Księstwo legnickie: matecznik Kukiza

Miedziane czoła
Ojczyzną Polaków oburzonych, uciśnionych i niedopłaconych jest Zagłębie Miedziowe, najbogatszy region kraju. Stawiają na Andrzeja Dudę i Pawła Kukiza. Kim są i jakiej chcą zmiany?
Paweł Kukiz wiele zawdzięcza księstwu legnickiemu.
Andrzej Lange/SE/EAST NEWS

Paweł Kukiz wiele zawdzięcza księstwu legnickiemu.

Prezydent Lubina Robert Raczyński
Piotr Dziurman/Reporter

Prezydent Lubina Robert Raczyński

Dzień Hutnika obchodzony przez pracowników KGHM. Panowie poprzebierani za bogaczy. Panie miały oddzielną imprezę.
Bartłomiej Kudowicz/Forum

Dzień Hutnika obchodzony przez pracowników KGHM. Panowie poprzebierani za bogaczy. Panie miały oddzielną imprezę.

W Lubinie – stolicy Zagłębia Miedziowego – mieszkańcy spekulują, na jakie rządowe stanowisko po jesiennych wyborach szykuje się prezydent miasta Robert Raczyński. Wicepremiera w rządzie PiS-Kukiz? A może ministra skarbu? To byłoby dobre rozwiązanie, bo ministrowi skarbu podlega koncern KGHM Polska Miedź, który ma siedzibę w Lubinie. Raczyński mógłby z Warszawy doglądać firmy, od której zależy dobrobyt miasta i całego Zagłębia. Oficjalna nazwa to Legnicko-Głogowski Okręg Miedziowy (LGOM), a ironicznie – księstwo legnickie. Raczyński jest kimś w rodzaju udzielnego książątka – rządzi w Lubinie nieprzerwanie od 2002 r. (wcześniej rządził w latach 1990–94).

Co do tego, że będzie posłem (nieistniejącej na razie) partii Pawła Kukiza i dostanie się do Sejmu, nikt w mieście nie wątpi. W końcu to on Kukiza wymyślił. Bez niego artysta nic by nie zdziałał. A tak, najpierw został radnym dolnośląskiego sejmiku (choć pochodzi z Opolszczyzny), potem efektownie błysnął w wyścigu o urząd Prezydenta RP, a teraz tworzy nowy ruch polityczny. Nie przypadkiem Kukiz swój wieczór wyborczy zorganizował w Lubinie. Przed drugą turą zapraszał Dudę i Komorowskiego na debatę, którą chciał sam poprowadzić w lubińskiej hali widowisko-sportowej. Tu również ma się ukonstytuować oficjalnie nowy twór polityczny – Ruch Pozytywnej Zmiany i Zdrowego Rozsądku (takiej nazwy używa Kukiz). To ma być taka partia-niepartia, która, jak zapowiada Kukiz, rozwali system.

Bo artysta jest zasadniczo przeciwny partiokracji. To też pomysł Raczyńskiego, który był już w Partii Chrześcijańskich Demokratów, potem w AWS, współtworzył też Polskę XXI Rafała Dutkiewicza. Ostatecznie doszedł do wniosku, że sam sobie stworzy ruch poparcia. Komitet Wyborczy Robert Raczyński Lubin 2006 zdobył w ostatnich wyborach 22 mandaty w 23-osobowej radzie miejskiej. Sam Raczyński już w pierwszej turze został prezydentem miasta przygniatającą większością i to po raz piąty. PiS – mimo silnych wpływów i ostrej krytyki Raczyńskiego – nie udało się przeforsować kandydata Krzysztofa Kubowa, choć przyjeżdżał wspierać go sam prezes Kaczyński. Raczyński stworzył też Komitet Wyborczy Bezpartyjni Samorządowcy, a właściwie przejął Obywatelski Dolny Śląsk Rafała Dutkiewicza. Bezpartyjni Samorządowcy z Kukizem jako oficjalnym liderem zdobyli kilka miejsc w sejmiku.

– To typ silnego przywódcy, który od lat buduje swój wizerunek na krytyce partii. Powtarza: jeśli coś mi nie wychodzi, to dlatego, że partie mi przeszkadzają. Hasło „winne są partie” okazało się na tyle skuteczne, że z kadencji na kadencję eliminował je z rady miejskiej. Zyskał też wpływy w radzie powiatu i sejmiku wojewódzkim. Teraz testuje ten pomysł wraz z Kukizem w skali kraju – wyjaśnia dr Marzena Cichosz, politolog z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Na razie Robert Raczyński się kryguje. Zapewnia, że nie wie jeszcze, czy będzie kandydował do Sejmu, choć już wszystkie partie proponowały mu miejsca na swoich listach. Skarży się, że rząd prześladuje Lubin za jego poparcie dla Kukiza. Ministerstwo Rolnictwa odmówiło przekwalifikowania gruntów wokół miasta, a bez tego nie uda się stworzyć specjalnej strefy ekonomicznej.

Sukces Raczyńskiego polega na stworzeniu specyficznego ekosystemu. Dzięki niemu może kontrolować miasto poprzez zaufanych ludzi rozlokowanych w magistracie i spółkach komunalnych. Lokalne media, zależne od miasta lub należące do niego, skutecznie go w tym wspierają. To sposób znany z wielu innych miast, jednak tu wyjątkowo skuteczny dzięki sporym pieniądzom, którymi dysponuje Lubin. W mediach krążą listy ludzi Raczyńskiego i ich krewnych (teraz to także po części ludzie Kukiza) wraz z informacjami o ich zarobkach. Aż trudno uwierzyć, że w powiatowym mieście spółki komunalne mogą płacić wynagrodzenia przekraczające grubo 20 tys. zł miesięcznie. Ale to dzięki pieniądzom wpłacanym przez dobrze zarabiających lubińskich menedżerów Kukiz miał za co przeprowadzić swoją kampanię wyborczą.

A wszystko pochodzi z miedzi. Jest z czego płacić, bo do budżetów samorządów z kasy KGHM trafia co roku kilkaset milionów złotych podatków i opłat lokalnych. Koncern zatrudnia ok. 18,2 tys. pracowników, średnie miesięczne wynagrodzenie to 9,5 tys. zł. Podatki PIT pracowników to kolejne źródło zasilające budżety lokalne. Nic więc dziwnego, że od dawna pozycję najbogatszego polskiego miasta powiatowego dzierżą Polkowice, a inne ośrodki Zagłębia Miedziowego – Lubin, Głogów, Legnica – są w czołówce miast o najwyższych dochodach na głowę mieszkańca.

Tak więc pensje przekraczające 20 tys. w spółkach komunalnych mogą szokować, ale nie w Lubinie. Także obyczaj zatrudniania krewnych i znajomych nie jest tu niczym dziwnym. KGHM od zawsze był kopalnią dobrze płatnych posad, a każda władza dbała, by wynagradzać swoich ludzi miedziowymi synekurami. Oczywiście najcenniejsze były stanowiska w zarządzie, ale tych jest najmniej. Na szczęście koncern ma wiele spółek zależnych, każda ma jakiś zarząd, radę nadzorczą, administrację. Zawsze można było coś atrakcyjnego znaleźć. Za czasów AWS sekretarki w zarządzie miedziowego koncernu potrafiły zarabiać 30 tys. zł miesięcznie, a kierowcy prezesa po 20 tys. zł.

To metoda stosowana w całej kontrolowanej przez państwo gospodarce, ale KGHM dysponuje szczególnie dużym zasobem posad. Przy okazji dostarcza najwięcej skandali. Przykładem ujawnione przez „Newsweek” nagranie rozmowy posła PO Norberta Wojnarowskiego, który podczas zjazdu dolnośląskiej PO namawiał jednego z delegatów, by w zamian za stanowisko w KGHM poparł Jacka Protasiewicza przeciw Grzegorzowi Schetynie. Wojnarowski był szefem PO w Lubinie i oczywiście pracował w jednej ze spółek KGHM. Jego żona również.

Skandal wywołał kąśliwe komentarze dziennikarzy i bardzo umiarkowane reakcje polityków opozycji. Wszyscy znają reguły gry i wszyscy w niej uczestniczą. Także PiS, który w 2006 r. na stanowisku prezesa zarządu KGHM postawił Krzysztofa Skórę, swojego działacza, skarbnika gminy Ruja. I tak gminny urzędnik z Rui został nagle szefem jednej z największych spółek w kraju. Kariera w amerykańskim stylu, także finansowym, bo Skóra, który zarabiał wcześniej 47 tys. zł rocznie, nagle otrzymał wynagrodzenie 600 tys. zł. Oczywiście rządy Skóry i osób, którymi obsadzał koncern, trwały tyle, ile rządy PiS, bo każda władza chce mieć w KGHM swoich ludzi. Byłym prezesem zaopiekował się jednak prezydent Robert Raczyński, oferując mu stanowisko w jednej z lubińskich spółek. Bo to jest układ symbiotyczny.

Na listach płac KGHM pojawiały się w różnych okresach dziesiątki osób o znanych nazwiskach. Był tu m.in. i Leszek Miller junior, syn szefa SLD, i Maciej Łopiński, współpracownik Lecha Kaczyńskiego, były sekretarz generalny SLD Marek Dyduch, były generał UOP Wiktor Fonfara, a także żona Adama Hofmana, gdy był rzecznikiem PiS. Ten system partyjnych łupów sprawia, że żaden polski polityk nie zgodzi się na prywatyzację KGHM. Byłoby to podcięcie finansowej gałęzi, na której siedzi polska polityka. Więc prywatyzację wykluczają nie tylko wszystkie partie, ale także antysystemowcy Kukiza, a nawet radykalny liberał Ryszard Petru. Szef NowoczesnaPL, pytany o przyszłość KGHM, stwierdził niedawno, że nie widzi potrzeby zamiany monopolu państwowego na prywatny. Petru, który jest jednocześnie doradcą marszałka województwa dolnośląskiego, wie dobrze, że jedno słowo za prywatyzacją pogrzebałoby jego szanse w Zagłębiu Miedziowym, a może i na całym Dolnym Śląsku.

Także Platforma Obywatelska w 2007 r., obejmując władzę, uspokajała, że o prywatyzacji KGHM nie ma mowy. Koncern był już wtedy notowany na giełdzie. Skarb Państwa od 1997 r. sprzedał sporą część akcji prywatnym akcjonariuszom, zachowując sobie ponad 40 proc., gwarantujące pełną kontrolę. Tak jest w większości tzw. państwowych czempionów. To formalnie spółki prywatne, a faktycznie państwowe, kontrolowane przez polityków.

Związki zawodowe bardzo to lubią, bo pracownicy otrzymują prywatyzacyjną premię (15 proc. akcji, które mogą z zyskiem sprzedać), a jednocześnie zachowują państwowego pracodawcę, który jest wyżej ceniony od prywatnego. Jest mniej skłonny do oszczędności, ograniczania zatrudnienia, łatwiej zmusić go do podwyżek, nawet jeśli nie ma do tego ekonomicznych podstaw.

W KGHM działa 15 central związkowych, a należy do nich prawie 90 proc. załogi. Mają prawo do trzech własnych członków rady nadzorczej. W koncernie od lat hegemonami są liderzy związkowi, zwłaszcza zaś Józef Czyczerski, szef Solidarności, i Ryszard Zbrzyzny, szef Związku Zawodowego Przemysłu Miedziowego i poseł SLD. Związki toczą nieustanne wojny z zarządem i ministrem skarbu, ostatnio o pracowniczych członków rady nadzorczej, których minister nie chciał mianować. Zmusili go do tego na drodze sądowej.

Kiedy w 2009 r. związkowcy odkryli, że na przygotowanej przez ministra skarbu liście firm przeznaczonych do prywatyzacji jest KGHM, w księstwie legnickim zawrzało. Na polityków, zwłaszcza z Dolnego Śląska, padł strach. Nawet Grzegorz Schetyna nie krył zastrzeżeń. Pracownicy KGHM nie przyjmowali do wiadomości, że jest kryzys finansowy i państwo musi ratować budżet. Uznali to za wypowiedzenie wojny, zapowiedzieli strajk generalny. Nawet Donald Tusk zaczął się wówczas dystansować od planów ministra skarbu.

Ostatecznie państwo sprzedało tylko 10 proc. ze swojej puli, zachowując kontrolę nad koncernem. Po awanturze KGHM został dopisany do listy spółek strategicznych, nie na sprzedaż. Mimo to w Zagłębiu Miedziowym panuje przekonanie, że PO dąży do całkowitej prywatyzacji. To wyjaśnia, dlaczego na kontrolowanym przez PO Dolnym Śląsku LGOM jest enklawą PiS. Nie bez znaczenia są olbrzymie wpływy Solidarności, która jest na wojennej ścieżce z rządem, a w sojuszu z PiS.

Zwłaszcza że w 2012 r. został otwarty nowy front: wprowadzono podatek od kopalin. To rodzaj opłaty za korzystanie ze złóż należących do państwa. W ten sposób fiskus stara się dobrać do zysków z wydobycia i produkcji miedzi, bez konieczności dzielenia się z prywatnymi akcjonariuszami. W ciągu roku KGHM odprowadza z tego tytułu do budżetu ok. 1,5 mld zł.

Podatek miedziowy jest kontestowany przez zarząd, pracowników i mieszkańców. Powód jest banalny: podatek obniża zysk koncernu, a pracownicy mają gwarancję określonego udziału w zysku. Dlatego każdy polityk, który tu przyjeżdża, musi zadeklarować, że podatek miedziowy jest skandalem i trzeba go zmienić, a może nawet zlikwidować. Takie deklaracje składał Andrzej Duda w kampanii wyborczej, odwiedzając miasta LGOM. KGHM nazywał nadzieją kraju, a podatek narzędziem, którym państwo dławi potęgę koncernu. Entuzjazm był nieopisany. Nic dziwnego, że Duda dostał tu 60 proc. poparcia.

Lęk budzą też zagraniczne inwestycje KGHM (w Kanadzie i Chile), bo firma wyprowadza pieniądze za granicę, a być może za chwilę sama się tam wyniesie. Ma na to wskazywać zmiana koncernowego logo, z którego znikły trudne dla obcokrajowców słowa Polska Miedź (choć nazwa spółki się nie zmieniła). PiS już się tym zajął, interweniując w Sejmie, bo to kolejny przykład wynaradawiania polskiej gospodarki.

Tak więc wola zmian, jaką demonstrują mieszkańcy księstwa legnickiego, nie wynika z trudnej sytuacji, w jakiej się znaleźli, lecz przeciwnie – jest podyktowana lękiem, by nie utracić tego, co już mają.80 proc. Polaków jest zadowolonych z własnej sytuacji i jednocześnie uważa, że sprawy kraju idą w złym kierunku. Oni się starają, a państwo wcale. To potencjał buntu – wyjaśnia socjolog prof. Janusz Czapiński.

Ten lęk w księstwie bierze się ze świadomości, że idą ciężkie czasy. Ceny na międzynarodowych giełdach surowcowych spadają, zyski KGHM się kurczą. Za to koszty wydobycia rosną, bo trzeba schodzić coraz głębiej pod ziemię, wydobywając rudę o coraz niższej zawartości metalu. Hutnictwo miedzi przestaje się opłacać, bo Chińczycy, mając tanią energię i żadnych obciążeń środowiskowych, zmonopolizowali światowy rynek. Nic dziwnego, że wśród mieszkańców Zagłębia Miedziowego rośnie popyt na obietnice. Nawet te najmniej realne.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną