Kraj

Lewica w konserwie

Mało lewicowa lewica

Komuniści uznali, że tym razem to nie władza będzie się naginać do społeczeństwa, ale społeczeństwo do władzy. Komuniści uznali, że tym razem to nie władza będzie się naginać do społeczeństwa, ale społeczeństwo do władzy. Erazm Ciołek / Forum
To zły czas dla lewicy. Bić się musi nie o władzę, lecz o własne życie. Aby przetrwać, powinna wyciągnąć wyraziste sztandary. Pójść na ideową wojnę. Poprowadzić lewicową krucjatę. Jednak tego nie chce. Bo krucjat się wstydzi.
Żeby nie zawisnąć w społecznej próżni, lewicowa władza musiała się dopasować do prawicowego podłoża. Pierwszy był Piłsudski.Repr. Piotr Męcik/Forum Żeby nie zawisnąć w społecznej próżni, lewicowa władza musiała się dopasować do prawicowego podłoża. Pierwszy był Piłsudski.
Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były red. naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”.Leszek Zych/Polityka Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były red. naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”.

To bardzo ciekawy fenomen. Osobliwy i gdzie indziej nieznany. Bo polska lewica jest inna niż zachodnia. Bardziej powściągliwa, bardziej zdystansowana, bardziej konserwatywna. Owszem, wyznaje lewicowe wartości, ale nie lubi lewicowej ostentacji. Jej wojowniczości i krzykliwości, jej maksymalizmu i optymizmu. Nie lubi też ostrego stawiania problemów. Nie lubi więc ateizmu, feminizmu, a nawet ekologii. Nie z powodu umysłowej senności, owej światopoglądowej obojętności, którą Polakom wytykał Bobrzyński. Ale z powodu specyficznego doświadczenia, które Giedroyc opisał za pomocą paradoksu. Prawicowego społeczeństwa rządzonego przez lewicową elitę.

Stulecie władzy

W istocie niemal przez całe ubiegłe stulecie Polakami rządziła lewica. Jednak za przywilej władzy płacić musiała swoimi ideami. Żeby nie zawisnąć w społecznej próżni, lewicowa władza musiała się dopasować do prawicowego podłoża. Pierwszy był Piłsudski. Gdy zobaczył skalę poparcia dla endecji, zrozumiał, że lewicowość się w Polsce nie przyjmie. I nie tylko wysiadł z tramwaju „socjalizm”, ale odtąd skręcał już tylko w prawo. Kokietował kler i ziemiaństwo. Kokietował nawet endecję. Własnych lewicowych przekonań nigdy już więcej nie ujawniał. Dla ideowej lewicy miał głęboką wrogość. Oraz twierdzę brzeską.

Z innym nastawieniem poszli do władzy komuniści. Czuli się pewniej niż Piłsudski. Ich władza była silniejsza, mieli wsparcie Armii Czerwonej. Byli butni, ambitni i pryncypialni. Uznali, że tym razem to nie władza będzie się naginać do społeczeństwa, ale społeczeństwo do władzy. Postanowili odmienić Polaków. Przerobić na postępowych i lewicowych. Postanowili – jak to ujął Kroński – sowieckimi kolbami nauczyć ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie. Ten ambitny projekt jednak się nie powiódł. Do dziś nie wiadomo dlaczego. Może nacisk trwał za krótko, a może Polacy byli tak bardzo odporni. Pewne jest jedno. Polityczne koszty walki z prawicowym społeczeństwem okazały się zbyt duże, nawet dla autorytarnej władzy. Więc rezygnowała ze swoich pryncypiów. Zaakceptowała religijną obyczajowość, zaakceptowała papieskie pielgrzymki, zaakceptowała narodową retorykę.

Sytuacja zmieniła się po 1989 r. Idee znowu zaczęły się liczyć, bo lewica musiała się uwiarygodnić. Wywieszono więc socjaldemokratyczne sztandary, odświeżono antyklerykalizm, przypomniano sobie o społecznej sprawiedliwości, o równouprawnieniu kobiet. Widać było, że w na nowo odkrytej pryncypialności lewica znajduje wyraźne upodobanie. Że obrona wartości sprawia jej dużą przyjemność. Wydawało się, że tym razem lewica mocniej się przywiąże do swoich sztandarów. Przecież była w opozycji, a nic tak nie sprzyja posiadaniu poglądów, jak nieposiadanie władzy.

Jednak władza przyszła zbyt szybko, zaledwie po czterech latach. A wraz z władzą wrócił stary problem. Tym razem w matematycznie klarownej postaci. Sojusz wygrał wybory mając dwadzieścia procent poparcia. Więc zrozumiał, że pójście na ideową wojnę byłoby szaleństwem. Po raz kolejny lewica zderzyła się z prawicową ścianą. Więc odświeżone sztandary znowu wróciły do schowków. Powoli, dyskretnie, niemniej wyraźnie lewica wyzbywała się ambicji narzucania własnej ideowej wrażliwości.

Lewicowa dynastia

Kiedy się spojrzy na polską lewicę jak na jedną formację, choć o różnych nurtach, uderza niezwykłość jej doświadczenia. Przez sto lat lewica sprawowała władzę. Przez sto lat oglądała rzeczywistość z góry, patrząc na nią okiem władzy, a nie okiem ludu. Na Zachodzie każde kolejne pokolenie lewicy wyrastało z kontestacji, z buntu przeciw władzy, przeciw państwu, przeciw istniejącemu porządkowi. Każde pokolenie lewicy dojrzewało w ulicznych zadymach, w kampusowych rewoltach, w fabrycznych strajkach. To sprzyjało maksymalizmowi. Wyrazistości. Radykalizmowi.

W Polsce lewica dorastała w odmiennych warunkach. Zwłaszcza po 1945 r. Dorastała w cieniu władzy. Mając liderów siedzących na tronie. Dorastała w dynastycznej logice pewności rządzenia. Czekając na swoją kolej. To uczyło innych odruchów. Szacunku dla władzy. Dla państwa. Dla hierarchii. Dla status quo. To uczyło niechęci do wyrazistych haseł. Do ambitnych celów. Do przerysowanych gestów. W Polsce nawet lewicowa młodzież nie miała młodzieńczych odruchów. Owej prowokacyjności, krzykliwości, buntowniczości. Od razu przejmowała lewicowość w jej dorosłej, dojrzałej, nieco zblazowanej postaci. Przejmowała nie lewicowość opozycji, ale lewicowość władzy. Nie tę lewicowość, która marzy i obiecuje, ale tę, która się tłumaczy z niespełnionych marzeń i obietnic.

 

Oczywiście była też lewica intelektualna, rządzącym zwykle niechętna, a nawet wroga. Jednak jej droga rozwoju była równie ekscentryczna. O ile bowiem zachodnią lewicę ukształtował bunt przeciw religii i przeciw rynkowi, to w Polsce formacyjnym doświadczeniem lewicy okazało się pojednanie z religią i z rynkiem.

Pierwszy wybór – pojednania z Bogiem – ciągle ma wymiar zagadki. Bo przecież wszystko wskazywało na to, że w katolickim kraju lewicowe elity pójdą radykalnym, ateistycznym kursem. Drogą Boya i Kotarbińskiego. Tak zresztą wyglądały pierwsze komunistyczne lata. Nie tylko z politycznego przymusu, ale z własnej potrzeby lewica wzniosła wyraziste ateistyczne sztandary. Jednak wzniosła po to, aby za chwilę porzucić. Aby uznać ateizm za opcję zbyt prostą. Zbyt prymitywną. Zbyt skompromitowaną.

Miłosz, Kołakowski, Hertz – te z początku indywidualne ścieżki szukania kompromisu z Bogiem z czasem ułożyły się w drogę typową dla całej formacji. Zapewne najbardziej spektakularna była ewolucja Kołakowskiego. Z początku agresywny ateista, już w połowie lat 50. w Jezusie Chrystusie dostrzegł „wzór najświetniejszych wartości ludzkich”. A to był dopiero początek. Im dalej, tym więcej w rozważaniach Kołakowskiego było Boga. A coraz mniej Marksa, coraz mniej socjalizmu, coraz mniej lewicowości.

Nie bez znaczenia była twarda postawa Kościoła wobec nadużyć komunistycznej władzy. To ona sprawiła, że lewicowa elita dostrzegła w religii obrońcę wolności i sprawiedliwości. Kościół, wcześniej postrzegany jako spadkobierca inkwizycji i dostawca opium dla mas, został uznany za obrońcę tych samych, co lewica, wartości. Oczywiście tamta diagnoza była wielką pomyłką, podobieństwo wartości było chwilowe i powierzchowne. Jednak zrodzony wtedy szacunek do religii do dziś wyznacza kontury lewicowej wrażliwości.

Z Hayekiem w klapie

Drugie formacyjne doświadczenie dotyczyło własności i rynku. Dla zachodniej lewicy kwestia własności zawsze była najważniejsza. Była kluczem do zmiany świata. I obiektem ciągłych namysłów. Przez cały XIX w. lewica chciała bogatych pozbawić własności, potem przez cały XX w. chciała ich pozbawić owoców własności, czyli wysoko opodatkować dochody. Jednak polscy komuniści okazali się śmielsi. Obalili kapitalizm i uspołecznili fabryki. Aby chwilę potem zobaczyć, że nie przyniosło to ludziom ani szczęścia, ani dobrobytu.

To sprawiło, że marzeniem opozycyjnej lewicy stała się odbudowa kapitalizmu, nie zaś jego zniszczenie. Kiedy zachodni intelektualiści pisali o patologiach rynku – o konsumpcjonizmie, o alienacji, o masowej rozrywce – polska lewica czytała Hayeka i tęskniła do takich kłopotów. Więc gdy nadszedł 1989 r., udzieliła rynkowi pełnego poparcia. Zresztą nie tylko ona, także rządząca lewica. Bo przecież rynek w Polsce wprowadził Rakowski. Ostatni przywódca PZPR. A najbardziej radykalne obniżki podatków chciał wprowadzić Miller. I częściowo to zrobił. Nic dziwnego, że mając takie doświadczenia, polska lewica nigdy nie wydała swoich zielonych czy swoich oburzonych. Nawet dziś, po kompromitacji zachodniej finansjery, nie chce rzucić w kapitalizm kamieniem. Bo kiedyś to zrobiła i potem musiała głęboko żałować.

Czasy lewicowej potęgi skończyły się w 2005 r. Wystarczyło bowiem, że prawica się zjednoczyła, aby lewicowe imperium rozsypało się w gruzy. Odsłaniając prawdę, której lewica nie lubi pamiętać. Że nie stoi za nią społeczna większość. Że od początku Polską rządziła na kredyt. Piłsudski musiał pomóc sobie zamachem, komuniści wsparciem Moskwy, zaś Sojusz po prostu miał szczęście. Wykorzystał chwilową słabość prawicy, która uczyła się dopiero politycznego elementarza. Jednak kiedy się nauczyła, z miejsca lewicę rzuciła na deski.

 

Tusk i Kaczyński nie tylko odebrali lewicy władzę. Oni też wyznaczyli jej miejsce na scenie politycznej, właściwe jej społecznemu poparciu. I okazało się, że to miejsce jest na marginesie. Wielkość prawicowego elektoratu jest tak duża, że lewicy została rola statysty. Halabardnika. Biernego świadka wydarzeń. Bo co ma robić lewica w kraju, w którym rządzi koalicja dwóch prawicowych partii, zaś liderem opozycji jest trzecia, również prawicowa? Jaka rolę może odegrać, gdy nawet ta opozycja ma dwa razy więcej mandatów niż cała lewica?

Po stu latach rządzenia lewica budzi się w trudnej dla siebie sytuacji. Nie mając ani władzy, ani elektoratu, ani psychicznego komfortu. Bo budzi się w kraju stanowczo dla siebie zbyt konserwatywnym. Jednak walczyć z tym nadal nie potrafi. I nadal nie chce.

Dwa razy lewica próbowała się przemóc. Pierwszą próbą była współpraca Sojuszu z „Krytyką Polityczną”. Pomysł wsparty przez Kwaśniewskiego, był próbą nadania lewicy nowego, zachodniego oblicza. Młodzieńczego, pryncypialnego, bezkompromisowego. Jednak już chwilę potem lewica – jej elity i jej elektorat – miała młodzieży serdecznie dość. Właśnie z powodu tej ostrości, tego radykalizmu, tej bezkompromisowości. Miała dość ciągłych pretensji do rzeczywistości, tropienia wykluczonych i szukania wykluczających. Miała dość, bo to właśnie ona była twórcą polskich zmian. A także ich beneficjentem. W Polsce lewicą nie są przecież bezrobotni, lecz społeczna elita. Ludzie zamożni i wykształceni. Ludzie, którzy nie chcą się wstydzić ani swojej pozycji, ani swojego majątku.

Drugim powodem niechęci był kształt kampusowej lewicowości. Nie zaakceptowano jej akademickości, jej abstrakcyjności, jej genderów i jej Żiżków. Dla formacji, której wrażliwość ukształtowała władza, modne na Zachodzie fascynacje były po prostu śmieszne. Natomiast samą młodzież polubiono szczerze. Jej pasję, jej erudycję, jej rozmach. Ale od prawdziwej polityki postanowiono ją trzymać z daleka. Czekając aż do niej dojrzeje.

Nowi, starzy, nijacy

Drugą okazją do przełamania się były narodziny Ruchu Palikota. Narodziny nowej lewicy. Agresywnej i prowokacyjnej. Zdobyte przez Palikota dziesięć procent wprawiło dawną lewicę w zdumienie. Bo pokazało, że w Polsce nie trzeba się ograniczać. Że można bić się o prawa dla gejów, o tolerancję dla transwestytów, o legalizację marihuany. Gdyby te hasła utrzymały swoją atrakcyjność, gdyby dały Palikotowi kolejne procenty, dawna lewica musiałaby się przemóc. I za nimi pójść. Jednak nie dały, więc lewica odetchnęła z ulgą. Bo pod takimi sztandarami walczyć nie chciała. Odbierały jej one powagę. W jej własnych oczach. Na taką ideowość polska lewica jest zbyt dostojna. I zbyt dumna.

Drugim problemem nie do przekroczenia okazał się antyklerykalizm. Dawna lewica ma do Kościoła dużo pretensji. Przeszkadza jej religia w szkołach, gniewa zakaz aborcji, zawstydza wszechobecność krzyża. Jednak nie chce wojny z Kościołem. Nie chce, choć wie, że wojna jest warunkiem sukcesu. Nie chce, bo nauczyła się szanować katolicką wrażliwość. Zarówno w życiu publicznym, rządząc katolikami. Jak również w życiu prywatnym, żyjąc obok nich. Katolicyzm to przecież świat jej rodziców, to wrażliwość przyjaciół. To świat, z którym walczyć nie ma ochoty. Z niecierpliwością więc czeka, aż polskie kościoły wyludnią się tak samo, jak wyludniły się włoskie czy hiszpańskie. Dobrze wie, że Bóg nad Wisłą umiera. Ale sama dobić go nie chce.

Reakcja na Palikota ujawniła głęboko antyzapaterowski profil tradycyjnej polskiej lewicy. Jej niechęć do kulturowej wojny, do antyreligijnej krucjaty. Do słów mocnych i czynów gwałtownych. Ujawniła też prawdziwy problem lewicy. Jej realną bezradność. Od ośmiu lat nie potrafi podjąć żadnej decyzji, nie dlatego, że braknie jej odwagi lub rozumu. Nie potrafi, bo nie ma dobrego ruchu. Nie ma ruchu na miarę swojej tożsamości, nie ma ruchu na miarę swojej biografii. A nie chce się ratować za wszelką cenę. Więc stoi. Czeka. Myśli. Zachowuje się dokładnie tak samo, jak drugi władca Polski, czyli Kościół. Obie dawne potęgi są dziś zmęczone, wypalone i sparaliżowane swoją dawną wielkością. Nie chcą jednak się miotać. Więc biernie czekają na swoje przeznaczenie.

 

Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były red. naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Pracuje nad książkową historią III RP. Autor wywiadów rzek z politykami: Leszkiem Millerem, Janem Rokitą i Ludwikiem Dornem.

Polityka 19.2013 (2906) z dnia 07.05.2013; Ogląd i pogląd; s. 19
Oryginalny tytuł tekstu: "Lewica w konserwie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną