Start kampanii Bronisława Komorowskiego: Prezydent jest sobą i emanuje energią

Niedźwiedź się obudził
Początek właściwej kampanii Bronisława Komorowskiego jest bardzo dobry. Prezydent nie przesadza, nie grzeje, jest sobą.
Konwencja wyborcza prezydenta Bronisława Komorowskiego w halach Expo w Warszawie. Później prezydent wyjeżdża „bronkobusem” w trasę po Polsce.
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Konwencja wyborcza prezydenta Bronisława Komorowskiego w halach Expo w Warszawie. Później prezydent wyjeżdża „bronkobusem” w trasę po Polsce.

Nie ukrywam, że na ten urząd popieram urzędującego prezydenta, że żaden inny kandydat, żadna kandydatka nie mają tych walorów, które ma Bronisław Komorowski. Za którym przemawia dorobek i styl pierwszej kadencji, za którym przemawiają – wedle mojej oceny – wszystkie te cechy, które są powodem drwin i szyderstw konkurentów i oszalałych z nienawiści internautów. Jowialność, a czasami wręcz rubaszność, niespieszność, dostojność, trochę nauczycielski ton, niezręczności i gafy, ale przecież nigdy nieprzekraczające pewnego poziomu smaku i tonu, więc raczej wywołujące życzliwy uśmiech niż wstyd – w sumie przybliżające prezydenta do przeciętnego, szarego Polaka.

I potwierdzona odpowiedzialność najwyższej próby politycznej, pielęgnowany majestat sprawowanego urzędu, budzący szacunek namysł nad kwestiami spornymi w polskiej polityce. Wszystko to obywatele wysoko szacują w sondażach badających popularność prezydenta i stopień zaufania do niego. Przede wszystkim zapewne dlatego, że Bronisław Komorowski jest odbierany jako polityk na serio, jako – można powiedzieć – polityk prawdziwy, a nie sztucznie ożywiony, pobudzony marketingowo, wymyślony przez sztab wyborczy.

Widać tę sztuczność zwłaszcza u głównego konkurenta, bo wysuwanego przez największą formację opozycyjną, czyli przez PiS. Inni kandydaci w tej walce nie liczą się na serio, choć grają jakieś swoje gry, osobiście lub na rzecz partii, które reprezentują. Liczą się tylko Bronisław Komorowski i Andrzej Duda, co naturalnie wymusza porównania jeden do jednego.

Nie ukrywam, że Andrzej Duda mnie nie zachwyca, nie tylko dlatego, że stoi za nim idea IV RP, że stoi za nim Jarosław Kaczyński. Dlatego że, co by Andrzej Duda nie mówił, jak by się nie wysilał, nie ukryje przecież, że jego wybór oznacza rewitalizację mitów smoleńskich i teorii spiskowych, uaktywnienie ponowne Antoniego Macierewicza i innych aktywistów PiS. Tzw. merytoryka (ukochane słowo profesora Glińskiego, na poprzednim etapie pełniącego dzisiejszą funkcję Dudy) kampanii kandydata Kaczyńskiego na prezydenta jest chaotyczna, ułożona wedle marszruty sztabowej, wychodząca poza prerogatywy prezydenckie. Jest mizerna, zasłonięta pozami i minami, obsypana konfetti, a przede wszystkim – nieszczera i sztuczna. Nie rozumiem zachwytów, jakie towarzyszą tej kampanii, a wygłaszane są przez wielu tzw. obiektywnych komentatorów.

Prezydent prowadził swoją kampanię przed wyborami prezydenckim w 2015 roku od lat. Swoją pierwszą kadencją pracował i pracuje na kadencję drugą. Przecież oczekiwano, że powinien ruszyć na pełen gaz teraz, za pięć dwunasta, i nie dać się przegonić Andrzejowi Dudzie. Narzekano, że prezydent śpi, że mu się nie chce, że zdaje się oczekiwać, że tak czy inaczej zwycięstwo ma gwarantowane.

I proszę bardzo, ruszył, a bronkobusy objadą cały kraj. Początek tej właściwej kampanii jest bardzo dobry, ma ona swój rozmach, jest nowoczesna, sądząc po tej pierwszej odsłonie, a prezydent korzystając z dobrze dobranej formy, świetnie dopasowuje do niej treść. Nie przesadza, nie grzeje, jest sobą, potwierdza pozytywne opinie o tej prezydenturze, a też emanuje energią, właściwą politykowi co prawda dojrzałemu, ale przecież temu, któremu nie brak sił i któremu jeszcze się bardzo chce.

Inauguracyjne wystąpienie Bronisława Komorowskiego opatrzone było nadrzędnym hasłem: „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo”, które było nowym wariantem hasła sprzed pięciu laty: „Zgoda, która buduje”. Hasło to zostało i uzasadnione, i rozwinięte, przybrało postać wielkiego programu modernizacji Polski. W wielu dziedzinach, które wytyczają priorytety polskiej polityki, tak jak je widzi urzędujący prezydent.

Punktami orientacyjnymi – takim tytułami rozdziałów tej księgi priorytetów – były przede wszystkim nowoczesna gospodarka, silne państwo, sojusze, silna armia. Ta księga miała horyzont wieloletni, na dziesięć lat do przodu. Była też zapisem dotychczasowych prac i osiągnięć urzędu prezydenckiego, jak też tych przyszłych. Były liczne przykłady, również zapowiedź, że w kolejnych swoich kampanijnych wystąpieniach prezydent odniesie się bardziej szczegółowo do wielu kwestii, które na razie tylko naszkicował.

Najważniejszy był styl tego wystąpienia, zarysowanie metody politycznej. Prezydent niezwykle mocno podkreślał konieczność poszukiwania zgody, wspólnotowych racji i jedności w sprawach fundamentalnych dla Polski i Polaków, dla ich poczucia bezpieczeństwa. Wyraźnie, choć elegancko odnosił się do populizmu głównego rywala w kampanii, dystansował od zapowiedzi chaotycznych eksperymentów politycznych i społecznych. Mówił o potrzebie spokojnej i o reformatorskiej kontynuacji polityki dotychczasowej. Za groźną uznał ideę zmian rewolucyjnych.

To było dobre przemówienie. Niedźwiedź obudził się, poczuł wiosnę.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną