Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Dziwne miasto

Ostatnio żyjemy w Polsce Warszawą. Znów nabiliśmy Warszawę jak jabłko na koniuszek polskiej szpady. Gra o Warszawę – grą o Polskę. Jak zawsze. Może właśnie dlatego stosunki wzajemne między Polską i Warszawą nie układały się zbyt dobrze. Wielkie uczucie i mało zrozumienia. Jak romans chłopskiego syna z panną z dobrego domu.

Ano my, ludzie prowincjonalni, mamy stolicy za złe. Czujemy się przez nią zdominowani i zawstydzani jak Wokulski przez Izabelę. No i tak ogólnie nieproszeni. Nie dla nas obiady czwartkowe ni bankiety w Agorze. Chwalebne dzieje stolicy się liczą, a nasze, prowincjonalne, ledwie uchodzą za polskie. Losy Kongresówki i warszawskie powstania zawłaszczyły pamięć narodową, spychając Śląsk, Wielkopolskę, a nawet Galicję do mentalnej defensywy. Warszawska wymowa, zresztą zepsuta w wojennym kotle, stała się, za sprawą radia i telewizji, mową całej Polski, przez co niezliczone gwary i regionalizmy zanikają, jak kałuże w słońcu. No i, rzecz jasna, wszystko, co bystre, śliczne i zamożne już od XIX w. podąża do Warszawy, a na prowincji zostajemy my, niemobilni i nieudolni. Tam pieniądze i wieżowce, a u nas bryndza i stara bieda. Och, jakże ich, tych warszawiaków, łatwo rozpoznać w Sopocie i w Zakopanem! Jacyś tacy rumiani, ładni i pewni siebie. A panie mają takie miękkie polarki i obcisłe spodnie. I tak pachną. Do warszawiaków świat należy. Oto Polska sukcesu, warta grzechu i uwagi.

Ale w życiu krakowianina i wrocławianina prędzej czy później przychodzi taki moment, gdy mimo wszystko proszą go do Warszawy. Odświętny prowincjusz, odprawiający rytuał wyjazdu „w delegację” do stolicy, przybywa w miejsce, które uważa za bijące serce swego kraju, a naraz znajduje się na dziwnym, odpychającym pustkowiu.

Polityka 42.2013 (2929) z dnia 15.10.2013; Felietony; s. 111
Reklama