakbym k...wa wam nie płacił, tobym już Mercedesem jeździł. Dyspozytorki z 30-letnim stażem mają dużą przelotowość uszu. Absolwentki pielęgniarstwa i ratownictwa medycznego czują szaleństwo. Ale od śmierci dziewczynki puszcza się karetki do każdego dziecka.

1.

Na Hożą wpada dobowo 1,5 tys. telefonów (jakieś 300 więcej niż przed śmiercią dziewczynki). Przeważają wezwania do dzieci z biegunkami, gorączkami, zaparciami. Jedna z gazet, w trosce o maluchy mordowane przez pogotowia, wydrukowała listę niepokojących objawów: blada skóra, nie śmieje się, wysoki płacz, trudności z obudzeniem, zbyt długo sucha pieluszka. Dzwoniący poczuli się zabijani masowo: Mam do tefałenu iść? Już jednego dzieciaka zabiliście.

Wezwanie na ulicę Czerwonego Krzyża. Matce umiera dziecko. Od 10 dni temperatura 38, leczone przez trzech lekarzy trzema antybiotykami. Ratownik zastaje na miejscu dziecko 40-letnie. Z okien mieszkania widać oddaloną o 20 m izbę przyjęć szpitala na Solcu. Ratownikowi nie wolno się zirytować. Choć w domu gorączkuje mu dwójka malutkich dzieci (podał im paracetamol i na jutro zapisał do lekarza). Bierze 40-letnią córkę pod pachę, przeprowadza na drugą stronę ulicy i sadza na krzesełku w poczekalni.

Trzeci raz telefonuje dziadek Szymonka. W południe dzwonił z przychodni, domagając się interwencji w sprawie wnusia. Nie dostał numerka do pediatry, a wnusio jest gorączkujący. Po południu dziadek dzwoni podziękować, że Szymonek został przyjęty, rozpoznane zapalenie oskrzeli, leki zaordynowane. Dziadek pójdzie do tefałenu i pozytywnie opisze tę panią, która interweniowała w jego sprawie. Tym razem chodzi mu o natychmiastową karetkę, bo z Szymonkiem jest źle, płacze (w tle gaworzenie). Dyspozytorka: Czy to dziecko, które słyszę, to Szymonek? No, tak. Wezwanie przyjęte.

Dzwoniąca ostrzega, że będzie skarżyć pogotowie. Karetka nie odwiozła do szpitala dziadziusia z bólem brzucha spowodowanym nowotworem, a przecież dziadek jest ciężki, ona z matką nie zaniosą go do auta. Nie tego się spodziewała.

Około godz. 2 w nocy umierający zasypiają. Miejsca w karetkach zwalniają się dla wcale nieoczekujących pomocy pijanych nurów, śmierdzących odchodami i owrzodzeniem. Natężenie wyjazdów do nurów jest z kolei spowodowane tym, że w lutym straż miejska, wioząc do izby wytrzeźwień bezdomnych wyciąganych z altan działkowych, zaliczyła dwa zgony. Przestraszono się. Wydano wszystkim służbom polecenie: wzywać karetki do każdego nietrzeźwego znalezionego na mieście.

Najgłupsze kursy były 1 marca, po marszu ku pamięci Żołnierzy Wyklętych. Pijani, machali rześko flagami, pokazując ratownikom, że naprawdę nie potrzebują pomocy.

2.

Pogotowie w Bełchatowie. Niedysponowany mężczyzna zgłasza, że kolega chyba umiera (w tle słychać kolegę, który twierdzi, k…wa, że żyje). Krzyczy żona: mąż spadł z drabiny, nieprzytomny, oddycha, piana na ustach, wieś Rasy. Eska (karetka specjalistyczna, z lekarzem) leci na sygnale do zagrożonego życia. Mąż już wstał i przeniósł się na tapczan. Dostał padaczki alkoholowej akurat przy drabinie, ale z niej nie spadł. Podano domięśniowo relanium. Trzy tygodnie temu też był w zagrożeniu życia. Żona krzyczała, że mąż jest w trakcie wieszania się. Chciał zrobić jej na złość i najadł się leków psychotropowych. Mąż zgłasza, że żona nagle przestała mówić. Wylatuje eska (może udar). Żona mówi lekarzowi, że z mężem nie rozmawia, gdyż są pokłóceni.

Tak po powiecie bełchatowskim ganiane są cztery zespoły wyjazdowe. Wzywają podopieczni DPS (o drugiej w nocy, że sąsiad z pokoju ma czkawkę), z domów psychiatrycznych, melin. Telefon komórkowy dla numerów alarmowych nie potrzebuje karty, a niezasadne wezwania od czasów ministra Mariusza Łapińskiego są bezpłatne. Minister argumentował, że jak niezasadne, należy nie przyjmować. Proste.

W czasie wyjazdu do spadającego z drabiny, zupełnie nieroszczeniowo na ulicy w Bełchatowie umarłby starszy pan. Jechał rowerem do urzędu skarbowego zawieźć PIT, dostał zawału i upadł. Zadzwonił strażnik miejski. Zdążyli.

Dr Grzegorz Riemer, prowadzący pogotowie bełchatowskie, widzi u pacjentów czasów Googla dużą wiedzę na temat stanów ciężkich, bezdyskusyjnie wymagających interwencji. W przychodnianych kolejkach tętnią życiem, przekazując jedni drugim wypróbowane sposoby na przechytrzenie bezdusznych doktorów.

Sposób klasyczny: Jak pan chcesz się dostać do szpitala, machnij pan telefon na pogotowie i powiedz, że boli w klatce piersiowej. Tego już nie można nigdzie odesłać. Pan mówi, że boli, ale nie czuje zagrożenia życia, wtedy przyjedzie zespół pe (podstawowy, z ratownikiem). To niuans, lecz ważny. W esce siedzi lekarz, ma pieczątki, mógłby zbadać i podjąć decyzję o zostawieniu w domu. Ratownik nie ma wyjścia, musi zabrać pacjenta z bólem. Tak zostaniesz pan przywieziony do szpitala. A przywieziony przez ratownictwo medyczne nie czeka. Wwiozą pana prosto na oddział. Dziękuję. Proszę, musimy sobie radzić.

3.

Muszą. Ping-pong to w medycznym slangu gra pacjentem. Należy go od siebie odbijać, ale tak, żeby nie wyciągał pieniędzy. Można. Od godz. 8 do 18 odbijają ośrodki POZ – zakontraktowana przez NFZ podstawowa opieka zdrowotna. NFZ płaci im od ubezpieczonego, przynależnego numerem PESEL do rejonu, a kontrakt opiewa na stałą stawkę za gotowość udzielenia mu pomocy. NFZ nie kontroluje, jak odbijany jest leczony, skupia się na poprawnie wypełnianych papierach, piętnuje brak pieczątki, daty, podpisy w niewłaściwych rubrykach. W tym czasie szefowie POZ budują sobie ładne domy z kolumnami.

Po godz. 18 w ping-ponga gra Nocna i Świąteczna Pomoc Lekarska, zakontraktowana tak samo. Jeśli odbijany ma dysfunkcję narządów ruchu i domaga się opcji wyjazdowej, może czekać. NPL-u nie ogranicza limit czasu dotarcia. Żeby ostatecznie odbić odbijanego, mówi się: mamy kolejkę pod gabinetem, przyjedziemy za 4 godz. I ping-pong spada na 999.

999, czyli pogotowie, jedzie finansowo na tym samym wózku. Chce oszczędzić na paliwie (leki to koszty marginalne). Można. NFZ nie sprawdza, czy karetka wyjechała raz czy sto razy. Oszczędny dyspozytor odbija chorego z powrotem do NPL.

Tak w sierpniu 2012 r. grano w ping-ponga 5-letnim chłopcem spod Nadarzyna. Na pogotowie dzwoni matka. Syn uderzył głową w ławkę. Zdawało się, że ma tylko siniaka. Teraz doszła gorączka, twardy brzuch i wyciek krwi z nosa. Pogotowie właśnie wygrało przetarg w NFZ, wystawiając na usługi ceny z 2008 r. i – zmuszone ratować oszczędnie – odbija dziecko do NPL. Każą matce robić okłady, w tym czasie NPL droczy się z pogotowiem, kto ma przyjąć wezwanie. Po kilku godzinach NPL poddaje się, doktor zabiera stetoskop i ciśnieniomierz. Jedzie. Zastaje stan krytyczny. Wzywa karetkę i helikopter. Lotnicze ląduje w Nadarzynie, ale widzi, że chcą im sprzedać agonalnego. Nie bierze na pokład. Szybciej będzie karetką do Grodziska. Niestety.

Pogotowie to ostatnie ogniwo. Stąd zgony najszybciej przedostają się do tabloidów, więc ze strachu przed opinią publiczną oszczędza się najmniej, rzadko odbijając spadających. Na dyspozytornię dzwoni starszy pan. Miał operację jelita grubego, właśnie dostał krwotoku, a lekarz śpi i nie chce przyjść. – W którym miejscu pan teraz jest? W szpitalu, na chirurgii. Dr Riemer łączy się ze szpitalną pielęgniarką: – Proszę pani, mamy jechać? Czy pani nie rozumie, jaka to komedia jest? – No, wiem.

4.

Mówi się, że poranna eskaemka z Siedlec to najbezpieczniejszy pociąg do Warszawy. Ratownicy jadą do pracy. Pogotowia mazowieckie rekrutują ich z Podlaskiego. Są najtańsi. Ratują nawet za 2,5 tys. zł miesięcznie. W pociągu odwijają kanapki, opowiadając sobie kawały w stylu: balkon utrzyma czteroosobową rodzinę, ratownik nie. Albo seriale dokumentalne o amerykańskim pogotowiu. Kiedy w serialu dzwoniący skarży się na ból brzucha, dyspozytor amerykański otwiera w komputerze zakładkę: ból brzucha i zadaje 10 pomocniczych pytań. Jeśli wzywający spełnia wymogi, puszcza karetkę. Jak nie, grzecznie dziękuje, ale brakuje zagrożenia zdrowia oraz życia i jest kryty przed prokuratorem. Nasze ratownictwo pracuje w systemie bardziej spontanicznym.

Ratownicy obsługują 80 proc. wezwań. Tylko do 20 proc. jadą z nimi lekarze, często nosiciele pieczątek (w slangu nieporadny, dorabiający anestezjolog, chirurg, pediatra, ortopeda, internista). Ratownicy mówią: – Ty, doktór, siedź, my zrobimy. I robią.

To nie są chłopaki po trzydniowym kursie, szpanujący w slipkach na basenie. Pokończyli trzyletnie branżowe studia licencjackie. Nakręceni adrenaliną. W szkole uczyli ich, że ratownik to spiderman medycyny, nie diagnozuje, nie wypisuje zwolnień, recept, nie udziela porad. To ktoś więcej. Będą tam, gdzie chodzi o życie. Wypadki, katastrofy. Poczują oddech czasu na plecach.

Tymczasem połowa wyjazdów to żenada. Taszczą na V piętro 180 kg sprzętu do ratowania życia, a drzwi otwiera pani w papilotach, że taka jest od rana jakaś nieprzytomna. Umierający z zaparciami, z zatrzymaniem moczu, którym przypomniało się wieczorem, że nie mają leków przeciwzakrzepowych, niech doktór wypisze receptę.

W pracy uczą ich, że na każdego ratownika przypada dwóch młodych, też ambitnych, prokuratorów. Po godzinach odpisują na skargi: ktoś o trzeciej w nocy interweniował, że mama ma kaszel, bał się, że kaszel na niego przejdzie, ale nie potraktowali go poważnie. 25-latka zamierza coś z tym zrobić, gdyż nie przyjechali do bolesnej miesiączki. W zalewie tego szaleństwa wypalają się, zaliczając piórniki. Piórnik to w slangu zgon. Ktoś, kto umarł, zanim zdążyli dojechać.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Dinary, solidy i euro

Euro nie jest pierwszym wspólnym pieniądzem w Europie. Jaka lekcja płynie z historii jego protoplastów?

Krzysztof Iszkowski
14.03.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną