Opowieść o tamtych latach trzeba zacząć od sprostowania kolejnej legendy. O dwóch ojcach Okrągłego Stołu – Lechu Wałęsie i Wojciechu Jaruzelskim. Bo nie było dwóch ojców, tylko jeden – Wałęsa. To on przez całe lata 80. forsował ideę porozumienia. Mówił o tym setki razy, na przykład podczas sławnego spotkania z wicepremierem Mieczysławem Rakowskim w Stoczni Gdańskiej w 1983 r. „Nie chcemy burzyć socjalizmu, nie chcemy przejąć władzy, nie chcemy podważać sojuszy. Chcemy, byście z nami siedli do stołu i pogadali o błędach”. Jednak oferta ugody za każdym razem była odrzucana.
Generałowie byli bardzo zacietrzewieni. I bardzo niezdarni. O ile stan wojenny był organizacyjnym majstersztykiem, gdyby nie ofiary z Wujka, można by go uznać za dowód wielkiej politycznej sprawności, to kolejne lata były żałosnym spektaklem. Cała ówczesna polityka – poza kolejnymi nieudanymi reformami – sprowadzała się do pobić, fałszywek i prowokacji. Bo generałowie mieli obsesję służb. Mieli całe państwo z jego licznymi narzędziami, jednak korzystali tylko ze służb. A te werbowały, podsłuchiwały, zastraszały. Lata 80. nie znały polityki, jedynie tajne operacje.
Jednak najgorsze było nie to, że była to dyktatura ubeków, ale że była to dyktatura tępych ubeków. Bo ton działaniom władzy nadali nie świetnie wyszkoleni oficerowie wywiadu, lecz prymitywne natury znające tylko język przemocy. Zapewne słabnąca władza musiała pałować manifestantów, ale po co biła Andrzeja Gwiazdę, po co mordowała księdza Jerzego Popiełuszkę, po co nasyłała nieznanych sprawców na pomniejszych działaczy? Przecież to było dramatycznie niemądre. W opozycyjnej legendzie używa się innych słów. Władzę generałów ostro się potępia. Opisuje się ją jako groźną, demoniczną, zbrodniczą.