Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kraj

Czego posłowie już nie uchwalą: związki partnerskie, suwaki i mandaty poselskie

Ewelina Lach / materiały prasowe
Do końca kadencji zostały już tylko trzy posiedzenia – 25 dni poselskiej pracy. Na trzy ważne, hucznie zapowiadane ustawy najpewniej zabraknie czasu.

Gdzie projekt o związkach partnerskich?

Ewa Kopacz na swojej studniówkowej konferencji prasowej oświadczyła, że „projekt o związkach partnerskich jeszcze do końca kadencji pojawi się na sali obrad”. Dziennikarze nieszczególnie ją w tej kwestii naciskali, ale zdążyła złożyć tę deklarację.

W styczniu rzeczniczka rządu Małgorzata Kidawa-Błońska – z równie dużą pewnością – mówiła w Radiu TOK FM: „Klub PO w niedługim czasie zajmie się projektem ustawy w sprawie związków partnerskich”. Dodała, że projekt jest gotowy od kilku miesięcy. Opracowali go wspólnie poseł PO Artur Dunin i wiceminister sprawiedliwości Jerzy Kozdroń.

A jeszcze wcześniej, bo przed wyborami parlamentarnymi w 2011 r., i Donald Tusk dawał nadzieję: „Chyba nie będzie piekła, jeżeli damy sobie kilka miesięcy czasu, aby te kwestie spokojnie i precyzyjnie uregulować”. Czasu minęło sporo, a ustawy jak nie było, tak nie ma.

Tymczasem Platforma nie musi nawet składać swojego projektu, bo u Marszałka Sejmu czeka już projekt Twojego Ruchu. Ale posłowie (m.in. głosami PO) na ostatnim posiedzeniu w zeszłym roku nie chcieli go wprowadzić do porządku obrad (zobacz, kto i jak zagłosował).

Projekt TR przewiduje m.in.: prawo do otrzymywania informacji i decydowania o sobie nawzajem w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia, prawo do pochówku zmarłego partnera, prawo do najmu lokalu po śmierci partnera, wspólne rozliczanie podatku, wspólnotę majątkową, prawo do świadczeń socjalnych po zmarłym, zwolnienie z podatku od spadku i darowizny. Nakłada na partnerów obowiązek wzajemnej troski, opieki i działania na rzecz dobra związku. Daje możliwość dochodzenia alimentów po rozstaniu. Nie reguluje kwestii adopcji dzieci.

Jak ustaliliśmy, w otoczeniu Ewy Kopacz zapadła decyzja, by w tej kadencji Sejmu ustawy o związkach partnerskich nie było. Wygląda więc na to, że pani premier rzuciła obietnicę bez pokrycia. – Jeśli chodzi o pokazanie naszej otwartości, niezależności od Kościoła i pewnego rodzaju światopoglądowej odwagi i nowoczesności, to postawiliśmy na załatwienie sprawy in vitro, i ustawa ta zostanie uchwalona do końca kadencji. Przeprowadziliśmy też konwencję antyprzemocową. Nie będziemy rozniecać kolejnej wojny światopoglądowej – mówi współpracownik Kopacz.

Co z poselskim immunitetem na drodze?

Od ponad dwóch lat (a konkretnie od 20 lutego 2013 r.) czeka w Sejmie projekt ustawy, umożliwiającej karanie mandatami posłów i inne osoby objęte immunitetem (senatorów, prokuratorów, szefa IPN, GIODO oraz rzecznika praw dziecka).

Ewa Kopacz, która była inicjatorką projektu o zniesieniu immunitetu w przypadku wykroczeń drogowych, mówiła, że marzy się jej, by do końca tej kadencji projekt wyszedł z parlamentu. Marzenie pozostanie w sferze marzeń niespełnionych. Komu i dlaczego się nie spieszy?

Projekt trafił do dwóch sejmowych komisji, potem zajęła się nim specjalnie powołana podkomisja, która nie zmieniła go ani o przecinek. I to by było na tyle, bo nic się dalej z tym projektem nie dzieje. „Na litość boską, załatwmy to raz na zawsze!” – grzmiał z trybuny sejmowej Eugeniusz Kłopotek (PSL) podczas pierwszego czytania projektu. Posłom się jednak nie spieszy.

Dziś, zgodnie z prawem, posłowi złapanemu na gorącym uczynku policjant nie może wypisać mandatu. Musi za to wypełnić wniosek do swojego przełożonego, ten z kolei do komendanta wojewódzkiego, a ten do prokuratora generalnego, który zwraca się do marszałka Sejmu o uchylenie immunitetu zatrzymanemu na drodze posłowi. Potem sprawa wraca na policję.

Projekt miał skrócić tę drogę: poseł mógłby przyjąć mandat jak każdy inny kierowca lub skorzystać z dotychczasowej procedury. Dziś wielu parlamentarzystów deklaruje, że gdyby tylko mogło, przyjęłoby mandat. Ale jako wyborcy chętnie powiedzielibyśmy: sprawdzam.

POLITYKA pisała już o czterech pismach Ewy Kopacz, która jeszcze jako marszałek Sejmu dopominała się „kalendarza prac nad tą ustawą”, a w piśmie z 9 kwietnia zeszłego roku prosiła „o pilne przedstawienie informacji, na jakim etapie prac legislacyjnych znajduje się projekt”. Miesiąc później poseł Maciej Mroczek (TR) odpowiedział, że komisja postanowiła wystąpić o dodatkowe opinie. Dodatkowe opinie już dawno trafiły do Sejmu, ale i to nie przyspieszyło prac.

Posłowie nie uchwalą więc „mandatowej” ustawy w tej kadencji. Poprzednia inicjatywa w tej sprawie wysunięta w 2010 r. jeszcze przez marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego nie znalazła poparcia koalicyjnego PSL. Marszałek Ewie Kopacz też się nie udało. I nie uda się Radosławowi Sikorskiemu.

Kto zepsuł suwak na listach wyborczych?

Jak pamiętamy, Donald Tusk już jesienią 2012 r., podczas IV Kongresie Kobiet, obiecał, że listy wyborcze do parlamentu będą tworzone poprzez naprzemienne umieszczenie nazwisk kobiet i mężczyzn. To metoda „suwakowa”: „Tak aby miejsca biorące były nie tylko dla facetów” – uzasadniał Tusk.

Projekt, który wprowadzał suwaki do Kodeksu Wyborczego, wpłynął do Sejmu na początku 2013r., złożyła go Parlamentarna Grupa Kobiet. – Już na pewno nie będzie obowiązywał na najbliższe wybory parlamentarne, bo przecież zgodnie z wytycznymi Trybunału Konstytucyjnego nie wolno zmieniać prawa wyborczego na pół roku przed ogłoszeniem wyborów – mówi Waldy Dzikowski (PO), sprawozdawca komisji sejmowej, która już skończyła prace nad projektem.

Teraz ustawa powinna trafić pod ostateczne głosowanie na posiedzeniu Sejmu. Dzikowski dodaje, że będzie rozmawiał z premier Ewą Kopacz nad dalszymi pracami i ma nadzieję, że jeszcze w tej kadencji suwaki zostaną wpisane do prawa wyborczego. Ale gdy polityk tylko „ma nadzieję”, to trudno o optymizm.

Niestety, opinia prawna zamówiona przez posłów u głównego specjalisty ds. legislacyjnych w Biurze Analiz Sejmowych też nie jest dla projektu łaskawa. Parytety, kwoty i suwak „naruszają konstytucyjną zasadę autonomii partii politycznych, zasadę wolności wyborów, jak i wynikają z nadinterpretacji zasady równości wobec prawa i równości płci” – napisał dr hab. Krzysztof Skotnicki.

PO nieoficjalnie przyznaje, że projekt, który opracowała komisja, jest źle skonstruowany. Zakłada, że na listach wyborczych nazwiska kobiet i mężczyzn byłyby umieszczane naprzemiennie do 10. miejsca na listach.

Utrzymane miałyby zostać obecnie obowiązujące 35-proc. kwoty na listach (obowiązek umieszczania minimum 35 proc. nazwisk kobiet i mężczyzn). Okazuje się, że zachowanie suwaka i kwoty spowodowałoby nierówne zasady konstruowania list.

Chodzi o to, że w wyborach do Sejmu maksymalna i minimalna liczba kandydatów umieszczanych na listach zależy od liczby mandatów do zdobycia w danym okręgu. – W przypadku okręgów kilkumandatowych, gdzie do zdobycia jest na przykład tylko osiem mandatów, może się zdarzyć, że na liście zamiast 35 proc. kwoty obowiązywałby de facto parytet: połowa miejsc dla kobiet, połowa miejsc dla mężczyzn – tłumaczy Dzikowski. Pomysł na rozwiązanie tej sytuacji jest taki, aby przez Sejm przeszedł przepracowany już w komisji projekt. Senat miałby go później poprawić.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że politykom niespecjalnie zależy na tych suwakach. – Wiele na to wskazuje, ale poprawność polityczna i zabieganie o głosy środowisk kobiecych nie pozwalają o tym głośno mówić – zauważa anonimowo polityk PO. Prawdziwym testem tych intencji będzie to, jak partie ułożą listy wyborcze na najbliższe wybory.

Tusk mówił, Kopacz robi?

Pomysł w otoczeniu pani premier na nią samą jest taki, że choć może nie ma charyzmy Tuska, to potrafi podejmować trudne decyzje. Chodzi o wywołanie takiego wrażenia: Tusk dużo i dobrze mówił, a Kopacz przede wszystkim działa. To prawda, że dopięła swego w sprawie konwencji antyprzemocowej, a Sejm zakończy najpewniej prace nad ustawą o in vitro. Trzy opisane wyżej ustawy też dałoby się przeprowadzić przez Sejm – ale brak politycznej woli.

Platforma z dumą je zapowiada, a dziś zawodzi oczekiwania. Ustawa o związkach partnerskich, o mandatach czy o suwakach na listach wyborczych to mogą być papierki lakmusowe zdolności PO do nowego zdefiniowania samej siebie. Doprowadzenie tych spraw do finałów dowiodłoby, że Platforma to partia otwarta, nowoczesna i odważna. Takiego dookreślenia właśnie teraz jej potrzeba, zwłaszcza w kontekście popadającej w niebyt lewicy.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną