Kraj

Pięćset plus minus

Na co pójdą pieniądze z programu 500+

Premier Beata Szydło na spotkaniu mikołajkowym z dziećmi. Grudzień 2015 r. Premier Beata Szydło na spotkaniu mikołajkowym z dziećmi. Grudzień 2015 r. Beata Szydło / Facebook
Prof. Julian Auleytner o tym, jak Polacy wykorzystają 500 zł na dziecko – w skali rodziny i całego kraju.
Prof. dr hab. Julian AuleytnerKrzysztof Żuczkowski/Forum Prof. dr hab. Julian Auleytner

Joanna Cieśla: – Można pana nazwać umiarkowanym zwolennikiem tego projektu?
Prof. Julian Auleytner: – Nasze stanowisko jako środowiska polityków społecznych jest krytycznie-pozytywne. Chodzi o to, by nie dezawuować tego programu, tylko by potraktować go jako okazję do umiejętnej inwestycji w dzieci. Wykorzystać też fakt, że przy okazji tego projektu otworzyła się szersza dyskusja na temat rodziny w Polsce. Dotychczas toczyli ją ze sobą głównie demografowie i politycy społeczni.

I przebiło się w tej dyskusji np., że rodzina to także samotna matka z jednym dzieckiem. Ale jeśli nie jest ekstremalnie uboga, to nie dostanie 500 zł, a zamożni rodzice dwójki dzieci – tak, na drugie dziecko. Jakoś kłóci się to z poczuciem społecznej sprawiedliwości.
To bardzo ważny argument, zwłaszcza że dzieci matek samotnie wychowujących jest aż 25 proc. W niektórych regionach, zwłaszcza w Polsce północno-zachodniej, ten odsetek jest jeszcze wyższy. Projekt jest jednak adresowany do innej kategorii rodzin. Samotne matki są głównie obsługiwane przez system pomocy socjalnej.

Nowoczesna zamierza zaproponować wprowadzenie progu dochodowego dla nowych świadczeń, tak by pomoc mogła trafić do najbardziej potrzebujących – także do samotnych rodziców wychowujących jedno dziecko. PSL przeciwnie – likwidację progu dochodowego także przy świadczeniu na pierwsze dziecko. Co pan o tym sądzi?
Optowałbym za ustawieniem progu, gdyby argument o braku pieniędzy miał doprowadzić do wykluczenia samotnych matek z grupy uprawnionych do świadczeń. Za to przeciwny jestem wliczaniu nowego dodatku do progów dochodowych uprawniających do świadczeń pomocy społecznej. To groziłoby rezygnacją części rodziców, szczególnie z grup najuboższych, z pracy zawodowej i podnosiłoby ryzyko dziedziczenia postaw roszczeniowych. I bez tego projekt niesie pewne niebezpieczeństwo odpływu kobiet z rynku pracy. Dlatego tak ważne jest, by program Rodzina 500+ nie okazał się jedynym ruchem rządu w polityce demograficznej, lecz by pojawiły się także propozycje m.in. dotyczące powrotu matek do aktywności zawodowej.

W doraźnych rozwiązaniach zawsze pojawiają się błędy.
Można je korygować w trakcie realizacji tej ustawy, ale tak naprawdę potrzebna jest znacznie głębsza refleksja nad systemem polityki prorodzinnej. Tylko ostatnie miesiące przyniosły dwie ważne ustawy: pierwszą, rok temu ujednolicającą zasiłki pielęgnacyjne i rodzinne, i drugi projekt, o którym rozmawiamy. Do tego mamy jeszcze lokalne strategie rozwiązywania problemów społecznych. Nie korespondują one na razie z 500+. Dlatego trzeba zacząć dyskusję dotyczącą ujednolicenia świadczeń rodzinnych łącznie z podjęciem kwestii dotyczących rynku pracy, mieszkań i zdrowia. Należałoby powołać przy premierze stałą komisję złożoną z ekspertów różnych dziedzin i polityków, którzy zajmą się oceną działania tych projektów, ujednoliceniem podejścia do rodziny.

Na razie mamy obawy, że pieniężne zachęty pronatalistyczne najsilniej zadziałają na dzisiejszych podopiecznych pomocy społecznej.
Oczywiste jest ryzyko, że część tych środków zostanie zmarnowana. Wielu pracowników socjalnych, z którymi mam kontakt, jest oburzonych pomysłem przekazywania 500 zł bezpośrednio do rodzin. Ale to dlatego, że oni widzą tylko dotychczasowych beneficjentów – rodziny wykluczone czy patologiczne, których członkowie od października dopytują, kiedy te nowe pieniądze wreszcie będą.

Jak dużo jest patologicznych rodzin z dziećmi?
Wiemy, że w wielu gospodarstwach domowych 20 proc. dochodów przeznacza się na używki, alkohol i tytoń. W tej grupie z pewnością są też rodziny uprawnione do nowego świadczenia. W projekcie ustawy jest artykuł, który mówi o możliwości zamiany pomocy pieniężnej na rzeczową w podobnym przypadku. Ale pracownice ośrodków pomocy społecznej już obawiają się związanej z tym presji. Wypłaty będą przeprowadzane w środowiskach lokalnych, gdzie niejednokrotnie pani z OPS mieszka przez płot z beneficjentem. Jeżeli oświadczy alkoholikowi, który wyczekuje dodatkowej gotówki, że zamiast niej dostanie ryż i ubrania dla dzieci, musi się liczyć z tym, że sąsiad utrudni jej życie.

Tu zresztą powstaje kolejne zagrożenie, bo według szacunków do obsługi projektów trzeba będzie zatrudnić 7 tys. nowych urzędników. Kto to będzie? Obawiam się, że mogą to być ludzie nieprzygotowani do wejścia w rolę pracownika socjalnego, który często zmuszony jest stawiać czoła sytuacjom konfliktowym. Niemniej należy pamiętać, że największą grupą beneficjentów będą ci dotychczas nieobecni w OPS, radzący sobie finansowo przeciętnie lub dobrze. Lada chwila będziemy ich badać, by ustalić, jak zagospodarują te środki.

Na razie wiadomo też z badań ARC Rynek i Opinia dla „Rzeczpospolitej”, że tylko 40 proc. rodziców planuje całość świadczeń przeznaczyć na konkretne potrzeby dzieci. W praktyce: ktoś wyda na większy telewizor, ktoś na remont – rozpłynie się to w budżecie domowym.
Nie wiemy, jak dokładnie zostaną spożytkowane te pieniądze, ale nie warto o tym myśleć w kategoriach czysto ekonomicznych, natychmiastowego odbicia w wydatkach. One mogą być przeznaczone na różne cele, które są pośrednio i bezpośrednio związane z dziećmi. Zapłata zaległego czynszu też w jakimś stopniu dotyczy dzieci, które nie będą obciążone, podobnie jak cała rodzina. Jeśli się wyda na meble czy na remont, to są wydatki, które wprost nie dotyczą dzieci, ale jednak poprawiają ich komfort życia. A w następnym miesiącu znów wpłynie, powiedzmy, tysiąc złotych, które jednak nie tak łatwo zmarnotrawić.

Tymczasem politycy apelują, by zamożniejsi rodzice sami rezygnowali z dodatkowych pieniędzy.
Choć to właśnie lepiej zarabiający mogą je przeznaczyć na rozwój dziecka: na lekcje angielskiego, pływanie i budowanie innych potrzebnych sprawności, które powodują m.in., że po latach także na rynku pracy będzie ono funkcjonować lepiej. Oszczędności, jakie można by uzyskać, jeśli bogatsi nie sięgną po 500 zł, nie byłyby duże. Zakładam, że jeżeli w tym roku koszt programu wyniesie 17 mld zł, to rezygnacja najzamożniejszych mogłaby oszczędzić 100 mln.

A na co wydadzą najmniej zamożni?
W rodzinach uboższych, z co najmniej trojgiem dzieci, z terenów popegeerowskich większość wydatków to koszty żywności, i tak pewnie zostanie.

Za 500 zł będzie obiad z lepszych składników?
Będzie nie jeden posiłek dziennie, ale regularne jedzenie. I dobrze by było, aby to była żywność lepszej jakości, dzięki której te dzieci nie będą tyły. Ale by uniknąć wydania tych pieniędzy na chipsy i colę, przydałoby się równolegle uruchomić jakiś program doradztwa rodzinie, w tym walki z otyłością.

Wydatki na edukację są mniej oczywiste?
Nie we wszystkich regionach jest do niej równy dostęp. W wiosce na Suwalszczyźnie trudno znaleźć dla dziecka lekcje angielskiego. Można natomiast wyposażyć jego pokój w internet, laptop, telefon. Ale trzeba podsuwać pewne pomysły rodzinom. Chodzi o zaangażowanie szkoły, samorządu – z perspektywy Warszawy nie jesteśmy w stanie kazać rodzinom kupować tego czy tamtego. Ale marzyłby mi się na przykład program telewizyjny, który by pokazywał przykłady dobrego wykorzystywania pieniędzy – w miastach, na prowincji, na wsi, bo to środowisko wiejskie będzie głównym beneficjentem. Wiem na przykład, że w jednej ze szkół już rodzice umawiają się na oszczędzanie świadczenia, by po jakimś czasie wysłać dzieci na wspólną wycieczkę do Londynu. Takie podejście pozwala uczyć zarówno zbiorowych zachowań w grupie, jak i poznać inne kraje. Ma to swoją nazwę – inwestycyjna polityka społeczna – i jest nowym paradygmatem w wielu nowoczesnych państwach.

A jak pan by wydał 24 mld zł rocznie na politykę prorodzinną?
Zostawiłbym decyzje rodzinom, rodzice w znacznej większości bardzo zabiegają o to, aby ich dzieciom było dobrze. Ale równolegle uruchamiałbym projekty edukacyjne, by pokazywać najlepsze wzory wydawania pieniędzy. I zabiegałbym o poprawę warunków na rynku pracy, tak by ułatwiać aktywność zawodową matkom.

Czyli państwowe przedszkola i żłobki zamiast prywatnych, drogich?
Można odpowiedzieć, że nie wszystko, co państwowe, jest lepsze. Ale dotyka pani innego niezwykle ważnego obszaru polityki prorodzinnej. W tej debacie trzeba także poruszyć kwestię audytu budżetu, czego nigdy w Polsce nie było. A na przykład w tym roku z budżetu państwa idą 42 mld zł na emerytury i renty dla ZUS, 9 mld – na dotacje dla KRUS po rozliczeniach podatkowych. Jeśli tylko te dwie kwoty dodamy, to wychodzi ponad 50 mld zł na utrzymanie seniorów w Polsce, nie wspominając o górnikach czy mundurowych. A polityka prorodzinna kosztowała ostatnio niecałe 38 mld zł. Z różnych źródeł i na różne cele – a to na wyprawki na początek roku szkolnego, a to z tytułu urodzenia dziecka; chaotycznie i bez racjonalnej wizji.

Jak wyliczył rząd, program Rodzina 500+ ma kosztować przez najbliższe 10 lat 241 mld 277 mln zł. Dzięki niemu w tym czasie urodzić ma się prawie 289 tys. dzieci. To znaczy, że na jedno narodzone dziecko dzięki temu programowi rząd wyda prawie 835 tys. zł. Czy naprawdę Polskę na to stać?
Taka kwota to demagogia. Takie szacunki mogą być czysto intuicyjne, nie sposób odpowiedzialnie przewidzieć, ile urodzeń z tytułu tego programu może przybyć. Być może jedynie przyspieszy on decyzje prokreacyjne w rodzinach, które i tak zdecydowałyby się na kolejne dzieci, tylko nieco później. Ale ten program może mieć sens, nawet gdyby nie przyniósł większego przyrostu demograficznego, a tylko poprawę jakości życia rodzin, prowadząc do wzrostu ich wydatków na przykład na edukację, kulturę czy sport. Inwestycja w dziecko to inwestycja w przyszłego podatnika.

Jeśli program 500+ nie ma mieć charakteru pronatalistycznego, to jaki?
Inwestycji w rozwój kapitału ludzkiego i społecznego Polaków, wsparcia rodziny w różnych działaniach na rzecz dzieci, poprawy ich stanu zdrowia, samopoczucia, rozwijania zainteresowań.

A jeżeli 500 zł zostanie wycofane? Może doprowadzić do jeszcze większego spadku urodzeń?
Wielki wyż demograficzny dzieci urodzonych po wojnie nie był oparty na pieniądzach – nie rodzi się dzieci za pieniądze, w ten sposób nie można matek kupić. Chodzi o warunki, które się tworzy w rodzinie, by ta rodzina mogła rozmawiać o posiadaniu większej liczby dzieci. My wiemy, że Polki chcą mieć więcej dzieci, ale jednocześnie chcą lepszych warunków życia dla tych dzieci. Prawdopodobnie jakiś efekt demograficzny będzie obserwowany w ciągu następnych 5–10 lat. Ale projekt musi mieć stabilizację finansową, inaczej będzie spostrzegany jako próba kupienia sobie dzieci: żeby rodzić w ciągu najbliższych 2–3 lat, bo potem może nie będzie pieniędzy. W życiu społecznym wszystkie warianty są możliwe. Ja uważam, że my się z tego projektu nie możemy wycofać.

Mimo że był formą przekupstwa politycznego?
Proszę pamiętać, że Bismarck wprowadził obietnicę wyborczą pod nazwą ubezpieczenie społeczne, które było nieznane w Europie, i w ten sposób kupił sobie wyborców. Od tego zaczęły się współczesne emerytury. Takie chwyty stosuje się w polityce, PiS niczego nowego nie wymyśliło. Polityki społecznej nie można rozpatrywać tylko z perspektywy ekonomii i kosztów finansowych, bo prowadzi to do absurdów. Politycy posiadają wiedzę intuicyjną, my – naukową, która dotychczas nie była uwzględniana przy pracach nad projektem, dopiero teraz głos ekspertów zaczął być słyszany. Ale trzeba to wykorzystać w dobrym celu, także by w przyszłości uniknąć licytacji: oni dali tyle, to my damy jeszcze więcej.

Jak uniknąć licytacji?
Na przykład przedstawiając opinii publicznej w zrozumiały sposób, skąd pochodzą środki przeznaczone na program Rodzina 500+. To dobrze zbija populistyczne argumenty. Od razu też trzeba otworzyć monitoring skutków działania programu. Ja planuję badania wydatków tych rodzin, które po raz pierwszy pójdą do OPS pobrać pieniądze. Zaczniemy to robić od maja wspólnie z ośrodkiem we Wrocławiu. Około czerwca zamierzamy ogłosić pierwsze wyniki.

rozmawiała Joanna Cieśla

***

Prof. dr hab. Julian Auleytner jest prezesem Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej i rektorem Wyższej Szkoły Pedagogicznej im. Janusza Korczaka w Warszawie. Autor ponad 300 artykułów, książek i podręczników, m.in. „Polityka społeczna w Polsce i na świecie”.

Polityka 7.2016 (3046) z dnia 09.02.2016; Polityka; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Pięćset plus minus"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Maj 2020: Pięć najciekawszych książek dla dzieci

Jak co miesiąc proponujemy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane.

Sebastian Frąckiewicz
25.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną