Resort sprawiedliwości bagatelizuje bezpieczeństwo państwa?

Gdzie prawników sześć…
Gdzie prawników sześć... tam nikt nic nie wie – tak można by żartem podsumować wymianę opinii między ministrem sprawiedliwości a prokuraturą na temat zasadności działań prokuratury, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i policji w redakcji pisma „Wprost”. Zwłaszcza że i wśród prawniczych autorytetów zdania są skrajnie odmienne.
Marek Biernacki, minister sprawiedliwości i Andrzej Seremet, prokurator generalny.
materiały prasowe

Marek Biernacki, minister sprawiedliwości i Andrzej Seremet, prokurator generalny.

Tyle tylko, że sytuacja nie nastraja do żartów. Wciąż można się obawiać, że tzw. afera podsłuchowa może służyć nawet nie tylko obaleniu rządu Platformy Obywatelskiej, lecz także osłabieniu pozycji Polski w przededniu decyzji unijnych dotyczących bezpieczeństwa energetycznego kontynentu wobec tendencji panujących w Rosji. Swoje robi też sama ranga sporu – sięgająca instytucji ważnych dla postrzegania praworządności w państwie. Znowu żartem można zauważyć, że oto pojawił się najlepszy dowód na wymarzoną przez jednych, a krytykowaną przez innych (do tej pory m.in. przez Prawo i Sprawiedliwość) niezależność prokuratury od rządu.

Oto bowiem sam szef resortu sprawiedliwości i jego zastępca łają prokuratorów w niespotykanym dotąd tonie i w nadzwyczaj ostrych słowach. Wytykają prokuraturze, że próbując zabezpieczyć nośniki nagrań z podsłuchów, dopuściła się „kilku uchybień prawnych i kilku błędów w zakresie pożądanej metodyki postępowania”.

Jako wiodący przykład podają sprawę ewentualnego kopiowania danych z redakcyjnych komputerów, do której przecież w ogóle nie musiałoby dojść, gdyby „Wprost” zdecydowało się przekazać je organom ścigania, a w rzeczywistości, co ważne, sądowi. Zarzucają też, że akcję przeprowadzono w nieodpowiedniej porze, bo kiedy operacja została zakończona, sądy były już nieczynne, a następny dzień... był wolnym od pracy. Tyle że znowu: stało się tak dlatego, że prokuratorzy i funkcjonariusze napotkali na opór redakcji „Wprost” oraz ściągających na miejsce innych dziennikarzy i polityków.

Co ważne, krytyka ze strony ministerstwa dotyczy raczej stylu, a nie meritum pracy prokuratury, bo równocześnie szefowie resortu przyznają, że z formalnego punktu widzenia... mogła ona „podejmować działania, które zmierzały do zatrzymania nośników zawierających nagrania rozmów”. Zasadnie zatem prokuratura odpowiada, że swoimi czynnościami nie naruszyła przecież procedury karnej.

Gorzej jednak, że minister Biernacki wyraża zadowolenie, iż prokuratorom i oficerom ABW – było nie było funkcjonariuszom państwa – nie udało się odebrać słynnego już laptopa równie już słynnemu Sylwestrowi Latkowskiemu. I że ministerstwo co rusz powołuje się na zasadę ochrony tajemnicy dziennikarskiej, bagatelizuje natomiast wcale niewykluczony wzgląd na zagrożenie bezpieczeństwa państwa.

Może to bowiem świadczyć, że spanikowany rząd postanowił załagodzić konflikt z krytykującymi go mediami kosztem autorytetu prokuratury, a nawet częściowej zmiany dotychczasowej oficjalnie podawanej interpretacji afery podsłuchowej.

Problem wreszcie w tym, że prawnicze dyskusje nie ostudzą społecznych emocji, rozhuśtanych tym razem pospołu przez polityków opozycji i zastępy kastowo wzburzonych kolegów dziennikarzy – a to cynicznie, a to przez ignorancję dezinformujących co rusz opinię publiczną. Ba, okazuje się, że w tym przypadku dla wielu interpretatorów to właśnie wzgląd na aktualny vox populi jest ważnym elementem wykładni prawa.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną