Nasi różnopartyjni politycy z koalicją rządową na czele prężą firany, prasują spodnie w kant i maglują, ile wlezie, ozdobne obrusy. Szykują się do Brukseli.
Głośno wyśpiewują troskę o przyszłość Europy i nachwalić się swoich kandydatów na europosłów nie mogą. Tymczasem prezes Kaczyński w domowych spodniach spokojnie przedstawia zapięty na ostatni guzik projekt dla Polski. O tym, co dla niej zrobi, gdy za półtora roku wygra wybory – tu, nad Wisłą. Dlaczego mówi o czymś innym? Bo Europa jest groźna jako temat. Opowiesz się za nią, to będziesz gender i lewak. Opowiesz się przeciwko – stracisz głosy rolników. Ale gdy obiecasz, że tu, w Polsce, naprawisz wszystko, czego nikt dotąd nie umiał naprawić, to ci fanklubowicze przyklasną, a może i nowych zyskasz.
Premier Tusk ma ministrów nieudolnych i leniwych, więc Kaczyński zafunduje sobie ministrów jak psy gończe. Co każe – zrobią, bo wyda im „wiążące polecenia”, za to ich zarządzenia będzie mógł w każdej chwili uchylić. Proste.