Kraj

Prezydent obroniła premiera

Tydzień w polityce według Paradowskiej

Hanna Gronkiewicz-Waltz zostaje na stanowisku prezydenta Warszawy. Nie będzie komisarza, nie będzie przyspieszonych wyborów w styczniu.

I nie było to aż tak bardzo „o włos” (25,66 proc. przy wymaganej frekwencji 29,1 proc.). To, co opozycja traktuje jako swoje zwycięstwo (z braku tego właściwego), czyli „miażdżąca” przewaga przeciwników Gronkiewicz-Waltz w referendum, było w rzeczywistości pokazem skuteczności partii Tuska, której udało się namówić swoich zwolenników do absencji. Większość wyborców PO podjęła realną decyzję polityczną, nie dając się nakłonić do bezrefleksyjnego udziału w „święcie demokracji”. To te kilka procent głosujących za pozostaniem prezydent Warszawy omal nie spowodowało jej odwołania. Referendum, nie bez słuszności, zostało więc potraktowane jak każda polityczna, choć obywatelska inicjatywa: ktoś coś wnosi, coś chce załatwić, ale reszta nie musi się do tego przyłączać. W ten sam sposób, odmownie, Sejm potraktował już kilka „oddolnych” inicjatyw, pod którymi podpisało się o wiele więcej osób niż pod wnioskiem o referendum w Warszawie.

Logika procesu politycznego nie sprzyjała Platformie: rozpędzone PiS, skonfliktowana Platforma, słabnąca pozycja premiera, ogólne znużenie rządzącymi, w tym niewątpliwie także Hanną Gronkiewicz-Waltz. Potencjał ogólnej niechęci zdawał się ogromny. Prezydent stolicy zbyt długo nie wyczuwała zmieniających się nastrojów społecznych. Uznała, że skoro zdobywa pieniądze i buduje, na koniec kadencji zostanie sprawiedliwie oceniona.

W polityce jednak oceny często bywają niesprawiedliwe. Czasem jedno czy drugie pozornie niewiele znaczące zdarzenie przesądza o wizerunku, jak choćby ów zalany tunel wzdłuż Wisły w kilka godzin po otwarciu. Kampania przeciwko pani prezydent była ostra, momentami brudna, zniekształcająca wizerunek miasta, pokazująca je jako czarną dziurę, do której każdy mógł wrzucić swoje pretensje (komunikacja, śmieci, rozkopane Śródmieście) i z której wystają jedynie niekompetencja i arogancja władzy. Współbrzmiało to z ogólnymi pretensjami do Platformy o złe komunikowanie się i brak społecznego dialogu.

A jednak PiS nie wygrało tego najważniejszego z dotychczasowych pojedynków. Po stołecznym referendum tracą na znaczeniu wygrane w Elblągu, gdzie PO zasłużyła na ostrzejszą odprawę, niż w końcu dostała, w Rybniku, który zlekceważyła, czy na Podkarpaciu, gdzie PiS i tak było nie do pokonania. Warszawa nie stała się tym symbolicznym punktem zwrotnym, na który tak stawiał Jarosław Kaczyński. Inni uczestnicy tej warszawskiej awantury, bez względu na to, jak bardzo podkreślają dziś swoje zasługi, nie odegrali w tym starciu znaczniejszej roli.

Z kretesem przepadli inicjatorzy referendum, czyli tak zwana Warszawska Wspólnota Samorządowa, której twarzą stał się Piotr Guział, być może największy przegrany tej bitwy. Jego Ursynów, jak na ironię, zanotował najniższą frekwencję, co wiele mówi nie tylko o popularności burmistrza, ale także o jego dość marnych kwalifikacjach politycznych. Zainicjował referendum za namową działaczy ówczesnego Ruchu Palikota, kolejnego przegranego, jakby nie zdając sobie sprawy, że i tak zostanie przemielony przez partyjne aparaty, które rozdają karty praktycznie we wszystkich dużych miastach.

To referendum nie było przecież efektem żadnego wielkiego ruchu obywatelskiego. Było starciem dwóch wielkich partii i potwierdziło, że system w istocie dwupartyjny, który tak wielu uwiera, ma się zupełnie dobrze. Leszek Miller, którego dziś Kalisz oskarża o niepowodzenie referendum, co brzmi niestety zbyt osobiście, zrozumiał to nieźle i nie wkładał palca między drzwi. Ponadto dotrzymał słowa, że on nigdy z PiS nie pójdzie. Inni tej ostrożności nie zachowali i choć praktycznie nic do powiedzenia nie mieli, tracą na wiarygodności, są postrzegani teraz jako sojusznicy i pomocnicy PiS.

Ważne, prawdziwie obywatelskie głosy organizacji pozarządowych, które próbowały upominać się o inny sposób zarządzania miastem, o partycypacyjne budżety, zmianę systemu konsultowania istotnych dla mieszkańców decyzji, utonęły, a szkoda, w gwarze politycznej bijatyki, której celem było już nie tyle odwołanie Hanny Gronkiewicz-Waltz, ale wręczenie czerwonej kartki premierowi Donaldowi Tuskowi i Platformie Obywatelskiej. Referendum stało się częścią politycznej kampanii PiS. Bez pomocy PiS Guział nie zebrałby nawet niezbędnych do przeprowadzenia głosowania podpisów. Bez niezwykle intensywnego włączenia osobiście Jarosława Kaczyńskiego, nie byłoby zapewne tej frekwencji. Niewątpliwie PiS wielu zniechęciło do udziału w referendum, ale też zmobilizowało swoich wyborców. Nie liczył się jednak w tej rozgrywce kandydat PiS na przyszłego prezydenta prof. Piotr Gliński, który pokazał swoją słabość, także merytoryczną, i całkowite uzależnienie od prezesa Kaczyńskiego. Znacznie zmniejsza to jego szanse we wszystkich kolejnych wyborach, w jakich może wystartować.

Gdy spojrzeć na liczby, widać, że PiS na Warszawę ciągle nie może liczyć i wydanie tu walnej bitwy było jednak nieostrożne, bo partia ta zawsze wypadała tu marnie. W wyborach z listopada 2010 r. Czesław Bielecki, kandydat tej partii na prezydenta Warszawy, zdobył 23 proc. głosów (blisko 150 tys.).

W stolicy uprawnionych do głosowania jest ok. 1,4 mln osób. Frekwencja w wyborach samorządowych sięga 50 proc. To oznacza, że do wyborów chodzi ok. 700 tys. warszawiaków. Przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz opowiedziało się ok. 350 tys., ale ci, którzy głosowali za jej odwołaniem, nie muszą być wyborcami kandydata PiS, bo już widać, jak się kłócą i dzielą. Zapewne w przyszłych wyborach samorządowych pojawią się inni, poważniejsi niż prof. Gliński, kandydaci. Wiele wskazuje na to, że koalicji przeciwników pani prezydent będzie chciał przewodzić Ryszard Kalisz. Zobaczymy.

Platforma może na chwilę odetchnąć – prestiżową bitwę wygrała, ale do prawdziwych sukcesów jeszcze daleko, a w kraju potencjał niechęci do PO jest niewątpliwie większy niż w stolicy. Brak triumfalizmu i powściągliwość po warszawskiej wygranej jest dobrą reakcją, bo świadczy o pewnej pokorze władzy, o tym, że gorzka lekcja została odebrana. Bitwa warszawska 2013 pokazała, że jeśli politycy (jak Hanna Gronkiewicz-Waltz) zaczynają naprawdę walczyć o poparcie i zaufanie wyborców, to mogą nawet wygrać. Proste, prawda? Hanna Gronkiewicz-Waltz dała premierowi trochę czasu na przemyślenie dalszej strategii. Ale jest to czas bardzo krótki.

Polityka 42.2013 (2929) z dnia 15.10.2013; Komentarze; s. 7
Oryginalny tytuł tekstu: "Prezydent obroniła premiera"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną