Nowy symbol w Warszawie – maszt umysłowej bezwolności
Stołeczny Maszt Wolności jest jeszcze jednym, smutnym symbolem. Absolutnej bezradności władz miejskich (nie tylko Warszawy) na pomysłowe, nowoczesne formy upamiętniania i hołdu.
Slawomir Kaminski/Agencja Gazeta

W stolicy, przy Rondzie Zgrupowania AK „Radosław”, stanął Maszt Wolności. Zbudowano go w tempie, jakiego nie widziano chyba w Warszawie od czasów socrealistycznych rekordów.

Poważny projektant (pracownia JSK Architekci, czyli ta od Stadionu Narodowego), elektroniczny mechanizm wciągania flagi i system uniemożliwiający jej owinięcie się wokół masztu, podświetlenie. Przede wszystkim zaś sześćdziesiąt metrów wysokości, czterdzieści ton stali, sto metrów kwadratowych flagi. A jest to miejsce, choć położone poza ścisłym centrum, dla mieszkańców bardzo ważne. Nie tylko dlatego, że krzyżują się tu ważne komunikacyjne szlaki codziennych wędrówek warszawiaków, ale i dlatego, że z placu i na plac rozciągają się niezwykle ważne osie widokowe, sięgające m.in. ścisłego Śródmieścia. Słowem: masztu nie da się przeoczyć, i o to chyba chodziło.

Władzy bardzo się spieszyło. Błyskawicznie wydano wszelkie potrzebne zezwolenia, pominięto zaś uciążliwe konsultacje społeczne. Zgodnie ze starą, sprawdzoną i wielokrotnie stosowaną regułą, że patriotyczne intencje wyłączają zdroworozsądkowe myślenie, nikt nie zadał sobie trudu, by zastanowić się, jak bardzo ta nowa, ideologicznie słuszna dominanta zmieni pejzaż tej części miasta. Niestety, trudno uznać, że na lepsze.

Choć z drugiej strony, i nie stroniąc od ironii, można powiedzieć, że to wymarzone miejsce w stolicy na takie przestrzenne eksperymenty. Wszak maszt stanął w najbliższym sąsiedztwie reprezentującego styl wypasionego postmodernizmu Centrum Handlowego „Arkadia” oraz skleconego w stylu bieda-bajkowym najbrzydszego hotelu w kraju „Czarny Kot”. „Boh trojcu lubit”, i tak oto mamy trzy symbole typowych dla III RP architektoniczno-urbanistycznych absurdów w przestrzeni miast.

Maszt Wolności jest jeszcze jednym, smutnym symbolem. Absolutnej bezradności władz miejskich (nie tylko Warszawy) na pomysłowe, nowoczesne formy upamiętniania i hołdu. Potrafimy tylko tradycyjnie: ekspresyjny pomnik, flaga, orzeł, jednoznaczne, historyczne znaki. Realizm formy plus czytelna alegoria treści.

A przecież wystarczyłoby choć trochę podpatrzyć świat i przekonać się, jak we współczesny, godny i przejmujący sposób można czcić przeszłość i bohaterów. Przypomnę projekty, które zrealizowano już naprawdę jakiś czas temu i okazały się „strzałem w dziesiątkę”: Vietnam Memorial w Waszyngtonie (1981), Monument dla pomordowanych Żydów w Berlinie, Monument 7/7 w Londynie. Czy ostatni przykład, także ze stolicy Wielkiej Brytanii – dywan wokół Tower ułożony z 888 tys. porcelanowych maków symbolizujących żołnierzy poległych w I wojnie światowej.

My jednak musimy obejść się rekordowym słupem (skojarzenie z Chrystusem ze Świebodzina niepozbawione sensu), wbitym gdzie popadło.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną