Miller, siadając do stołu z Kaczyńskim, zanegował istotę III RP

SLD więcej musi
Od czasu do czasu podejrzewano SLD, że gdzieś tam po cichu i na zapleczu kalkuluje możliwość współpracy z PIS po kolejnych wyborach parlamentarnych. Leszek Miller wydawał się jednak stanowczy i klarowny – z PiS nigdy, bo to jest partia antysystemowa, bo ma na sumieniu śmierć Barbary Blidy… A teraz?
SLD/Facebook

Jak to Leszek Miller w panice po przegranych wyborach samorządowych wkręcił się w awanturę antysystemową razem z Jarosławem Kaczyńskim – można opowiadać na różne sposoby. I tak się po prawdzie dzieje. A to, że to jest rozpaczliwy sposób na przykrycie klęski SLD, a to, że jest to osobista gra przewodniczącego Sojuszu, zagrożonego wewnątrz partii rachunkiem za tę klęskę.

Kiedyś Ewa Milewicz napisała pamiętne słowa, że Sojuszowi Lewicy Demokratycznej – ze względu na pamięć przeszłości i ciężar win historycznych – we współczesnej, wolnej i demokratycznej Polsce mniej wolno. Że musi miarkować swoje ambicje i swoje gry, niejako wkupywać się do nowej rzeczywistości, codziennie przekonywać opinię publiczną, że jak najbardziej pasuje do tej nowej Polski, że ją szanuje i podporządkowuje się jej porządkom. Coś było do rzeczy.

I w sumie, trzeba przyznać, że ogólnie oceniając rolę tej formacji w minionych dziejach III RP, kierowanej przez takie postaci jak Aleksander Kwaśniewski, Józef Oleksy, Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz i oczywiście Leszek Miller, ta ocena wypada pozytywnie, nawet bardzo pozytywnie. Postkomuniści pokazali, że nie tylko zmieścili się w tej Rzeczpospolitej, ale ją także budowali, pomagali w integracji z Europą, w polityce gospodarczej. I w ogóle. Oczywiście mieli fatalny koniec swoich rządów zakończonych aferą Rywina. Jednak nawet z tą porażką mieścili się w jakiejś średniej porażek politycznych kolejnych ekip rządzących Polską po 1989 r.

Teraz Leszek Miller tę prawdę, tę legendę wyrzucił na śmietnik. Siadając do stołu razem z Jarosławem Kaczyńskim, razem z IV RP, zanegował istotę Trzeciej RP, która tym się charakteryzuje, że nigdy nie zgodzi się ze swoimi zaciekłymi wrogami, bo oni zagrażają jej demokratycznej istocie. Od czasu do czasu podejrzewano SLD, że gdzieś tam po cichu i na zapleczu kalkuluje możliwość współpracy z PIS po kolejnych wyborach parlamentarnych. Pamiętamy, jak poprzedni przewodniczący partii, Grzegorz Napieralski, robił tajemnicze miny i wzbraniał się przed daniem jasnej odpowiedzi, czy taki wariant jest w ogóle możliwy. Dochodziły głosy, że zwłaszcza działacze młodszego pokolenia poważnie rozważają możliwości koalicji z PiS, wedle niby normalnych reguł gry politycznej.

Leszek Miller w odróżnieniu od swojego poprzednika wydawał się bardziej stanowczy i klarowny – z PiS nigdy, bo to jest partia antysystemowa, bo ma na sumieniu śmierć Barbary Blidy… Ta lista zastrzeżeń i oskarżeń była długa. Brzmiało to dość wiarygodnie, zwłaszcza że mówił to polityk na pewno wybitny i na pewno bardzo już doświadczony. Jeden z tych, którzy przeprowadzili – umownie mówiąc – komunistów przez postkomunizm do pełnej demokracji i wolności.

Takiego obrazu i takich wartości należało pilnować jak obrazu świętego, po to choćby, żeby dobrze się on osadził w podręcznikach historii. Po to, by można było odwołać się politycznie do tej legendy, coś na niej próbować budować, choć nie jest dzisiaj łatwo, co pokazują wyniki wyborów samorządowych. Pokazać, że SLD nie tylko musi, bo musi, ale też że po prostu już – tę Polskę – lubi.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj