Z życia sfer

Opóźnić naukę pisania
W chwili gdy piszę te słowa, udało się już wstępnie ustalić, że jeśli chodzi o oponę, to za wybuchem nikt nie stał i że wybuchła sama, a nie na czyjeś polecenie.

W limuzynie wiozącej prezydenta Dudę doszło do wybuchu opony, co zdaniem polityków PiS „nie miało prawa się zdarzyć”. Fakt, że mimo to się zdarzyło, pokazuje, że rząd Beaty Szydło jeszcze nie nad wszystkim w pełni panuje i nie zawsze jest w stanie skutecznie przeciwstawić się wrogim Polsce siłom działającym na opony.

Przykre, że niemal w tym samym czasie w jednej z opolskich szkół na drzwiach toalety pojawił się antypolski napis „Andrzej D...”. Ponieważ napis obraził uczucia dyrekcji i wielu Polaków, dzieciom zabrano zeszyty, aby porównać ich pismo z pismem z napisu z toalety, i w ten sposób ustalić nazwisko jego autora. Dyrekcja wyraziła ubolewanie, że polskie dziecko mogło wpaść na taki pomysł, z tym że ja wstrzymałbym się z rzucaniem bezpodstawnych oskarżeń, bo rzecz wydarzyła się na Opolszczyźnie i sprawcą mogło być dziecko z ukrytej opcji niemieckiej.

Początkowo zresztą sprawę próbowano rozmyć i skierować na fałszywe tropy, sugerując, że kto wie, czy nie doszło do zwykłej literówki, albo że może chodzi o jakiegoś innego Andrzeja. Na szczęście były to głosy odosobnione. Ci, którzy śledzą poczynania obecnego prezydenta, nie mają wątpliwości, że chodzi właśnie o tego Andrzeja, i trzeba się z tym faktem zmierzyć, a nie robić uniki, bo gdy na ciebie plują (tzn. na Andrzeja), nie można udawać, że pada deszcz.

W chwili gdy piszę te słowa, udało się już wstępnie ustalić, że jeśli chodzi o oponę, to za wybuchem nikt nie stał i że wybuchła sama, a nie na czyjeś polecenie. Nadal jednak nie ujęto sprawcy napisu w toalecie, który, nie oszukujmy się, sam się nie napisał. Napisała go obca ręka i to nie raz, gdyż – jak ujawnił szkolny woźny – po wyczyszczeniu drzwi toalety napis pojawił się ponownie, a po kolejnym wyczyszczeniu znowu powrócił.

Wydaje mi się, że z dwóch omawianych zdarzeń groźniejszy jest przypadek opolski. Czyn sprawcy napisu „Andrzej D...” potwierdza, że rząd Beaty Szydło miał rację, cofając sześciolatki do przedszkoli i opóźniając w ten sposób naukę pisania u kolejnych roczników polskich dzieci. Niektórych z tych dzieci po prostu nie ma sensu uczyć pisać, bo – jak się okazuje – i tak nie potrafią tej umiejętności wykorzystać w sposób właściwy. Szczególnie przykre, że do zajścia doszło w chwili, gdy Sejm uchwalił 500 zł na dziecko, z których autor napisu na pewno skorzysta, choć odczucie prorządowych środowisk Opolszczyzny jest takie, że pieniądze mu się nie należą.

A swoją drogą rząd powinien się zastanowić, czy nauki pisania nie przesunąć do jeszcze wyższych klas, zanim jakiś pierwszo- czy drugoklasista nie doprowadzi do prawdziwej i nieodwracalnej tragedii, pisząc na drzwiach szaletu „Jarek D...”.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną