Pierwszy wyrok za śmierć Barbary Blidy

Skazany za Blidę
Zapadł pierwszy i zarazem, jak wszystko na to wskazuje, ostatni wyrok w sprawie doprowadzenia do śmierci byłej minister i poseł Barbary Blidy. Oficer ABW Grzegorz S. usłyszał słowo: winny.

A przecież to nie tylko on, a nawet nie przede wszystkim on ponosi za tę śmierć odpowiedzialność.

Dowódca grupy ABW, która w kwietniu 2007 r. o 6 rano weszła do domu państwa Blidów w Siemianowicach, został skazany za niedopełnienie obowiązków. Nie sprawdził przed akcją, czy ktoś z domowników ma pozwolenie na broń, a później nie wydał polecenia, aby przeszukać byłą minister i łazienkę, do której się udawała. Dostał, jeszcze nieprawomocny, wyrok pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Kara wydaje się łagodna, ale w przypadku oficera ABW jest o tyle dolegliwa, że zamyka mu drogę do dalszej kariery w służbie specjalnej.

Z wyrokiem nie ma potrzeby polemizować, za to z prokuraturą należy się pokłócić w tej sprawie. Badała nieprawidłowości śledztwa obejmującego Blidę i dopatrzyła się jedynie uchybienia ze strony dowódcy grupy ABW. Nie dostrzegła niczego nagannego w fakcie, że po byłą minister wysłano grupę funkcjonariuszy z kamerą, która miała sfilmować wyprowadzanie kobiety z domu, zamiast zwyczajnie i w sposób wielokrotnie praktykowany, wezwać ją do prokuratury na czynność konfrontacji. Celem zatrzymania było, co widać gołym okiem, upokorzenie działaczki SLD, pokazanie jej w kompromitującym kontekście. Akcję nadzorowali najwyżsi rangą oficerowie ABW, a o wszystkim wiedział prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Cudownym przypadkiem na miejscu znalazł się wiceszef ABW, były prokurator Grzegorz Ocieczek.

Po śmiertelnym strzale (do dzisiaj nie jest pewne, czy oddała go celowo Barbra Blida, czy też padł w efekcie szamotaniny z funkcjonariuszką ABW), zacierano ślady. Prokuratura nie dopatrzyła się przestępczego zamiaru w fakcie, że wyczyszczono ze śladów broń, z jakiej oddano strzał. Uznała, że nie było nic złego w sposobie zachowania funkcjonariuszy: po zdarzeniu wszyscy umyli dłonie, nie można było zbadać, czy były na nich ślady prochu; zamieniano się odzieżą. Wreszcie gorączkowo telefonowano i wymieniano się telefonami – tak jakby w chaosie połączeń chciano ukryć, kto, z kim coś konsultował.

Wyrokiem na Grzegorza S. odfajkowano sprawę. Chcieliście winnych, to ich macie. Oficer ABW wystąpił w charakterze kozła ofiarnego. Reszta na razie może spać spokojnie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną