Przedpomniczek
Naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby pomnik smoleński stanął w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu.

Wsparłem się nawet opinią specjalisty, któremu ufam. Metodą palpacyjno-spirytystyczną skontaktowałem się z moim praprzodkiem Danielem Tymem. Jako ludwisarz królewski na dworze Władysława IV już 370 lat temu odlewał on statuę Zygmunta III Wazy. Wiem, o co ci chodzi – powiedział – o zgodę narodową, więc miejscem się nie przejmuj. Dobry pomnik może stać wszędzie. Pamiętaj tylko, że… I tu kontakt się urwał. Co chciał powiedzieć dalej? Pamiętaj tylko, że to nie będzie dobry pomnik? I że on tego gigantycznego rowu dzielącego Polskę nie zasypie? A może więcej – że jeszcze go pogłębi?

Jarosław Kaczyński żąda Krakowskiego Przedmieścia. Ale przecież to tylko wstępny pic, przystaweczka. Daniem głównym – nie do przełknięcia – stałaby się treść inskrypcji na pomniku. Czy ktoś może sobie wyobrazić „dyskusję” na ten temat? Bo przecież wiadomo, że musiałby to być napis ze szczerego złota, tak szczerego jak pisane nim słowa: śp. prezydent Lech Kaczyński poległ w zbrodniczym zamachu rosyjskich służb, zginął śmiercią męczeńską za ojczyznę, jest bohaterem tysiąclecia. A można jeszcze dodać, że nie zginął w żadnym tam Smoleńsku, lecz w Katyniu. Tak przecież napisano na sarkofagu ostatniego prezydenta II RP Ryszarda Kaczorowskiego, pochowanego w mojej ulubionej Świątyni Opatrzności Bożej: „10. IV. 2010 Katyń”.

Prezes PiS w piątą rocznicę katastrofy domagał się, by „prawda, którą odkrywa Macierewicz”, znalazła się w państwowych dokumentach i podręcznikach szkolnych. Jaka prawda? Że Lech Kaczyński zginął z rąk uczniów Lenina, Stalina, Dzierżyńskiego i Berii? Że musiał zginąć, bo był dla Putina przeszkodą nie do przejścia na drodze do odbudowy Związku Radzieckiego? Że nie byłoby aneksji Krymu i agresji na Ukrainę, bo „tragedia smoleńska to pierwsza salwa wymierzona w pokój światowy w Europie”. Może warto by, nie tylko z powodów ideowych, ale i architektonicznych, poprzedzić główny pomnik przedpomnikiem i w bazaltowej skale wyryć te słowa Antoniego Macierewicza.

Wdowa po dowódcy polskich Sił Powietrznych gen. Andrzeju Błasiku udzieliła wywiadu „Gościowi Niedzielnemu”, największemu katolickiemu tygodnikowi w Polsce. Wyznała w nim, że już przed wylotem delegacji do Smoleńska krążyły informacje „o planowanym zamachu na jakiś europejski statek powietrzny”. Jej mąż o tym wiedział. A skoro tak – zapytam – to dlaczego zgodził się zabrać na pokład samolotu dowódców wszystkich rodzajów sił zbrojnych? Bo w kupie raźniej?

To jest właśnie odkrywanie prawdy o Smoleńsku metodą Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście partyjnej prawdy. Pisowskiej. Agitowanie kolejnych osób, by przeszły na idiotyzm, jest taktyką zrozumiałą – przecież zawsze parę osób się nawróci, a parę dojdzie do wniosku, że jednak warto mieć wątpliwości.

Podobno miał je nawet św. Józef, gdy się dowiedział od swojej żony Marii, że będą mieli dziecko.

Beneficjentów wiary w zamach jest w Polsce około 20 tys., bo tylu jest posiadaczy pisowskich legitymacji. To nadzwyczajne, że od pięciu lat próbują nas tak kołować ludzie, którzy zmieściliby się na widowni niewielkiego powiatowego stadionu. Przypuszczam zresztą, że połowa z nich, a może i trzy czwarte, robi to wyłącznie dla różnych, nazwijmy to delikatnie, korzyści.

Cała nadzieja w tym, że stadionik ten powoli zarośnie tradycyjną polską lebiodą i pokrzywami.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną