Kraj

Do czego służy prezydent

Jakie są kompetencje polskiej głowy państwa

Wraz z upływającym czasem widać, że wybory Polaków były jednak w większości racjonalne. Wraz z upływającym czasem widać, że wybory Polaków były jednak w większości racjonalne. Jan Bielecki / EAST NEWS
Na koniec kampanii warto byłoby sobie przypomnieć, kogo i po co wybieramy.
Wybieramy prezydenta z każdą kadencją bogatsi o nowe doświadczenia, gdy chodzi o sposób i styl sprawowania tego urzędu.Kacper Pempel/Reuters/Forum Wybieramy prezydenta z każdą kadencją bogatsi o nowe doświadczenia, gdy chodzi o sposób i styl sprawowania tego urzędu.
Prezydent jest stabilizatorem sytuacji politycznej; gdy partie szaleją, on może tonować nastroje.Krystian Maj/Forum Prezydent jest stabilizatorem sytuacji politycznej; gdy partie szaleją, on może tonować nastroje.

Artykuł w wersji audio

Nad polską polityką od kilku lat ciąży stwierdzenie Donalda Tuska, który tłumacząc, dlaczego woli być premierem, niż kandydować na urząd prezydenta, nazwał głowę państwa strażnikiem żyrandola. Było to porównanie nie dość, że niefortunne, to nieprawdziwe. W polskim systemie politycznym prezydent ma władzę realną, choć ograniczoną. Ma ona w dużym stopniu charakter negatywny, bo prezydent może skutecznie torpedować politykę rządu, nie ponosząc praktycznie żadnej odpowiedzialności – dysponuje trudnym do oddalenia wetem, ma możliwość odesłania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego przed lub po jej podpisaniu. Ale głowa państwa ma też duże pole do działań pozytywnych, inspirujących: ma prawo do inicjatywy ustawodawczej i cały katalog prerogatyw osobistych, które nie wymagają kontrasygnaty premiera lub ministrów.

Prawda, że wiele z nich ma charakter reprezentacyjny, uroczysty, ceremonialny, podnoszący rangę różnych wydarzeń, ale i w nich zawarte są istotne dla polityki państwa elementy. Czyż polityka przyznawania orderów, odznaczeń nie świadczy o tym, jakie wartości i zachowania społeczne państwo, którego prezydent jest najwyższym reprezentantem, preferuje? Czy możliwość powoływania własnych ministrów w kancelarii nie wyznacza, właśnie dzięki doborowi konkretnych osób, jego priorytetów i tym samym woli wpływania na działania rządu i wizerunek państwa? Dorzućmy jeszcze Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, które jest naturalnym miejscem powstawania różnych strategii bezpieczeństwa państwa i dyskusji nad nimi. Jest w tym pakiecie ogólne zwierzchnictwo nad wojskiem realizowane wspólnie z ministrem spraw zagranicznych, ale dające prezydentowi możliwość wpływania na decyzje kadrowe czy nawet forsowania własnych kandydatur.

I wreszcie powoływanie rządu. Gdy Sejm w kolejnych podejściach nie jest w stanie wyłonić gabinetu, do prezydenta należy ostatni ruch: to on powołuje rząd, który już nie musi mieć parlamentarnej większości. W ten właśnie sposób powstał gabinet premiera Marka Belki, do dziś uważany przez wielu za jeden z najciekawszych, rzeczywiście próbujący odpartyjnić państwo i prowadzący politykę finansową, która pozwoliła na przekazanie sporej budżetowej nadwyżki następcom z PiS. Prezydent jest więc także stabilizatorem sytuacji politycznej; gdy partie szaleją, on może tonować nastroje.

Pomysły i spory

Mało kto już pamięta, że pomysł powszechnych wyborów prezydenckich, dzisiaj oczywisty, krążył nieśmiało na początku 1990 r. po politycznych kuluarach i właściwie nie był wtedy poważnie traktowany. Został przekuty w czyn dopiero przez wyłonioną z dzielącego się ruchu Solidarności partię Ruch Obywatelski – Akcja Demokratyczna (ROAD) jako sposób na wyniesienie do prezydentury Tadeusza Mazowieckiego. Mazowieckiego nie wybrano, przegrał nawet ze Stanem Tymińskim, ale powszechne wybory prezydenta w konstytucji pozostały.

Po 1989 r. przeżyliśmy zalew projektów konstytucji różnych ugrupowań, komisji powoływanych w Sejmie i Senacie. Spierano się aż do 1997 r. Trzeba było czekać na tak zwany moment konstytucyjny, czyli czas, aby w parlamencie zebrać większość zdolną uchwalić nową konstytucję, która w dodatku musiała przejść próbę referendum ogólnokrajowego.

Polską prezydenturę w ciągu 25 lat regulowały więc kolejno: zmiany w peerelowskiej konstytucji wprowadzone umową Okrągłego Stołu, która ustanowiła urząd prezydenta, mającego głównie funkcje reprezentacyjne i wybieranego przez Zgromadzenie Narodowe. Potem była nowelizacja z 1990 r. wprowadzająca powszechne wybory prezydenckie, następnie tak zwana mała konstytucja z 1992 r., która zmieniała relacje między prezydentem, rządem i parlamentem, ale także samorządem. I wreszcie konstytucja z 1997 r., która system uporządkowała, co nie znaczy, że wyjaśniła co do przecinka wszystkie problemy, zwłaszcza w relacjach w obrębie władzy wykonawczej, której prezydent jest częścią. Konstytucja tworzy ramy, które zawsze konkretną treścią wypełniają uczestnicy życia politycznego. To od ich kultury politycznej, ambicji i cech osobistych zależy kształt prezydentury w poszczególnych kadencjach.

Na kształcie małej konstytucji zaciążyła osobowość Lecha Wałęsy, który nie mieścił się w gorsecie skrojonym dla Wojciecha Jaruzelskiego, ale też prezydentura Wałęsy zaciążyła na kształcie konstytucji z 1997 r. Obwiniano go, najczęściej niesłusznie, o chęć zniszczenia demokracji, ale taki był akurat etap politycznej walki. Jeżeli więc w 1992 r. dodano prezydentowi uprawnień, i to nie byle jakich, bo miał nawet prawo zwoływania Rady Ministrów, a także prawo opiniowania kandydatów na ministrów w resortach obrony narodowej, spraw zagranicznych i spraw wewnętrznych, to w 1997 r. te uprawnienia odebrano. Wałęsa bowiem z prawa do opiniowania uczynił prawo do wskazywania konkretnych osób, skutkiem czego powstały tak zwane resorty prezydenckie. Co koalicjanci – zwłaszcza z SLD i PSL – przełykali, nie chcąc wchodzić w spory z głową państwa mającą mocną legitymację. Nie tylko wyborczą, ale także tego, który obalił komunizm.

Zamiast możliwości zwoływania rządu wprowadzono prawo do zarządzania posiedzeń Rady Gabinetowej, której znaczenie jest niewielkie i traktowane jest jako lekkie upomnienie rządu przez prezydenta. Lech Wałęsa rozepchnął się jeszcze bardziej, przełamał bowiem nawet obowiązek kontrasygnaty (decyzja prezydenta musi mieć podpis premiera), odwołując Marka Markiewicza ze stanowiska szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Zastosował taktykę faktów dokonanych, bo choć później tę decyzję zakwestionował sąd, Markiewicz na stanowisko nie wrócił. Następcy już nie próbowali mocować się z kontrasygnatą, choć szukali różnych dróg do poszerzania prezydenckich uprawnień.

Na miękko i na twardo

Po erze Wałęsy, czyli po 1995 r., przyszedł czas względnej stabilizacji. Aleksander Kwaśniewski był prezydentem kompromisu, a więc dość dobrze wpisywał się w ton konstytucji, której patronował. Konstytucja wprawdzie dzieli władzę wykonawczą między prezydenta a rząd, ale podmiotem zdecydowanie wiodącym czyni rząd. Od prezydenta wymaga umiejętności negocjacji, postawy koncyliacyjnej, powściągliwości. Wtedy działają właśnie owe „miękkie środki sprawowania władzy”, którymi może oddziaływać prezydent, nieco zdystansowany od własnego politycznego zaplecza, szukający sojuszników w innych obozach i różnych środowiskach.

Kwaśniewski potrafił być twardy i gdy widział szansę powodzenia weta, to je wykorzystywał na korzyść swego politycznego środowiska. Zablokował przecież reformę podatkową Leszka Balcerowicza (potem przyznał, że to był jego błąd), a także reprywatyzację, która mogła zrujnować finanse publiczne. Pomógł SLD storpedować reformę administracyjną zaproponowaną przez rząd Jerzego Buzka i nie dopuścić do powstania 12 dużych regionów. Ale w wielu sprawach, i to zasadniczych (reforma służby zdrowia, systemu emerytalnego), dogadywał się z rządem o solidarnościowym rodowodzie. Nie było też sporów o politykę zagraniczną, przyjęło się, że domena prezydenta to NATO, a premiera – Unia Europejska. Zresztą przez długi czas cele były wspólne, czyli akcesja do UE i wygranie referendum, które o tym decydowało. Z premierem Leszkiem Millerem też się spierał (słynna „szorstka” przyjaźń), ale tłem była bardziej przyszłość lewicowej formacji, którą Kwaśniewski stworzył, a Miller już zgromadzony kapitał trwonił, niż polityka gospodarcza czy społeczna. W każdym razie za prezydentury Kwaśniewskiego system współdziałania rządu z prezydentem, mimo okresowych zgrzytów, okrzepł.

Zdecydowanie zachwiał się, gdy prezydentem został Lech Kaczyński, który chciał zostać czynnym budowniczym IV RP także w czasie, kiedy PiS już przestał rządzić, a temu konstytucyjne ograniczenia przeszkadzały. Zderzyły się wszak dwie różne wizje państwa, dwa różne sposoby uprawiania polityki. I rzecz dotyczyła nie tylko relacji z rządem, ale też z różnymi środowiskami, niepowoływanie sędziów, niewręczanie profesorskich nominacji stało się normą, zwlekanie z decyzjami personalnymi w innych sferach też.

Pośpiech był tam, gdzie był interes PiS, jak choćby przy błyskawicznej wymianie KRRiT, aby zawładnąć mediami publicznymi. Nie bacząc na ewidentną niezgodność z konstytucją, co potem potwierdził Trybunał Konstytucyjny, prezydent Kaczyński stosowną ustawę podpisał. W każdym razie lata 2007–10 to czas najgorszych relacji w obrębie władzy wykonawczej. Apogeum nastąpiło w październiku 2008 r. przy okazji szczytu Unii Europejskiej, kiedy to prezydent postanowił stanąć na czele delegacji i byliśmy świadkami żenującego „sporu o krzesło” w Brukseli. Prezydent dotarł na szczyt wyczarterowanym samolotem, triumfalnie zajął miejsce obok premiera Tuska, ale po 10 minutach jednak wyszedł. To ta sytuacja sprawiła, że premier zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem, kto ma decydować o składzie delegacji na unijne szczyty.

Był to pierwszy i jedyny dotychczas spór kompetencyjny w obrębie władzy wykonawczej, który dotarł aż do TK. Trybunał potwierdził, że politykę zagraniczną prowadzi rząd, na szczytach unijnych stanowisko rządu prezentuje premier, prezydent może uczestniczyć, ale nie może prezentować innego niż rząd stanowiska. Trybunał dał wprawdzie prawo do krzesła, ale zamknął prezydentowi usta, podkreślając jednocześnie konieczność współdziałania. Ten postulat zaadresował właśnie do prezydenta. Lech Kaczyński już więcej na szczyty unijne nie jeździł.

Władzy za dużo czy za mało?

Spory z prezydentem Lechem Kaczyńskim wywołały jednak dyskusję na temat potrzeby zmian w konstytucji, głównie w kwestii relacji prezydent–rząd i generalnym postulatem było wzmocnienie pozycji rządu. Premier Tusk zapowiedział nawet własny projekt zakładający powrót do wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe. Byli prezesi Trybunału Konstytucyjnego – Andrzej Zoll, Marek Safjan i Jerzy Stępień – także zaproponowali rezygnację z wyborów powszechnych i odebranie prezydentowi prawa weta, a więc zmierzanie w kierunku systemu kanclerskiego, ale dyskusja zanikła, zanim się rozwinęła.

Bronisław Komorowski nie ćwiczył kohabitacji z obcym politycznie rządem, więc teoretycznie miał łatwiejsze od poprzedników zadanie. Niemniej czasami zachowywał do rządu Tuska dystans, potrafił upomnieć za zbyt powolne tempo wdrażania reform. Jednocześnie budował własny model prezydentury, „opiekował” się świętami państwowymi, zajął się mocniej polityką historyczną. Marsze prezydenckie, kotyliony, docenianie różnych tradycji niepodległościowych (Piłsudski i Dmowski) stały się jego firmowym znakiem. Ponadto, jako były minister obrony narodowej, dobrze wpasował się w prezydenckie prerogatywy, walczył o 2 proc. budżetu na obronność, ostatnio stał się kimś w rodzaju patrona dla szefa MON Tomasza Siemoniaka.

Druga kadencja może być dla Komorowskiego jeszcze istotniejsza: nie ma już w krajowej polityce Donalda Tuska, z którego niejako poręki został Komorowski kandydatem w 2010 r. Teraz, jeśli wygra, będzie to zwycięstwo na własny rachunek. Rola Komorowskiego może więc wzrosnąć, zwłaszcza że sytuacja w samej Platformie nie jest stabilna, a pozycja Ewy Kopacz będzie zależna od wyniku PO w wyborach parlamentarnych. W takiej sytuacji Komorowski może być najsilniejszym i najbardziej stabilnym politykiem z kręgu Platformy. Jeśli zaś do władzy wróci PiS, stanie się jedynym bezpiecznikiem przed najbardziej radykalnymi pomysłami odnowionej IV RP. Będzie wtedy czwarta w dziejach III RP kohabitacja i zapewne nowe napięcia.

Zazwyczaj kiedy pojawiają się takie polityczne perturbacje, powraca temat zmiany konstytucji, ale momentu do poważnej refleksji nie ma i nie będzie. O tym decyduje nastrój polityczny. Dla zmiany konstytucji czy uchwalenia nowej potrzebne jest złagodzenie sporów i szukanie porozumienia, a u nas ciągle zakłada się najcięższe zbroje. Wybieramy więc prezydenta tak jak od lat, z każdą kadencją bogatsi jednak o nowe doświadczenia, gdy idzie o sposób i styl sprawowania tego urzędu. I wraz z upływającym czasem widać, że tych dobrych lat było zdecydowanie więcej niż złych, czyli wybory Polaków były jednak w większości racjonalne.

Polityka 19.2015 (3008) z dnia 05.05.2015; Temat z okładki; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Do czego służy prezydent"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną