Unia energetyczna: polski sukces, ale czy jest się z czego cieszyć?

Pakiet Tuska
Donald Tusk zdołał już przekonać kanclerz Niemiec i prezydenta Francji do pomysłu europejskiej unii energetycznej, dzięki której poprawi się bezpieczeństwo energetyczne UE. To spory sukces polskiej dyplomacji. Tylko co oznacza w praktyce?
Prezydent Francji Francois Hollande i premier Donald Tusk podczas paryskich rozmów na temat unii energetycznej.
Maciej Śmiarowski/Kancelaria Prezesa RM

Prezydent Francji Francois Hollande i premier Donald Tusk podczas paryskich rozmów na temat unii energetycznej.

Kiedy w Polsce pada zwrot „bezpieczeństwo energetyczne”, każdy wie, że chodzi o gaz. Konkretnie zaś o rosyjski gaz, który jest dla nas symbolem wszelkich zagrożeń. Dotychczas w UE uważano nas za histeryków i rusofobów, jednak wydarzenia na Ukrainie otrzeźwiły dużą cześć europejskich polityków. Pojawiła się gotowość wypracowania jednolitego stanowiska wobec Gazpromu, który dotychczas umiejętnie rozgrywał poszczególne kraje UE, jednym sprzedając gaz taniej, a innym drożej. Pomysł, by całkowicie wyeliminować rosyjski gaz z europejskiego miksu energetycznego, jest nierealny. Rosja jest drugim światowym producentem gazu. UE nie poradzi sobie bez paliwa ze Wschodu, tak jak Rosja nie przetrwa bez pieniędzy z UE. To wbrew pozorom dobra sytuacja, bo jeśli coś może stabilizować sytuację polityczną, to właśnie powiązania gospodarcze.

Polski pakiet energetyczny zakłada zorganizowanie wspólnych zakupów gazu, który potem trafiałby na europejskie gazowe giełdy. Proponujemy, by Komisja Europejska przejrzała zawarte już umowy gazowe, a podczas nowych negocjacji zasiadała zawsze do stołu jako obserwator. Chodzi o ustalenie wzorca umowy i jednolitego mechanizmu indeksowania cen surowca. Drugi pomysł to stworzenie unijnej agencji ds. zakupów gazu. Jej zadaniem byłoby także magazynowanie błękitnego paliwa i czuwanie, by poziom zapasów był odpowiedni. Alternatywą dla agencji może być stworzenie podmiotu komercyjnego. Potem gaz byłby kupowany przez spółki gazowe w anonimowych transakcjach giełdowych. 

Wspólny rynek gazowy wymaga rozbudowy połączeń między poszczególnymi krajami. Upominamy się o to, by inwestycje finansowane były w 75 proc. z pieniędzy UE. Jednocześnie chcemy, by UE inaczej spojrzała na węgiel i dostrzegła w nim gwaranta bezpieczeństwa energetycznego, a nie tylko truciciela klimatu.

Plan Tuska wygląda racjonalnie, więc nic dziwnego, że zdołał dla niego pozyskać wpływowych sojuszników. Komisja Europejska jest zapewne skonsternowana, bo pomysły z którymi wychodzimy jeszcze niedawno były przez nas bojkotowane. Nie chcieliśmy budować gazowych połączeń transgranicznych, bo baliśmy się, że Rosjanie zaczną nam wpychać gaz przy pomocy podstawionych zachodnich spółek. Kiedy siedliśmy do rozmów z Gazpromem, zaprosiliśmy wprawdzie przedstawiciela KE, ale potem byliśmy niezadowoleni, że się wtrąca i żąda zapoznania się z zawartymi umowami.

Wspólna polityka energetyczna nigdy w Polsce nie budziła entuzjazmu. Zawsze panowało u nas przekonanie, że sami musimy zapewnić sobie bezpieczeństwo energetyczne, bo z UE to żadne bezpieczeństwo. Zresztą chyba do końca nie zmieniliśmy zdania. A w sprawie węgla jesteśmy z Brukselą w stanie otwartej wojny. I, co gorsza, walczymy samotnie.

Dlatego odnoszę wrażenie, że polska propozycja odbierana jest w wielu państwach UE jako nagły powrót Polski na energetyczne łono UE. Bruksela forsuje jednolity rynek energii od kilku lat. Temu m.in. służy trzeci pakiet energetyczny, który Polska długo bojkotowała, narażając się na groźbę konsekwencji prawnych. Chodziło właśnie o rynek gazowy, którego nie chcieliśmy liberalizować. A dziś w otwartym i zliberalizowanym europejskim ryku gazowym widzimy sposób na obronę przed dyktatem Gazpromu.

Właściwie większość naszych propozycji jest do zrealizowania w obecnym stanie prawnym. Otwarty, konkurencyjny rynek energii – nie tylko gazu, ale także energii elektrycznej – jest elementem doktryny energetycznej UE, a Bruksela naciska na poszczególne kraje, by rozbudowywały infrastrukturę przesyłową. Jej stan na razie mocno ogranicza pomysły przesyłania gazu i prądu tam, gdzie on jest w danej chwili potrzebny.

Dlatego nie wykluczam, że uda się wypracować jakiś nowy model relacji UE-Gazprom. Choć nie będzie to łatwe, bo wiele krajów ma złożone relacje z rosyjskim koncernem i kiedy do głosu dojdą szefowie koncernów energetycznych, zaczną naciskać na swoich polityków. Wtedy może się zacząć rozmontowywanie pomysłu. Nie liczyłbym jednak na to, że UE pod wrażeniem wydarzeń na Ukrainie przeprosi się z węglem i zrezygnuje ze swojego planu redukcji emisji CO2.

Gaz jest ważnym elementem europejskiej energetycznej układanki, ale nie najważniejszym. Bezpieczeństwo energetyczne Polski wbrew pozorom nie zależy od tego, czy będziemy mieli rosyjski gaz, czy też uda się nam znaleźć własny, łupkowy. Gaz to kilkanaście procent naszego bilansu energetycznego.

Polska ma większe problemy, choćby z elektroenergetyką, która znalazła się na rozdrożu. Wynika to między innymi z wciąż niewyjaśnionej przyszłości pakietu unijnego klimatyczno-energetycznego i ekonomicznych reguł rynku energii po 2020 roku. Dlatego dobrze by było, gdyby Donald Tusk skłonił swoich partnerów do podjęcia w tej sprawie jakichś ustaleń. Na to czekają inwestorzy, niewiedzący, czy opłaca się budować elektrownie i jaką technologię najlepiej wybrać. Od tego w dużo większym stopniu zależy nasze bezpieczeństwo energetyczne niż od rosyjskiego gazu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj