Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Tango Congreso

Sezon należy uznać za otwarty. Sezon konferencyjny. Nasz sezon. Czas ubogich wakacji dla tabunów miernot, drobnomieszczańskiej drobnicy, akademickiego zooplanktonu. Po tygodniach papierowej mitręgi, służącej zdobyciu środków uczelnianych na samolot, hotel i tzw. fi (fee), uzbrojeni w pendrajwy z żałosnymi i nikomu niepotrzebnymi prezentacjami po niby-angielsku, pełni turystyczno-erotycznych zapałów, biegniemy na lotnisko. Jak to dobrze, że mamy doktoraty, pracę na uczelni i chodziliśmy na kurs angielskiego! Takie profity! I jeszcze będzie z tego „zagraniczna publikacja”! Żyć, nie umierać. Ja na przykład to robię w tym roku Neapol. Pompeje, te rzeczy.

W recepcji tłok. Odbieram „materiały konferencyjne”, kilo makulatury. Ale torba fajna – pochodzę z nią sobie po Warszawie. Napis World Congress of coś tam 2013. Się było, się ma torbę. Otwierająca sesja plenarna. Kilku ważnych mówi, że jest super. Potem wielki profesor ma wykład. Zaraz po wykładzie wyjedzie. Niektórzy podchodzą bliżej i robią zdjęcia. Wieśniaki! Gorsze niż nasi! Udaję, że słucham, udaję, że rozumiem. Rozglądam się, czy są jacyś fajni koledzy, a najlepiej koleżanki. Wieczorem „recepcja”, czyli wyżerka.

Cześć, jestem Baśka, Wojtek jestem. Kiedy masz referat? Jutro. A to szczęściarz, bo ja to się muszę denerwować do czwartku. Gadki szmatki. Potem jeszcze w miasto. W swoim gronie. Do drugiej nad ranem polewamy i do hotelu. Następnego dnia mordęga – ale przecież za to nam płacą. Z programem konferencji w garści włóczymy się to tu, to tam, żeby „posłuchać czegoś ciekawego”. Ale i tak nic do łba nie wchodzi, a zresztą nie ma co, bo wszyscy tu tacy sami jak my, albo i to nie.

Polityka 36.2013 (2923) z dnia 03.09.2013; Felietony; s. 104
Reklama