Rówieśnicy III RP – skąd u nich takie poglądy?

Dzieci transformacji
Młodzi głośno mówią o polityce to, co dziś po cichu głoszą ich rodzice. I dlatego zagłosowali na Korwina.
Janusz Korwin-Mikke wśród młodzieży na sopockim molo.
Łukasz Ostalski/Reporter

Janusz Korwin-Mikke wśród młodzieży na sopockim molo.

Maria Sokołowska (w środku) uczennica II LO podczas spotkania z Donaldem Tuskiem.
Daniel Adamski/Agencja Gazeta

Maria Sokołowska (w środku) uczennica II LO podczas spotkania z Donaldem Tuskiem.

Cezary Michalski – publicysta, eseista, prozaik.
Jarosław Wojtalewicz/EAST NEWS

Cezary Michalski – publicysta, eseista, prozaik.

Starsi („dojrzalsi”?) Polacy w europejskich wyborach po raz kolejny zreprodukowali i zacementowali najbardziej w „Polsce transformacji” płodny politycznie podział. Nie na lewicę i prawicę, ale na tych, którym się w tej transformacji materialnie i statusowo powiodło, i na tych, którzy czują się jej ofiarami. Starsi („dojrzalsi”?) Polacy potwierdzili też po raz siódmy, tą nikłą premią dla Tuska, że polskie społeczeństwo wciąż woli kontynuować rozpoczętą w 1989 r. transformację, zamiast ją podeptać.

Pokolenie ich dzieci zagłosowało natomiast w największej części na Korwina, który uważa, że w 1989 r. z socjalizmu wskoczyliśmy w socjalizm („bolszewizm solidaruchów”). Drugą opcją tego pokolenia było głosowanie na PiS, formację, która oficjalnie naucza, że w 1989 r. Polacy zostali okradzeni przez układ i zdradzeni o świcie przez „okrągłostołowe i postsolidarnościowe elity” (pomijając informację, że ważnymi postaciami tych elit byli także śp. Lech Kaczyński i jego brat Jarosław).

W pokoleniu dzieci polskiej transformacji próg wyborczy, z wynikiem 6 proc., przekroczył nawet Ruch Narodowy (w pozostałych kategoriach wiekowych cieszący się szczęśliwie poparciem mniejszym niż błąd statystyczny), którego liderzy uważają pogromy na Żydach za tak ciekawą formę „walki o ekonomiczną emancypację Polaków”, że przez wiele lat urządzali wakacyjne rajdy śladami Adama Doboszyńskiego. W 1936 r. „zdobył” on Myślenice, ukarał „filosemickiego” sanacyjnego starostę i spalił na rynku dobytek żydowskich kupców.

Dlaczego tak się stało? Co ten wynik nam mówi – nie tyle o dzieciach, ale o ro­dzicach? Swoje hipotezy przedstawił niedawno Jacek Żakowski („12 powodów, żeby głosować na Korwin-Mikkego”, POLITYKA 23). Ja mam swoją hipotezę.

Sztafeta pokoleń

Otóż dzieci polskiej transformacji to nie jest pokolenie buntu. Ostatni pokoleniowy bunt wydarzył się w 1968 r., zresztą zarówno na Zachodzie jak też na Wschodzie. Na Zachodzie dzieci burżuazji porzucały bogactwo i domy rodziców, domagając się albo nirwany, albo komunizmu (raczej „pierwotnego”, niż w wersji radzieckiej). Na Wschodzie z kolei dzieci komunistów – nieraz prominentnych – domagały się demokracji, płacąc za to represjami i utratą społecznego statusu, który powinny były grzecznie odziedziczyć.

Dziś jednak zamiast „lata miłości i buntu” (1967, 1968), mamy sezon posłuszeństwa i oportunizmu. Nawet młodzi „Oburzeni” okazali się politycznym niewypałem. Kiedy mieszczańscy rodzice nie wysłuchali ich mieszczańskich roszczeń, oburzone dzieci rozeszły się do domów, opuszczając Wall Street i place zachodnioeuropejskich stolic. Nie pozostawiając po sobie żadnego istotnego politycznego śladu, jeśli nie liczyć otwarcia drogi dla skrajnej prawicy. W Polsce oportunizm i politycznie bezpłodna roszczeniowość dzieci transformacji to bez wątpienia nasz sukces wychowawczy – nasz, czyli nowego polskiego mieszczaństwa (w przedziale wieku 40–60 lat).

Mieszczaństwo (nie tylko polskie, ale jako formacja społeczna) najbardziej boi się o „maluchy” (cytując za państwem Elbanowskimi). Chciałoby, żeby maluchy wiecznie słuchały rodziców, innymi słowy, żeby dzieci jak najdłużej, najlepiej na zawsze, pozostały dziećmi. Ponieważ my, nowe polskie mieszczaństwo, jesteśmy naprawdę silną formacją (zahartowani przez lata 80. i lata 90.), bez trudu złamaliśmy wolę naszych dzieci. Maluchy nas – wbrew pozorom – słuchają, a w każdym razie uważnie nas podsłuchują. Złudne wrażenie pokoleniowego buntu (przesunięcie sympatii z PO i PiS na Korwina, PiS i Ruch Narodowy) wynika jedynie stąd, że to, co rodzice mówią po cichu, w mieszkaniach i domach, najwyżej w wąskim gronie zaufanych przyjaciół, dzieci – nie rozumiejąc jeszcze obowiązku hipokryzji społecznej – powtarzają głośno. W internecie i przy urnach.

Prawdy podsłuchane w domu

Warto się zatem zastanowić, co dzieci polskiej transformacji usłyszały od swoich ojców i mam. Zacznijmy od drugiego miejsca w ich sympatiach, czyli reprodukcji narracji Prawa i Sprawiedliwości.

Najbardziej reprezentatywnym symptomem wyborów dokonywanych przez dzieci takich właśnie rodziców jest najsłynniejsza dzisiaj polska 17-latka, Marysia Sokołowska z Gorzowa Wielkopolskiego, która publicznie nazwała Donalda Tuska „zdrajcą”, a potem odrzuciła jeszcze wyniośle jego starania i bukiet kwiatów (przeprosiny za „zdradę”?). Ona akurat w tych wyborach głosować jeszcze nie mogła, ale gdy zagłosuje już za rok, jej wybór jest oczywisty.

Marysia Sokołowska podsłuchała to, co praktycznie wszyscy dorośli wokół niej muszą mówić cicho. A co usłyszała, powtórzyła głośno: „większość ludzi starszych, i nie tylko, ma w sobie niechęć do Żydów, nie ukrywam, że ja także, ale to nic złego. To naturalna rzecz w człowieku, że kogoś darzy sympatią, a kogoś wręcz odwrotnie. Ale to nie jest żadne ich obrażanie czy nasz antysemityzm...”.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną