Kraj

Rosyjskie drony nad Polską. Jest się czego bać?

. . Nicolas Halftermeyer / Wikipedia
W „audycie” MON ministra Antoniego Macierewicza czytamy o „nisko lecących obiektach”. Brzmi jak scenariusz filmu science-fiction.

Bodaj najciekawszą informacją podaną w „audycie” MON ministra Antoniego Macierewicza była ta o „nisko lecących obiektach”, obserwowanych wzrokowo, a niewykrytych przez wojskowe radary, rzekomo z winy poprzedników. Sytuacje takie miały być „nagminne”. Choć Straż Graniczna informuje o zaledwie pięciu odnotowanych przypadkach, Polska musi przeciwdziałać.

Opis brzmi jak scena z filmu sci-fi, takiego sprzed 30 lat: „Funkcjonariusz PSG w Grzechotkach zaobserwował mały obiekt latający w kształcie okręgu lecący na wysokości około 150 m, w głąb kraju. Następnie obiekt ten zawrócił na stronę rosyjską i zniknął z pola widzenia”. Najprawdopodobniej jednak nie było to UFO, a rosyjski dron z Obwodu Kaliningradzkiego.

Grzechotki to nadgraniczna miejscowość na północny wschód od Braniewa i znane Rosjanom przejście graniczne, przez które masowo jeżdżą na zakupy do Polski. Podobne przypadki wzrokowego wykrycia niezidentyfikowanych przelotów statków powietrznych przez granicę państwową RP przez funkcjonariuszy Straży Granicznej służba wylicza w niedawnej odpowiedzi na poselską interpelację. Zbiegła się ona z nagłośnionym przez Antoniego Macierewicza „nagminnym” przekraczaniem granic powietrznych Polski przez nisko lecące obiekty, obserwowane wzrokowo, ale niewykryte przez rozpoznanie radiolokacyjne. Według ministra z winy jego poprzedników.

Nagminne czy sporadyczne

Straż Graniczna, konkretnie jej warmińsko-mazurski oddział odpowiedzialny za ochronę granicy polsko-rosyjskiej, informuje o pięciu wykrytych wzrokowo bezzałogowcach w ciągu ostatniego półtora roku. Oprócz Grzechotek bezzałogowce pojawiały się w okolicy Bezled i Gołdapi.

Najgłębiej nad polskim terytorium był dron zauważony pod Bezledami, około 1 km. Pozostałe to przypadki naruszenia pasa granicznego na głębokość 50 do 200 metrów. To oczywiście niewiele, ale trzeba zastrzec, że pogranicznicy podają tylko to, co potwierdzili w meldunkach. Patrole nie zawsze patrzą w niebo, drony mogą operować nocą, co utrudnia ich wykrycie wzrokowe – a nawet w dzień niewielki obiekt lecący nisko nad lasem naprawdę niełatwo wypatrzeć.

Straż Graniczna ma na wyposażeniu radary, ale akurat nieprzeznaczone do dozoru przestrzeni powietrznej. Te zadania ma wykonywać wojsko, a zgodnie z ustawą strażnicy graniczni są tylko pośrednikami w przekazywaniu informacji o naruszeniach granicy powietrznej RP.

Ciszej o kłopocie

Wojsko i Straż Graniczna nie są skłonne do rozmów na ten temat. Nieoficjalnie ustaliłem jednak, że armia jest w stałym kontakcie z pogranicznikami w związku z naruszeniami. Jeden z najwyższych dowódców wojska właśnie wrócił z inspekcji w południowo-wschodniej Polsce, gdzie problem dronów jest o wiele poważniejszy, bo dotyczy zorganizowanej przestępczości i przemytu. – Mamy już pomysły, co z tym zrobić – mówi mi, prosząc o niewymienianie nazwiska ani rangi. Bo wojsko na razie sprawę traktuje bardziej jako zagrożenie kryminalne niż militarne.

Żaden z zauważonych w północnej Polsce bezzałogowców nie przypominał statków wojskowych używanych przez Rosję, raczej kupowane w marketach elektronicznych chińskiej produkcji amatorskie quadrokoptery. To one właśnie są – teraz już masowo – używane przez przemytników papierosów, narkotyków, leków i innej w miarę lekkiej kontrabandy przez granicę polsko-ukraińską.

Można jednak powiedzieć, że to technologia „podwójnego zastosowania”, a nawet amatorska kamera na dronie z marketu może wypatrzeć to, czego nie powinna. Nie mówiąc już o tym, że zamiast niej dron może przenosić ładunek wybuchowy lub sprzęt podsłuchowy. To realne, choć niekonwencjonalne hybrydowe zagrożenie.

Co można zrobić?

Zgodnie z przepisami drona można zestrzelić. Ustawa o ochronie granicy mówi jasno, że jeśli na pokładzie statku powietrznego – obojętnie: wojskowego czy cywilnego – nielegalnie przekraczającego granicę nie ma żadnych osób, może być zniszczony bez przechwycenia i wezwania do opuszczenia przestrzeni powietrznej RP.

Zadanie to obecnie należy jednak wyłącznie do wojska, konkretnie do Dowódcy Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Straż Graniczna ma tylko za zadanie przekazać odpowiednim jednostkom wojskowym stosowne dane.

Do tej pory dyskusja o „procedurze renegade”, czyli działaniu przeciwko stanowiącym zagrożenie statkom powietrznym, toczyła się w kontekście zamachów terrorystycznych i dotyczyła maszyn pilotowanych, z którymi da się nawiązać kontakt. Drony to zupełnie inna kwestia, która chyba musi doczekać się osobnej regulacji prawnej. A przede wszystkim wzmocnienia technicznego nie tylko wojska, ale i służb granicznych. Przede wszystkim w środki wykrywania, czyli radary.

Brakuje środków

Polska armia skupiła wszystkie swoje radarowe środki rozpoznania w jednej brygadzie radiotechnicznej kilka lat temu. Choć z nazwy wrocławska, 3 brygada ma posterunki stałe i mobilne w całym kraju, oczywiście zwłaszcza tam, gdzie trzeba. Na północnym wschodzie duże radary stoją w Chruścielu i Szypliszkach, ale to urządzenia dalekiego zasięgu, nisko lecących dronów po prostu nie widzą.

Za odcinek graniczący z Obwodem Kaliningradzkim odpowiada podporządkowany brygadzie 8 batalion radiotechniczny ze Szczytna i jego pięć kompanii. Poza oficjalnymi komunikatami o ćwiczeniach nie ma mowy, by uzyskać do publikacji informacje o tym, co robi na co dzień. Jednak pięć kompanii na całą północno-wschodnią ćwiartkę kraju to mało, a dostępność technologii dronowej stwarza coraz większe wyzwania.

Wojsko powinno się skupić na wykorzystaniu ograniczonych środków do wykrywania i zwalczania zagrożeń militarnych. Dron z marketu z kamerą nim nie jest, dopóki tylko lata sobie przy granicy, nie filmując wojskowych obiektów. Radarowa modernizacja techniczna powinna zejść na jak najniższy poziom – i lotu, i posterunków granicznych – bo każde naruszenie granicy jest potencjalnie groźne.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

„Motel Polska”, czyli perwersyjna propaganda PiS

O nie, „Motel Polska” to nie jest produkcja żenująca. Nie jest obciachem, popisem złego gustu i amatorszczyzny. To produkt jak najbardziej przemyślany, diablo przewrotny i wyrachowany.

Jan Hartman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną