Kraj

Król lew

Krasowski o Lechu Wałęsie - część III tryptyku

Dla Wałęsy demokracja była narzędziem codziennej pracy. On przed demokracją nie klękał, on jej używał. Dla Wałęsy demokracja była narzędziem codziennej pracy. On przed demokracją nie klękał, on jej używał. Alessandro Bianchi/Reuters / Forum
Wałęsa nie był przywódcą, który ze wzrokiem wbitym w chmurne niebo myśli o przyszłości ojczyzny. To nie ten przypadek. On patrząc w niebo, myślał, czy jutro będzie pogoda na ryby. A co myślał o Polsce? Król z chłopa nie widzi zbyt szeroko, ale potrafi podjąć trafne decyzje. Bo widzi grunt pod nogami.
Prezydent Lech Wałęsa z księżną Anną, Londyn, 1991 r.Peter Brooker/Rex Features/EAST NEWS Prezydent Lech Wałęsa z księżną Anną, Londyn, 1991 r.
Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były redaktor naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne.Leszek Zych/Polityka Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były redaktor naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne.

I

Dzieje prezydentury Wałęsy znamy z opisu jej wrogów. I to wrogów, którzy wojnę z Wałęsą przegrali. To zresztą osobliwość polskiej historii. Najczęściej piszą ją przegrani, aby wybielić własne błędy. Dawniej z tej perspektywy opisywano historię kolejnych powstań, teraz dzieje najnowsze.

Prezydenturę Wałęsy poznaliśmy z relacji Michnika, Mazowieckiego, Olszewskiego, Kaczyńskiego, Macierewicza. Zanim te relacje zaczniemy prostować, warto spojrzeć na ich autorów. Na ówczesną solidarnościową scenę. Bo jest to obraz niezwykły. Na wymarzony sukces, na wolność, obóz solidarnościowy zareagował wybuchem anarchii. Niebywałej. Rozpadł się na kilkadziesiąt partii toczących ze sobą zażarte walki. Gdyby choć te partie były sprawne i spójne, ale one również kipiały od wewnętrznych konfliktów.

Mówiono, że chodzi o programy. Nie chodziło. Gdyby ważny był program, wystarczyłaby jedna chadecka partia zamiast siedmiu, jedna liberalna zamiast trzech. Po prostu ci ludzie byli niezdolni do kooperacji. Lata konspiracji mocno przeorały charaktery. Dawni opozycjoniści byli podejrzliwi, niechętni kompromisom i dyscyplinie. Ale największym problemem okazały się polityczne zdolności. A raczej ich brak. Nie radzili sobie z polityczną grą. Nic dziwnego, byli bojownikami, a nie politykami. Miarą ich sprawności było to, że już po czterech latach postkomuniści wrócili do władzy.

II

Powrót postkomunistów do rządzenia był wielkim upokorzeniem opozycjonistów. Gdyby poszli do wyborów jako koalicja – do czego namawiał Wałęsa – dalej mieliby władzę. Ale byli niezdolni do kooperacji. Przegrali i winę zrzucili na Wałęsę. Każda partia miała pretensję, że jej akurat nie pomógł, nie wypromował na giganta. W ogóle dopóki Wałęsa był prezydentem, jego wskazywały jako źródło porażek. Aż wreszcie spełniło się ich marzenie i Wałęsa przegrał wybory. Obóz solidarnościowy został sam, bez ojca.

Skupił swoje siły, w 1997 r. wygrał wybory, stworzył koalicję. Wałęsa już nie przeszkadzał, więc obóz mógł w pełni rozwinąć skrzydła. I rozwinął z takim talentem, że: 1) rządząca koalicja się rozpadła, 2) Unia Wolności się podzieliła, 3) AWS się podzieliła, 4) Unia nie weszła do następnego Sejmu i straciła jakiekolwiek polityczne znaczenie, 5) Akcja również nie weszła, po czym się rozpadła. Wystarczyło kilka lat samodzielności i z solidarnościowego obozu nie zostało nic. Zdolni do życia okazali się dopiero spadkobiercy. Formacje Kaczyńskiego i Tuska. Dwie nowe partie, które sukces zawdzięczały temu, że odmówiły wejścia na pokład większości z solidarnościowej elity.

Można żyć mitami. Jednak fakty przemawiają dobitnie. Obóz solidarnościowy był środowiskiem politycznie marnym. Nawet bardzo. Nie potrafimy tego dostrzec, bo mylimy polityczny talent z obywatelskimi zasługami. W istocie, jako obywatele byli wielcy. Kiedyś poświęcili dla kraju wszystko – karierę, majątek, wolność. Nie zmienia to faktu, że wielcy obywatele okazali się potem małymi politykami.

My to wiemy dopiero dzisiaj, gdy historia się przetoczyła. Wałęsa wiedział to zawsze, bo z nimi na co dzień pracował. Warto mieć w głowie tę różnicę perspektyw. Nie po to, aby Wałęsę usprawiedliwić, ale aby go zrozumieć. A także dostrzec, że wszystkie recenzje polityki Wałęsy wyszły spod pióra tych, którzy sami na polityce niewiele się znali. Poza jednym Kaczyńskim, o którym będzie szerzej mowa.

III

Zostawszy prezydentem, Wałęsa znowu zaskoczył. I swoich wrogów, i swoich przyjaciół. Pierwszą decyzją była odmowa historycznych rozliczeń. W kampanii chętnie grał na antykomunistycznej nucie, bo była najsilniejszą emocją epoki. Jednak to nie była jego emocja. Nawet w latach 80. nie dał się wtłoczyć w banalny schemat polsko-polskiej nienawiści. Tym bardziej nie poddał mu się po upadku komunizmu. To ciekawe, że do dziś lewica nie potrafi dostrzec, że własne ocalenie zawdzięcza Wałęsie. To on byłym komunistom przyznał prawo do publicznego życia. Do pozostania w tkance państwa. I właśnie za to prawica nienawidzi Wałęsy. Za to, że otworzył komunistom drzwi do demokracji. Choć mógł je zamknąć, jak to zrobili Niemcy lub Czesi.

Zwolenników miękkiego rozwiązania było wielu. Był Mazowiecki, był Michnik, był Kuroń. Ale żadnego z nich nie sposób uznać za sprawcę. Za autora politycznej decyzji. U Mazowieckiego poniechanie czystek było rozwiązaniem chwilowym, ubocznym efektem ostrożności. U Kuronia gestem. U Michnika wezwaniem. Natomiast realną, polityczną decyzję podjął Wałęsa. Był najsilniejszym graczem epoki, szedł do wyborów z hasłem rozliczeń. Zwyciężywszy miał mandat do każdej decyzji. Mógł przeprowadzić czystki, mógł je zablokować. Wybrał to drugie.

Wybrał nie dlatego, żeby pogodzić zwaśnione połówki narodu. Inteligenckie kategorie myślenia były mu obce. Michnik chciał moralnego pojednania Polaków. Olszewski moralnego oczyszczenia Polski. Obaj mówili o poezji. Tymczasem umysł króla-chłopa pracował na politycznym poziomie. Nie zastanawiał się, co jest sprawiedliwe, lecz co jest korzystne. Przejął państwo pełne dawnych wrogów. Zwolnić ich czy zostawić? Kaczyński chciał być pragmatyczny. Mówił, żeby zwolnić, bo będą lojalni wobec dawnych szefów. Ale i ten pogląd Wałęsę rozśmieszył. Bo czemu mają pracować dla generałów, którzy przegrali, a nie dla Wałęsy, który ich pokonał?

Miał rację. Wystarczył rok i nawet serce komunistycznego państwa – armia i służby – było wobec niego w pełni lojalne. Na tyle lojalne, że gdy do władzy dojdzie SLD, jedynym szefem pozostanie Wałęsa. Unia tym ludziom chciała wybaczać. Prawica chciała ich zwalniać. A Wałęsa? Wziął ich pod but. Oto mentalność zwycięzcy.

IV

W przeciwieństwie do inteligentów, których odruchy myślowe polegają na komplikowaniu rzeczywistości, Wałęsa zawsze upraszczał opis realiów. Najlepiej do jednej, prostej tezy. W 1981 r. brzmiała ona – przeciwnik jest zbyt silny, trzeba mu ustąpić. W 1989 r. – przeciwnik osłabł, więc musi się władzą podzielić. W 1990 r. – przeciwnik jest martwy, więc zabieramy mu wszystko. Przez pierwsze miesiące prezydentury Wałęsa szukał kolejnej diagnozy. Przyglądał się Bieleckiemu, którego zrobił premierem, parlamentowi, partiom, toczonym dyskusjom. I zdefiniował problem. Wyzwania są wielkie, a władza jest słaba.

Istotą myślenia Wałęsy było to, że on tych wyzwań nawet nie próbował zrozumieć. Uważał, że od tego są fachowcy. Ekonomiści, prawnicy, dyplomaci. Jego interesowało, jak udzielić im wsparcia. Patrząc na Mazowieckiego, a potem Bieleckiego, Wałęsa widział, że rząd chce zrobić dużo, a robi mało. A zatem rząd nie jest silny, lecz słaby. I to jest pierwsze wielkie odkrycie Wałęsy. W które jego obóz nie wierzy, bo uważa, że każdy rząd z definicji jest silny.

Źródło słabości odnalazł Wałęsa w Sejmie, w partyjnej anarchii. O nią się potykały kolejne rządy. Wyjątkiem był plan Balcerowicza, który płynnie przeszedł przez parlament. Jednak kolejne reformy ugrzęzły. Sejm kontraktowy składał się w końcu z 15 klubów i ugrupowań, które robiły wszystko, aby nie zginąć w następnych wyborach. Aby rząd mógł uchwalić budżet, który nie obiecywał wszystkim wszystkiego, Wałęsa musiał jechać do Sejmu i grozić mu rozwiązaniem. Jednak tamta epoka nie potrafiła dostrzec problemu. Parlament postrzegała jako świętość. Nie dopuszczała bluźnierczej myśli, że w budowie nowego ładu Sejm nie jest już sojusznikiem, lecz stał się największym wrogiem.

Pierwszym pomysłem Wałęsy było przyznanie premierowi prawa do wydawania dekretów. Czyli do omijania parlamentu. Jednak Mazowiecki odmówił, Bielecki odmówił, partie tworzące rząd Suchockiej również. Bielecki szczerze potem przyznał, że wystraszył się pełnej odpowiedzialności. Tego, że społeczny gniew zmiecie jego formację. Obóz solidarnościowy pasjami lubił opowiadać o swoim reformatorskim heroizmie. Ale gdy dostawał szansę śmiałych działań, odmawiał.

Jesienią 1991 r. odbyły się pierwsze wolne wybory. Do Sejmu weszło 20 partii. Aby zbudować rządową większość, potrzeba było co najmniej sześciu. Wizja, aby na tak kruchych koalicjach oprzeć kolejne rządy, nie mieściła się Wałęsie w głowie. Więc zaczął forsować model prezydencki. Oburzone partie odparły, że demokracja opiera się na partiach. Kłopot w tym, że solidarnościowe wydmuszki nie były partiami. W ówczesnej Polsce partie były dwie, SLD i PSL. System parlamentarno-gabinetowy oznaczał rządy postkomunistów, czego solidarnościowi politycy długo nie potrafili zrozumieć.

V

Tuż po wyborach Wałęsa złożył kilku politykom tę samą ofertę. Zostań premierem, ale pracuj dla mnie, nie dla swojej partii. Była to oferta krótkiej przygody. Bycia zderzakiem, premierem do pierwszego wybuchu społecznego gniewu. Ale była to również oferta wielkiej przygody. Bo premier dostawał zgodę na ambitną politykę, jakiej sam – jako szef małej partii opartej na kruchej koalicji – nigdy by nie mógł prowadzić. Takie oferty dostali Geremek, Kuroń, Bielecki. Taką ofertę miał również dostać Kaczyński. Jednak wszyscy odmówili. Chcieli być na swoim. Chcieli mieć partię, do której wrócą po przygodzie z rządzeniem.

Ale był też drugi powód. Nie mieściło im się w głowie, aby król-chłop potrafił znaleźć słabe punkty demokratycznego ustroju. Oraz pomysł na ich obejście. Tymczasem nie było w tym żadnej tajemnicy. Dla Wałęsy demokracja była narzędziem codziennej pracy. On przed demokracją nie klękał, on jej używał. I próbował ją modelować wedle polskich potrzeb. Podobnie zresztą zrobiły inne narody, sprawiając, że każda demokracja jest inna.

VI

Po kolejnych odmowach zaczęła się wojna. Między prezydentem a Sejmem. O to, kto będzie wyznaczał premierów. Gdy Kaczyński zaproponował na premiera Olszewskiego, Wałęsa odmówił. Ale Kaczyński zbudował w Sejmie większość, która Olszewskiego poparła. Wałęsa nie miał wyboru, premiera mianował. Kilka dni potem rząd stracił większość. Bo Sejm budował większość tylko na chwilę i tylko po to, aby nie oddać inicjatywy Wałęsie. Ale własnego rządu popierać już nie chciał. Olszewski był więc premierem malowanym, bez szans na przeforsowanie w Sejmie swoich pomysłów.

Chwilę potem historia się powtórzyła. Wałęsa chciał, aby premierem był Pawlak. Ale partie stworzyły kolejną większość. Wokół Suchockiej. Dla zanarchizowanego Sejmu był to wysiłek niezwykły. Zanim doszło do nominacji, koalicja dwa razy straciła większość. Po latach lepiej widać komizm ludzi, którzy chcą rządzić, choć większość potrafią utrzymać zaledwie przez kilka dni. Po zaprzysiężeniu rząd większość stracił. Aby premier mogła rządzić, za każdym razem musiał pomóc Wałęsa. Musiał jechać na Wiejską i grozić posłom rozwiązaniem Sejmu. Za co potem ogłaszano go wrogiem demokracji. Po roku wotum nieufności wobec rządu zgłosili posłowie, którzy go wcześniej powołali. Rząd padł, a zirytowany Wałęsa parlament rozwiązał.

VII

Nowe wybory wygrali postkomuniści. Politycy dużo sprawniejsi. O ile spór z solidarnościowymi partiami był karceniem dzieci biorących zapałki do ręki, o tyle w przypadku postkomunistów zaczęła się walka o władzę. Twarda wojna o to, kto komu stopę postawi na karku. Wałęsa jako prezydent miał słabsze karty. Mimo to but Wałęsy ciągle leżał na koalicyjnej szyi. Kto ceni polityczne zapasy, niech sięgnie po relacje z epoki. Wałęsa postkomunistów całkowicie osaczył. Wybierał im ministrów, dyktował decyzje. Inaczej to pamiętamy. Bo byliśmy politycznymi dziećmi. Wałęsa był gladiatorem, który trafił na publiczność, która po raz pierwszy zobaczyła lejącą się krew. Więc krzyczała, że nie wolno, że nie wypada. Nie rozumiała, że zawody gladiatorów polegają właśnie na tym, że się obcina ręce i głowy. Dziś, w epoce, w której kości już nawet nie wrogów, lecz przyjaciół Kaczyńskiego i Tuska bieleją na każdym rogu, docenilibyśmy takie zapasy. Ale wtedy mdleliśmy z oburzenia.

Tamta wojna miała w tle ważną państwową treść. To był czas tworzenia konstytucji. Wałęsa z uporem powtarzał, że polska demokracja jest wadliwa, bo nie wskazała gospodarza. Nie wiadomo, kto rządzi – prezydent, premier czy parlament. Polski ustrój, zamiast wyznaczyć centrum rządzenia, zmusza wszystkich do walki o prymat. Odpowiadano mu, że nie ma problemu złego ustroju, a tylko toksycznego Wałęsy. Dziś – po wojnach Kwaśniewskiego i Millera, Kaczyńskiego i Tuska – nikt już tego nie powtórzy.

Tamta epoka o ustroju myślała w tonie lirycznym. Uważała, że ma być wyrazem demokratycznej żarliwości jej twórców. To, że ustrój może być funkcjonalny, nawet jej nie przyszło do głowy. Stąd dzisiejsze rozwiązanie – które przeforsował Geremek, Kwaśniewski i Mazowiecki – w którym silny jest parlament, silny jest rząd i silny jest prezydent. Wszyscy naraz w jednym państwie. Wałęsa krzyczał, że to głupota. Powtarzał: dajcie mi władzę, a jak nie chcecie, dajcie ją premierowi. Ale dajcie ją całą.

Dziś wiemy, że miał rację. Bo polska polityka poszła we wskazanym przez Wałęsę kierunku. Aby przetrwać, stworzyła w praktyce inne reguły, niż te zapisane na papierze. Parlament został zmarginalizowany. Partiom odebrano podmiotowość. Prezydenturę oddano politykowi pasywnemu. Tusk jest pierwszym premierem, który nie marnuje energii na wojny, które wynikają wyłącznie z niemądrego ustroju. Przez 15 lat polska polityka stała się cmentarzyskiem premierów. Padło ich 13. Zanim zaczęli wprowadzać swoje plany, już ich nie było. A potykali się głównie nie o rzeczywistość, lecz o niemądre reguły rządzenia.

VIII

Wielki zamęt dwóch ostatnich lat urzędowania Wałęsy to wojna o system prezydencki. Wojna totalna. I wojna przegrana. Wałęsa wziął w swoje ręce całe państwo i miotał nim na wszystkie strony, aby swoją wolę wymusić. Bił w Sojusz bez opamiętania, aby ten skołowany, obolały, wystraszony, przyjął w końcu jego warunki. W tej wojnie Wałęsa miał rację. Dostrzegł główny problem polskiej polityki. Znalazł dla niego rozwiązanie. To, że wszyscy byli przeciw niemu, nie było niczym nowym. Tak było zawsze. Nowe było co innego. To, że po raz pierwszy oporu nie potrafił przełamać.

Przygodę Wałęsy z demokracją nie jest łatwo ocenić. Jej wynik był bliski remisu. Od drugiej kadencji dzieliły go niecałe dwa procenty. Gdyby nie piarowski trick z debaty telewizyjnej, którym Kwaśniewski rozjuszył Wałęsę, zapewne wybory by wygrał. Jednak mimo że tak mało zabrakło, w jego porażce była jakaś nieuchronność. Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że stało się to, co musiało. Że Wałęsa musiał przegrać. Bo nie pasował do demokracji.

W przypadku króla-chłopa wszystko działało na jego niekorzyść. Patrząc na niego, widziano nie reguły polityki, lecz socjologii. Nie sprawnego gracza, lecz prostaka na salonach. Wystarczy poszperać we własnej pamięci. Co mamy zwykle do zarzucenia Wałęsie? Że na kogoś krzyczał, że kogoś zaatakował. A przecież Wałęsa nie był brutalniejszy od Kaczyńskiego, od Tuska, od Millera. Jednak demokracja wymaga brutalności dystyngowanej. Można szarpać wroga pazurami, ale wypielęgnowanymi. To nie było tak, że Wałęsa nie rozumiał politycznych reguł demokracji. Pojmował je lepiej od innych. To demokracja nie potrafiła jemu zaufać. Bo nie spełniał jej cywilizacyjno-kulturowych wymagań. Demokracja w swojej wrażliwości jest dużo bardziej elitarna, niż sama przed sobą gotowa jest przyznać.

IX

A jak ocenić całą przygodę Wałęsy z polityką? Był w niej zaledwie 15 lat. Ale był w niej naprawdę, zostawił po sobie głęboki ślad. Piłsudski i Wałęsa to jedyne postaci XX w., jakie naprawdę zapamięta polska historia. Nie dlatego, że wywalczyli dla nas niepodległość, jednostki aż tak wielkich możliwości nie mają. Historia ich zapamięta, bo w tak dramatycznym momencie, jak odzyskanie niepodległości, potrafili stanąć na wysokości zadania. Działać śmiało, energicznie, inteligentnie. Dając Polakom powód do dumy. I budząc podziw innych narodów.

Jeszcze raz – w obu wypadkach niepodległość pchała się nam w ręce. W obu wypadkach i tak byśmy ją mieli. Bez Piłsudskiego i bez Wałęsy. Komunizm upadł na całym świecie, więc upadłby i w Polsce. Ale dzięki Wałęsie w Polsce upadł pierwszy. Dzięki niemu chwała spadła na Polaków. Potem też dobrze nam poszło. Dzięki Wałęsie budowanie wolności nie stało się festiwalem anarchii budzącej w nas wątpliwość, czy zasługujemy na wolność. Przeciwnie – dało nam poczucie, że potrafiliśmy z wolności skorzystać. To nam dało poczucie narodowej wartości. Wszystkim, nawet wrogom Wałęsy.

Suplement

Gdy pisałem ten tekst, redakcja POLITYKI zwróciła mi uwagę, że nie powinienem pomijać sprawy agentury. Że zamiast ją przemilczać, warto stawić jej czoło. Robię to zatem, ale w formie suplementu, w przekonaniu, że sprawa jest nieważna dla politycznej oceny Wałęsy.

Zacznijmy od faktów. Kwestia współpracy młodego Wałęsy z SB nie ulega najmniejszej wątpliwości. Nie tylko dlatego, że zachowały się dokumenty, ale ponieważ sam Wałęsa do tego się przyznał. Jeszcze przed Sierpniem, na jednym ze spotkań gdańskiej opozycji. Kiedy więc został szefem Solidarności, wszyscy znani działacze wiedzieli o jego młodzieńczej wpadce. I dla nikogo nie była ona problemem. Wiedzieli, że Wałęsa współpracę zerwał, że mimo nachodzenia przez SB nie złamał się, a teraz stoi na czele Solidarności, będąc wrogiem numer jeden całego komunistycznego imperium. Nie było o czym rozmawiać.

Problem wrócił po kilku miesiącach, gdy ugodowa linia Wałęsy wzbudziła powszechną wrogość. I wtedy liderzy opozycji zaczęli spekulować, czy dawna więź została zerwana. Trwało to do zimy 1982 r. Bo po 13 grudnia generałowie próbowali zmusić Wałęsę, aby się odciął od Solidarności. Potępił radykałów i stanął na czele nowego związku. Za ten ruch obiecywano mu wszystko. Bo zmieniał logikę stanu wojennego. Niszczył opozycję i legalizował generałów. Wałęsa odmówił. To był test, który przekonał nawet najbardziej podejrzliwych. Gdyby Wałęsa był nadal agentem, toby to zrobił. Gdyby generałowie mieli na niego wpływ, toby go wtedy użyli.

Od tego momentu tematu nie było. Kiedy w latach 80. SB podrzucała opozycji dokumenty z dawnej teczki Bolka, a także spreparowane nowości, na nikim już to nie robiło wrażenia. Cała elita opozycji sprawę Bolka znała: młodzieńcza wpadka, stukrotnie okupiona późniejszymi zasługami. Kiedy nadszedł 1990 r. i Jarosław Kaczyński zgłaszał Wałęsę na prezydenta, patrzył na to podobnie. Jego opinia brzmiała wtedy następująco: „chłopak ze wsi, mocno po strajku grudniowym przyciśnięty, pękł, ale jednak po dwóch latach, a najpóźniej po sześciu, wyplątał się z tego”. I dalej: „Traktowałem to po prostu jako niedobrą część życiorysu”. Takie samo podejście mieli również Olszewski i Macierewicz, którzy wiedząc o Bolku, gorąco poparli Wałęsę w prezydenckiej kampanii. Dziś niełatwo w to uwierzyć, ale o Bolku wiedzieli wszyscy. Przecież nawet sławna czarna teczka, którą wymachiwał Tymiński, zawierała materiały właśnie na ten temat.

Powtórzmy raz jeszcze – Bolek nigdy nie był politycznym problemem. Sprawa dla wszystkich uległa przedawnieniu. Mało tego. Wszyscy zgodnie – z lojalności dla zasług Wałęsy – postanowili społeczeństwu o tej sprawie nie mówić. Jako pierwsi porozumienie zerwali Olszewski i Macierewicz, jednak to wydarzenie nie było tak ważne, jak się po latach wydaje. Opinia publiczna była pochłonięta polityczną awanturą, w której sprawa agentów była tylko jednym z wątków. I sprawa szybko przycichła. I na zawsze by umarła, gdyby nie Jarosław Kaczyński.

Jego partia, Porozumienie Centrum, była w rozsypce. Olszewski wyłuskiwał kolejnych polityków, zarzucając Kaczyńskiemu zdradę. W istocie Kaczyński łagodził linię. Był już nawet jedną nogą w rządzie Suchockiej, ale w ostatniej chwili pokłócił się o detale. I nagle obudził się bez gruntu pod nogami. Nieważny. Niereprezentujący żadnego społecznego żywiołu. Więc zdecydował się na radykalizm. Na uderzenie w Wałęsę. Zimno, z premedytacją, w obronie swojej politycznej pozycji. I nie jest to spekulacja, tak jego motywacje opisał najbliższy współpracownik Ludwik Dorn. Przez wiele miesięcy przez polskie miasta przechodziły manifestacje z hasłami „Bolek do Moskwy”, paląc kukły Wałęsy i domagając się jego odejścia. Trwało to do jesieni 1993 r., kiedy wygrali postkomuniści. I nagle Kaczyński kampanię odwołał. Bo wpadł na pomysł ponownego zjednoczenia prawicowych sił pod sztandarem Wałęsy. Pomysł nie wypalił, więc Kaczyński do walki z Wałęsą powrócił.

Kontynuował ją nawet po jego odejściu. Bo Wałęsa w kampaniach Kaczyńskiego stał się twarzą polskiej demokracji. Więc im mocniej chciał ją zdemonizować, tym silniej uderzał w Wałęsę. Zwłaszcza że Wałęsa popełnił błąd. Przeszukiwał swoje teczki, niszczył dokumenty. Pokazał światu, że sprawa go boli. Zdradził się z własnym cierpieniem. A tego przy Kaczyńskim robić nie wolno. Bo ten rekin krew wyczuje na kilometr. I tym mocniej uderzy.

Ta historia została przypomniana, aby pokazać, że są dwie sprawy Bolka. Pierwsza, realna, czyli potknięcie się młodego Wałęsy. Sprawa, która dla polskiej polityki dawno została zamknięta, którą na prywatny użytek także Kaczyński uznał za zamkniętą. I druga, będąca produktem propagandowej strategii Kaczyńskiego. Strategii okrutnej, ale konsekwentnej i skutecznej. Kaczyński jest jedynym człowiekiem, który Wałęsę w pewnym sensie pokonał. Zadał mu cios, po którym będzie krwawić do końca. Bo obsesją tropienia Bolka zaraził młode pokolenie.

Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były redaktor naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Pracuje nad książkową historią III RP. Autor wywiadów rzek z politykami: Leszkiem Millerem, Janem Rokitą i Ludwikiem Dornem.

Polityka 41.2013 (2928) z dnia 08.10.2013; Ogląd i pogląd; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Król lew"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Wpływowi znajomi prezydenta Dudy

Tylko nieliczni krakowscy znajomi i koledzy Andrzeja Dudy nie odwrócili się od niego. Została garstka. Ale za to wpływowa.

Anna Dąbrowska
09.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną