Jak działa i co może Trybunał Stanu

Sąd, który nie sądzi
Poczucie sprawiedliwości każe wierzyć, że Andrzej Duda i Beata Szydło będą kiedyś ukarani przez Trybunał Stanu. Poczucie realizmu każe jednak w to wątpić.
Rozprawa byłego ministra skarbu Emila Wąsacza przed Trybunałem Stanu, Warszawa, 2006 r.
Witold Rozbicki/Reporter

Rozprawa byłego ministra skarbu Emila Wąsacza przed Trybunałem Stanu, Warszawa, 2006 r.

Rozpoczęcie procesu przed Trybunałem Stanu byłego ministra skarbu Emila Wąsacza oskarżonego m.in. w sprawie prywatyzacji PZU.
Maciej Figurski/Forum

Rozpoczęcie procesu przed Trybunałem Stanu byłego ministra skarbu Emila Wąsacza oskarżonego m.in. w sprawie prywatyzacji PZU.

Prezydent, premier, ministrowie – kiedy łamią konstytucję, sięgają po władzę, która im nie przynależy – nie są bezkarni. To dla władzy groźne memento. I nadzieja dzisiejszej opozycji. Tropiąc mało widoczny Trybunał Stanu, zasięgnąłem najpierw opinii dwóch profesorek uniwersytetu, które były sędziami w tym dostojnym gronie. Eleonora Zielińska mówi, że poza krótkim zaprzysiężeniem tylko raz przez dwie kadencje (2001–05 i 2011–15) miałaby okazję uczestniczyć w posiedzeniu, ale akurat była za granicą. Zresztą wniosek wówczas rozpatrywany przeciw byłemu ministrowi skarbu Emilowi Wąsaczowi miał tyle błędów formalnych, że nie można było mu nadać dalszego biegu. Prof. Ewa Gruza (sędzia w kadencjach 2005–11) pyta: – Czy warto utrzymywać organ czysto fasadowy? Intencje powołania Trybunału są może i szlachetne, ale przecież nie spełnia on żadnej roli? Przecież to nawet nie jest straszak! Nawiasem mówiąc, bezrobotni sędziowie Trybunału nie muszą mieć wyrzutów sumienia, bo wbrew plotkom, że są sowicie wynagradzani – nie pobierają żadnego uposażenia.

– Ci, co dziś straszą Trybunałem, niech prześledzą los wszystkich skarg – radzi prof. Gruza. Rzeczywiście, przez całe ćwierćwiecze tylko jedna jedyna sprawa została rozpatrzona i zakończona w II instancji – afera alkoholowa. Za dopuszczenie do niekontrolowanego napływu ogromnych ilości importowanego spirytusu do kraju w latach 1989–90 ministrowi ds. współpracy gospodarczej z zagranicą i prezesowi Głównego Urzędu Ceł zakazano pełnienia funkcji publicznych przez 5 lat. Proces zakończył się zresztą dopiero 6 lat po wybuchu afery.

Trybunał Stanu jest organem władzy sądowniczej, opisanym w rozdziale VIII naszej konstytucji, zaraz po Trybunale Konstytucyjnym. Odpowiadają przed nim prezydent, premier, ministrowie, prezes NBP, prezes NIK i kilku innych dostojników „za naruszenie Konstytucji lub ustawy w związku z zajmowanym stanowiskiem lub w zakresie swego urzędowania”.

Gdyby dziś chcieć skarżyć prezydenta Dudę za delikt konstytucyjny – niezaprzysiężenie wybranych sędziów i w konsekwencji udział w obejściu ustawy – procedura musiałaby wyglądać tak: wstępny wniosek składa 140 posłów i senatorów. Wniosek musi mieć od razu formę aktu oskarżenia, jak przed sądem zwykłym. Marszałek Sejmu kieruje ten wniosek do Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. 17-osobowa Komisja, w której PiS ma samodzielną i bezwzględną większość, bada wniosek na posiedzeniu zamkniętym i decyduje o jego dalszym biegu: umorzenie albo wniosek o postawienie prezydenta w stan oskarżenia. Wniosek musi zebrać dwie trzecie głosów Zgromadzenia Narodowego (Sejmu i Senatu łącznie). Uchwała Zgromadzenia jest wtedy aktem oskarżenia kierowanym do Trybunału Stanu. W stosunku do innych dostojników wystarczy bezwzględna większość głosów w samym Sejmie.

Jak widać, odpowiedzialność, ujęta niby w kategoriach karno-prawnych, zależy od uznania Zgromadzenia Narodowego lub samego Sejmu, które żadnymi kryteriami prawnymi związane nie są. Rozstrzygnięcie ma z natury rzeczy charakter polityczny i założenie, że posłowie i senatorowie będą się raczej sprzeciwiali oskarżeniu – przyjmowane jest nawet w pracach naukowych. Bez decyzji Zgromadzenia TS żadnych czynności sam z siebie nie podejmuje, nawiasem mówiąc, podobnie jak TK – działa tylko wtedy, kiedy wpłyną skargi uprawnionych osób. (Jedynie nieuki pisowskie pytają, gdzie był TK, kiedy rządziła PO? Trzeba było składać skargi!).

Z kilkunastu spraw wszczętych przez całe ćwierćwiecze tylko wyjątkowo któraś z nich trafia do TS. We wrześniu, tuż przed wyborami, w Sejmie umorzono postępowanie wobec byłego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, jeszcze za poprzednie lata jego urzędowania. Platformie nie udało się zgromadzić wszystkich swoich posłów na sali, oskarżenie upadło i znów TS nie miał nawet okazji się wypowiedzieć.

Bywa, że sprawa nie wychodzi nawet z komisji. Tak było na przykład z wnioskiem przeciwko premierowi Włodzimierzowi Cimoszewiczowi. Miał stanąć przed TS w 1997 r. za zbyt późne skierowanie ustawy budżetowej do Sejmu. Rzekome spóźnienie było wywołane zmianą terminów w nowej konstytucji, ale naciągany zarzut oponenci Cimoszewicza popierali tak gorliwie, że na wniosku znalazły się wielokrotne podpisy tych samych osób. Wstydliwie procedowano więc w Sejmie i procedowano, ale sprawa nigdy z komisji nie wyszła i uwiędła.

Pytanie więc, czy potrzebne są takie sądy specjalne? Jak dowodzi historia – królów, nawet niegodziwych, kara spotykała najczęściej w ludowych baśniach. Nawet nowoczesne systemy prawne przewidują dla rządzących osobne sądy i szczególne procedury: to wyjątek od równości wobec prawa. Ale te procedury bywają bardzo różne.

Kiedy wybuchł skandal Watergate – włamanie wynajętych zbirów do siedziby władz Partii Demokratycznej w Waszyngtonie w latach 70. – nigdy nie powiązano by tej sprawy z prezydentem Richardem Nixonem, bo jedynym dowodem były jego prywatne taśmy z nagraniami rozmów w Białym Domu. Powstał zresztą ciekawy spór prawny, gdyż adwokaci prezydenta powoływali się na immunitet prezydencki – executive privilege – poufność narad odrębnej władzy. Gdyby Nixon nie wydał taśm, uratowałby prezydenturę. Ale Sąd Najwyższy w orzeczeniu kazał taśmy wydać (gdyby rozpatrywał skargi według kolejności zgłoszeń, Nixon zostałby do końca kadencji), prezydentowi nie przyszło do głowy, że można wyrok zignorować. Wtedy przed Komisją Prawną Izby Reprezentantów rozpoczęło się postępowanie przeciw prezydentowi zwane impeachment za nadużycie władzy. Prezydent już nie czekał na decyzję całej Izby; osobistości z kierownictwa Partii Republikańskiej przekonały go do dymisji, by uniknąć wstydu.

Impeachment jest odpowiednikiem naszego TS i w epoce współczesnej zastosowano go w USA jedynie raz. Przeciwko prezydentowi Billowi Clintonowi z błahego jak na standardy i zwyczaje europejskie powodu: fałszywych zeznań w sprawie seksu ze stażystką. Izba Reprezentantów była oskarżycielem, a sędziami Senat – na tę okazję pod przewodnictwem prezesa Sądu Najwyższego. W głosowaniu Senat Clintona uniewinnił, nie uznając, by to, co robił, było rażąco sprzeczne z właściwym sposobem sprawowania urzędu. W Wielkiej Brytanii od dwóch stuleci nie podejmowano żadnych prób impeachmentu (tam, podobnie, Izba Gmin byłaby wobec urzędnika oskarżycielem, a Izba Lordów sądem), tak że konstytucjonaliści rozważają, czy w ogóle taka procedura obowiązuje.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną