Tydzień w polityce według Paradowskiej

Czas strongmanów
Rzecz działa się w Kraśniku, a więc z dala od areny głównych zmagań politycznych, jaką stał się w miniony weekend Śląsk wraz z Zagłębiem.

Pewien pan spotkał się w pewnym mieszkaniu z pewną panią, a następnie, gdy do drzwi zaczęli się dobijać mąż owej pani z konkubiną owego pana, ten salwował się ucieczką przez okno. Zakończyło się to złamaniem nogi i ręki. Sprawa obyczajowa, jakie zna i literatura, i rzeczywistość, zapewne nie trafiłaby do mediów i nie zrobiła kariery na internetowych portalach, gdyby nie fakt, że ów pan jest urzędnikiem i członkiem PiS, a pani radną należącą do PO. Może pragnęli stworzyć wzorcowy PO-PiS? Nawet na takim szczeblu nie ma jednak na to zapotrzebowania. Przeciwnie, taki PO-PiS jest absolutnie nie do przyjęcia, czego dowiedli mąż i konkubina, szturmując drzwi.

Wie też o tym już Jarosław Gowin, do niedawna sierota po PO-PiS, który w końcu samotnie będzie konkurował z Donaldem Tuskiem o przywództwo w Platformie. Będzie walczył nie o zwycięstwo, ale o przetrwanie w tej partii albo o zaliczkę na dalszą polityczną drogę. A Grzegorz Schetyna słusznie zdecydował się nie konkurować i poczekać. Tusk jest za silny, czego dowiódł w Chorzowie, gdzie wyraźnie odzyskał formę po wcześniejszych kontuzjach i konfuzjach. Schetyna jednak też nie jest słaby, swoją decyzją niewszczynania wojny domowej nawet zyskał. I jest realnym wyzwaniem dla szefa PO, którego i tak czeka końcowa weryfikacja po obliczeniu oddanych głosów. W każdym razie, gdyby o wynikach wyborów rozstrzygał tylko partyjny aparat, Schetyna mógłby być poważnym konkurentem Tuska. W tej kwestii intuicja premiera nie zawiodła i oddał się pod osąd całej PO.

Inna sprawa, czy Tusk jest wystarczająco silny dla Jarosława Kaczyńskiego, który już prawie czuje się premierem. Świadczy o tym wygłoszone w Sosnowcu exposé, które zawierało sumę postulatów i obietnic PiS, łącznie z twardym „nie” dla strefy euro, ograniczeniem uczestnictwa w Unii Europejskiej do minimum niezbędnego dla wyrwania jakichś pieniędzy. Czyli znakiem firmowym PiS jest antyeuropejskość, a wizją miłą – Stany Zjednoczone i NATO. Były zapowiedzi zmian w kraju, czyli finansowanie służby zdrowia z budżetu, powrót prokuratury pod polityczną kuratelę, likwidacja gimnazjów, była polskość, polskość i jeszcze raz polskość, szczególnie w bankach.

Chociaż prezes wygrał wyborcze zmagania z samym sobą bardzo wysoko (jedynie 17 spośród tysiąca delegatów było przeciw, a 12 wstrzymało się od głosu), to prawdziwym bohaterem stał się szef Solidarności Piotr Duda. Prezes, jako przyszły premier, musiał być zdecydowany, ale uładzony, dystyngowany, nie nadmiernie emocjonalny, aby czegoś nie zepsuć. Duda mógł wypowiadać słowa, na jakie sala czekała: że premier Tusk to tchórz i kłamca i że on już nigdy z tym rządem do żadnych rozmów nie usiądzie. Jak na szefa związku zawodowego jest to stwierdzenie raczej ryzykowne, bo oznacza, że o żadne pracownicze interesy zabiegać nie będzie, ale przynajmniej rzecz została wyłożona jasno i dobitnie.

Duda staje się człowiekiem Kaczyńskiego od czarnej roboty. Świadczy o tym zaplanowana sekwencja zdarzeń: najpierw zerwanie Komisji Trójstronnej (że też tak łatwo poszli na to inni związkowi liderzy, w tym doświadczony przecież w grach z rządem Jan Guz z OPZZ), potem przyjęty entuzjastycznie występ na kongresie PiS, a od września zapowiadane są manifestacje i strajki generalne. Przynajmniej dopóki starczy związkowych pieniędzy, bo akcje protestacyjne kosztują. Może dorzuci się PiS albo Radio Maryja, któremu prezes Kaczyński tak pięknie dziękował za poparcie. Mówić, że Duda szykuje się na następcę Kaczyńskiego, jest stanowczo za wcześnie, ale że polityka wciągnęła go bez reszty, to widać. W każdym razie do PiS pasuje o wiele lepiej niż Gowin, który emocji w tym gronie nie budzi. Duda też musi widzieć, że jego związek zawodowy słabnie, a PiS na razie rośnie w siłę, a więc politycznie kalkuluje prawidłowo, choć do czołówki przebić się łatwo nie będzie.

Na czas kongresu wyraźnie wyciszono zaś Antoniego Macierewicza, jeszcze niedawno drugą osobę w PiS. Został już zresztą wcześniej schowany. Nawet kiedy runęła konstrukcja trotylowego zamachu, Macierewicz nie zrobił własnej konferencji prasowej, co było zdarzeniem bez precedensu. Dotychczas zawsze nad zamachem czuwał. Na placu boju pozostali osamotnieni dziennikarze niepokorni, którzy próbowali wydobyć z prokuratorów coś więcej niż komunikat, że trotylu ani żadnych innych materiałów wybuchowych na Tupolewie nie było. Wydobyli jednak z plączących się jak zwykle prokuratorów, że teoria zamachu jest nadal badana, choć skoro nie było wybuchu, to nie bardzo wiadomo, o jaki zamach może chodzić. Tym bardziej przydałby się Antoni Macierewicz ze swoją inwencją.

A co na obrzeżach? Solidarna Polska nie mogła być gorsza i też miała kongres, a Europa Plus znacznie się wzmocniła. Oto bowiem do tego stowarzyszenia wstąpił Tyberiusz Kowalski, strongman z Legnicy, jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w tej konkurencji w Polsce i Europie. Dotychczas sympatyzował z SLD, ale trafiał w Sojuszu na jakieś opory. Europie Plus po elbląskiej klęsce, zwłaszcza znamienitych liderów, których czynne poparcie nie przełożyło się na zdobycie głosów, dobra wiadomość była bardzo potrzebna. I oto jest. Kowalski zorganizuje w Legnicy Puchar Polski Strongmanów i wystartuje w najbliższych wyborach. O europejskich dopiero myśli, na samorządowe już się właściwie zdecydował. Nie wiemy jednak ciągle, na co zdecyduje się Europa Plus. Na razie analizuje elbląską porażkę.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną