Kraj

My z kolegami

Kulisy polskiej mafii

Pruszków, miejsce zabójstwa gangstera ps. Kiełbasa. Znicz zapala Jarosław S. ps. Masa. Pruszków, miejsce zabójstwa gangstera ps. Kiełbasa. Znicz zapala Jarosław S. ps. Masa. Wojciech Rzążewski/SE / EAST NEWS
Leszek Danielak, ps. Wańka, uważany za jednego z liderów starego gangu pruszkowskiego, o tym, jak zaczęła się historia polskiej mafii.
Proces szefów gangu pruszkowskiego przed Sądem Okręgowym w Warszawie.Rafal Guz/Forum Proces szefów gangu pruszkowskiego przed Sądem Okręgowym w Warszawie.

Piotr Pytlakowski: – Ile lat pana nie było?
Leszek Danielak: – Siedziałem ciurkiem 15 lat z kilku wyroków. Blisko 11 lat siedziałem na „enkach” (oddziały dla tzw. niebezpiecznych), w tym ok. 6 lat na pojedynkach. Umiałem sobie zająć czas, mnóstwo książek dostawałem z zewnątrz i z biblioteki więziennej.

Kryminały?
Kryminałów nie lubię. Na ile mi pozwalali, ściągałem wszystkie książki związane z kosmosem, astrofizyką, przyrodą, podróżnicze, o nurkowaniu, żeglarstwie.

Sprawia pan wrażenie twardego człowieka, czy są chwile w więzieniu, kiedy nawet najtwardszy się załamuje?
Nie ma ludzi tak twardych, że wszystko zniosą. Są tylko ludzie wytrwali, funkcjonujący zgodnie z rytmem, jaki sobie narzucają. Psychologia jest jeszcze moim dodatkowym konikiem.

Jak po takim czasie wygląda Polska?
Podoba mi się. Mam pewne kłopoty techniczne, zmieniły się telefony komórkowe, uczę się obsługiwać nowy aparat, to nie jest łatwe.

Warszawa to pana miasto?
Tak, urodziłem się na Woli. Rodzice mieszkali przy Działdowskiej. Ojciec pracował w fabryce, mama w handlu. Tata nigdy nie był na bakier z prawem. Rodzina najporządniejsza na świecie, normalna, nie biedna, ale nie żyjąca w dostatku.

Żonę poznał pan na Woli?
Z żoną znamy się od 18 roku życia, mieszkaliśmy na sąsiednich podwórkach. Jesteśmy małżeństwem od 43 lat. To wykształcona kobieta, skończyła psychologię. Nie pracowała w zawodzie, ale cały czas dokształca się, ma nieprawdopodobną wiedzę. Zaszczepiła mnie tym.

Rodzice martwili się, że stał się pan legendą świata przestępczego?
Martwili się, że zrobiono ze mnie taką legendę. Przecież dobrze wiedzieli, kim jestem. Nie żadnym mafiosem, ale dobrym synem i człowiekiem, który nade wszystko ceni lojalność.

Niektórzy zarzucają panu brak lojalności. Według zeznań świadka koronnego Jarosława S., ps. Masa, był pan współpracownikiem milicji w PRL i zdradził swoich wspólników. Oni poszli siedzieć, a pan wyszedł na wolność. Chodziło o przemyt amfetaminy do Niemiec.
Czytałem o tych zeznaniach w jakiejś książce, rzekomą ofiarą moich zeznań miał być Jacek H. Absolutnie nie miałem z tym przemytem nic wspólnego, nie uczestniczyłem w tym interesie. Jacek faktycznie wpadł w Niemczech, a mnie w tej sprawie w ogóle nie było. Nigdy nikogo nie zakapowałem ani milicji, ani SB, policji czy UOP. Może i nie byłem aniołem, ale nawet za cenę wolności trzymałem się zasady lojalności zarówno wobec przyjaciół, jak i wrogów [Jacek H. powiedział nam, że Danielak faktycznie nie miał nic wspólnego z tamtą sprawą, nie składał zeznań i nie donosił – aut.].

Życia i jego zasad nauczył się pan na ulicy Działdowskiej?
Tam uczyłem się tego knajackiego życia, bo przecież wzorem dla mnie była moja ulica. Tam działała słynna wtedy banda Rogala. Rogal tworzył gangi, które napadały na konwoje, na sklepy, na ludzi, terroryzowali miasto. Dzieci członków tej bandy to byli moi koledzy z podwórka. Ich ojcowie siedzieli, wychodzili i wracali do więzienia, a my temu wszystkiemu się przyglądaliśmy. Napatrzyłem się na patologię toczącą wiele rodzin, z których wywodzili się moi koledzy. Uczyłem się przy nich charakteru, sztuki milczenia, bycia odważnym i twardym. A potem proza życia, ta patologia wycięła ich w pień, nawet 50 lat nie dożyli, mogę na palcach policzyć chłopaków, którzy stanęli na nogi. Generalnie zapijali się na śmierć, nie mieli sposobu na życie.

Kolegów z podwórka wycięła patologia, ale pan się wybił z tamtego świata. Czym się pan zajmował w czasach PRL?
Chodziłem do szkół, skończyłem technikum. Pasjonowałem się sportem, uprawiałem boks na Gwardii, chciałem być jak Walasek. Trenowałem lekkoatletykę i piłkę nożną. Graliśmy w turniejach o Złotą Piłkę na Stadionie X-lecia. Zdobyłem dwie Złote Piłki, miałem mnóstwo trofeów.

Szybko zapomniał pan o sporcie, zajął się interesami.
Mój brat pierwszy raz do więzienia się dostał, jak miał 17 lat, i to środowisko, które on poznał, ja też poznałem. Zająłem się handlem i wyjazdami na saksy. Nie martwiłem się o przyszłość, miałem pieniądze w każdej kieszeni i zarabiałem na wszystkim, od handlu po kontrabandę. Jeździłem do Niemiec, na Węgry, do Czechosłowacji, Rosji. Wszelkiego rodzaju dobra sprowadzało się hurtem. Ja miałem swoją siedzibę na Bazarze Różyckiego. To była działalność legalna, płaciliśmy podatki za te budy, gdzie sprzedawaliśmy spodnie, szampony w hurcie, całą chemię. Handel był legalny, ale towar przemycany. W jedną stronę woziło się inne rzeczy, a z powrotem inne, na tamte czasy z Polski srebro, a stamtąd złoto i waluta. To nie była struktura bandycka, to były normalne struktury działające półlegalnie.

Działał pan, jak to się wtedy mówiło, jako prywatna inicjatywa.
Moje kontakty wystarczały, żeby zarabiać godziwe pieniądze jak na tamte czasy, a nie tyrać w warsztacie samochodowym za bezcen, być wyzyskiwanym i, co więcej, żeby kraść na państwowym. Jeszcze w szkole miałem praktyki w FSO na Żeraniu. Tam codziennie jeden nowiutki Fiat wyjeżdżał na lewo. Byłem tego świadkiem, dlatego nie chciałem pracować na państwowej posadzie.

Przyszły lata 90., kapitalizm. Ogłoszono narodziny mafii i gangu pruszkowskiego.
To media wylansowały grupę pruszkowską, lansując głównie siebie. Pruszków był normalnym, zwykłym miastem, z którego wywodziło się kilka osób. Różni ludzie.

W procesie tzw. zarządu Pruszkowa w 2003 r. sąd uznał was za przestępczą grupę zorganizowaną i zbrojną, uznał, że pan i inne osoby byliście założycielami i szefami tej grupy.
To nieprawda, bo nikt nie był żadnym założycielem i szefem. Byliśmy kolegami, a niektórzy nawet niezbyt dobrze się znali. Ja od 1989 r. funkcjonowałem w swojej firmie rodzinnej, niezależnej od nikogo. To była hurtownia, w swoim statucie miała bardzo wiele możliwości handlowych. Kiedy zostałem pierwszy raz aresztowany w 1996 r., firma upadła. Była wcześniej kontrolowana wielokrotnie przez urzędy państwowe i nigdy niczego nie znaleziono, podatki płaciłem uczciwie. Z aresztu wyszedłem, uiściłem jakąś grzywnę i tamta sprawa się skończyła, ale firmę diabli wzięli.

Mówi się, że spoiwem, które stworzyło grupę pruszkowską, był przemyt spirytusu na wielką skalę.
Tak było. W 1989 r. otrzymałem od grupy, nazwijmy ich, urzędników państwowych propozycję, że jest taka możliwość z tym spirytusem, tylko że oni tego nie zrobią, czy ja bym się tym nie zajął?

To byli ludzie służb specjalnych z czasów PRL?
Z tzw. służb, które sobie wyliczyły odpowiedni procent. Dostaniesz kierunek, bierz towar z tego i z tego miejsca, nas nie interesuje, jak ty sobie to sprzedasz.

Obniżono do minimum cło na alkohol przywożony na własne potrzeby, ale nie określono, ile każdy obywatel ma własnych potrzeb. Wybuchła afera sznapsgate.
Potem zmieniono przepisy, wprowadzono inne, określające, że tani spirytus kupowany w Polsce i sprzedawany na własnym rynku podlegał wysokiej akcyzie, więc trzeba go było gdziekolwiek wysłać, aby z Polski. Czyli zakup po minimum, teoretycznie wywozisz alkohol z Polski, a tak naprawdę na granicy stemplujesz papiery i wracasz do domu. Kontrola jest żadna, bo wyjeżdżam sobie z fabryki z cysterną jedną czy dziesiątą i handlujemy sobie na polskim rynku, a celnicy brali swoje i chwała im za to, że byli tacy łaskawi.

Wniosek z tego, że to służby nadały bieg ekspansji alkoholowej?
Można powiedzieć, że służby, bo nikt inny nie miał dojścia do dyrektorów zakładów spirytusowych. Oni do nich docierali. Ja byłem jednym z pierwszych na tym rynku, Heniek, znany jako Dziad, to był numer drugi.

Przy takim poparciu ludzi z dawnych służb mogliście mieć wszystko, wejść do polityki albo na przykład założyć spółkę giełdową.
Bez przesady, to nie były te półki. Było kiedyś rozważane wejście na giełdę, ale dostaliśmy jasny komunikat, że nie, bo to nie jest wasz rynek. Ale nie chciałbym więcej poruszać tematów związanych z polityką.

Boi się pan?
Nie boję się, ale to są cały czas ludzie jeszcze aktywni. Prokuratorów to nie interesowało, że ja byłem człowiekiem, który dostał propozycję od ludzi, którzy siedzą wysoko w partii jednej czy drugiej. Sąd też to olał. Propozycje były bardzo jasne, biznesowe. W zamian za pieniądze dostaniecie to, co chcecie, po pewnym czasie, jak będziemy przy władzy. To było na porządku dziennym, obiecywano interesy, w które będziemy mogli wejść.

Jakie interesy?
Na przykład zakup odpowiednich gruntów, zakup odpowiednich kamienic, dojścia do prywatyzowanych firm, setki propozycji. Mówili: na początek pan wyłoży 100 tys. dol. On, człowiek mający na względzie dobro państwa, składa taką propozycję.

I to człowiekowi z gangu?
Ale to nie był żaden gang, chociaż tak to przedstawiał świadek koronny Masa. Byliśmy grupą kolegów. Znałem na stopie towarzyskiej wielu ludzi z różnych środowisk: biznesmenów, artystów, sportowców, prawników czy polityków. Czy to był gang? Moje najbliższe grono to ludzie znający się nawzajem, każdy z nas wiedział, że jeśli ktoś ma kłopoty, to sobie nawzajem pomagamy. Odpędzamy tych, którzy nam grożą albo oczerniają, bo my mamy swoje interesy. Nie pozwolimy ich popsuć.

Z tego, jak pan mówi, odpędzania zaczęto podkładać bomby, koledzy strzelali do siebie i porywali się nawzajem. Pan też miał zostać uprowadzony przez Wiesława N. ps. Wariat, który potem został zastrzelony.
Zginął Kiełbacha, Nikoś, Wariat, Pershing – to fakty. Ale to nie była wojna, to były beznadziejne rozgrywki ludzi, którzy nie umieli ze sobą rozmawiać. Jakby umieli, toby nie strzelali i bomb by sobie nie podkładali. Taki typ ludzi tchórzliwych, którzy nie podejdą za blisko, wolą bombę podłożyć albo strzelić w plecy.

Po 15 latach w kryminale ma pan do czego wracać?
Mam rodzinę, przyjaciół. Bez obawy, nie wracam do jakiegoś gangu, jak niektórzy twierdzą. Wracam do normalnego życia. Może jakiś spokojny biznes otworzę. Wojna mnie nie interesuje.

rozmawiał Piotr Pytlakowski

Cała rozmowa z Wańką ukaże się w drugim, rozszerzonym wydaniu „Alfabetu mafii”.

Leszka Danielaka Wańką (od wańki-wstańki) zwano już od dzieciństwa, z powodu cech charakteru. Skazany za założenie i kierowanie gangiem pruszkowskim; przejęcie klubu Dekadent i współudział w przemycie do Polski narkotyków – do zarzutów nigdy się nie przyznał. Mamy świadomość, że – podobnie jak po wywiadzie z liderem warszawskich kibiców Piotrem S., ps. Staruch – mogą pojawić się wątpliwości, dlaczego poważny tygodnik udziela swoich łamów gangsterowi. Odpowiedź jest prosta – dlatego, że Wańka to jedna z najważniejszych postaci świata podziemnych interesów, nie można udawać, że on i jego środowisko nie istnieją. Chcieliśmy ponadto pokazać pewien sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Danielak nigdy nikomu nie udzielił jeszcze wywiadu. Na rozmowę z dziennikarzem POLITYKI zgodził się głównie dlatego, żeby odpowiedzieć na zarzuty, że był konfidentem.

Jak zawsze w takich przypadkach należy zastrzec, że prawda, jaką głosi nasz rozmówca, jest wyłącznie jego wersją zdarzeń. Opowieść Wańki o początkach spirytusowego biznesu rozkręcanego przy pomocy byłych esbeków jest jednak wiarygodna, potwierdzają ją zeznania składane w wielu procesach. Prawdą jest także, że przy pomocy kilku polityków, choć nie tych z pierwszych stron gazet, gangsterzy – jak sami o sobie mówią: ludzie interesu – kupowali atrakcyjne działki, nieruchomości, a także uczestniczyli w prywatyzacjach państwowych fabryk. Leszek Danielak nie chciał wymieniać nazwisk opiekunów z cienia, ale z innych źródeł wiemy, kogo miał na myśli, do tej sprawy jeszcze powrócimy.

Polityka 28.2013 (2915) z dnia 09.07.2013; Kraj; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "My z kolegami"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną