Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Wyznanie frustrata

Poznawanie polityki jest frustrujące. Jestem rozczarowany. Lecz nie chodzi mi bynajmniej o skalę dystansu dzielącego realia od ideałów, a prozę życia od poezji konstytucji. Rozczarowanie moje jest szczególnego rodzaju, bo dotyczy kogoś, kto zajmował się filozofią polityki i traktował ją poważnie. Do dziś czytam szacowny „Przegląd Polityczny”, który od lat wytrwale orze polityczno-literacką niwę, z podziwu godną erudycją odwracając tłuste skiby mądrości. Niestety, u mnie nie wzeszło. Dla mnie cała ta filozofia to o kant czterech liter.

Od kilku lat chodzę po ministerstwach, po Sejmie, po partyjnych gabinetach i widzę, że nie widzę. Nie widzę niczego z tego wszystkiego, co wielcy i mali filozofowie podawali za istotę polityki. A dotyczy to również tych spośród nich, którzy, jak Machiavelli, Monteskiusz, Tocqueville czy Arendt, za sprawę honoru poczytywali sobie realizm. Guzik wyszedł z realizmu. I wcale się już nie dziwię, że politologowie nie interesują się „filozofami polityki” i tym całym ich przynudzaniem. Jak coś raz oderwie się od rzeczywistości, to potem nie da się już tego przyklepać.

Tytułem antyfilozofii polityki powiedziałbym natomiast tak. W różnych czasach różnie zdobywa się i utrzymuje władzę. Dziś mamy demokrację. Jeśli ktoś szukałby „rodzaju bliższego” dla określenia polityki demokratycznej, to nie znajdzie go ani w wojnie, ani w sztuce, lecz w działalności gospodarczej. Polityka bardziej niż cokolwiek innego przypomina rynek. Tymczasem żadna z klasycznych koncepcji polityki nie uznaje tego faktu. Dla jednych polityka jest polem walki, dla innych raczej agorą, a jeszcze inni widzą w niej działalność podobną do budowania. Wszyscy mają trochę racji, bo jest w polityce miejsce i na walkę, i na współpracę, jest dyskusja i jest tworzenie.

Polityka 50.2013 (2937) z dnia 10.12.2013; Felietony; s. 122
Reklama