Przy-PISy Redaktora Naczelnego

Coś się posypało
Po raz pierwszy od upadku PRL mamy do czynienia z odtwarzaniem istoty tamtego ustroju i to bynajmniej nie dlatego, że PiS demokratycznie zdobył pełnię władzy w państwie, więc teraz po prostu przejmuje kontrolę nad wszystkimi instytucjami.

W telewizji państwowej doszło, jak wiemy, do próby puczu: grupa o nazwie Rada Mediów Narodowych (zdaje się, każda junta musi mieć w nazwie Naród) ogłosiła, iż zdejmuje z urzędu dotychczasowego prezesa, przejmuje władzę na całym obszarze TVP i do czasu wyłonienia nowych demokratycznych władz powierza prezesurę osobie zaufania Suwerena. Od razu pojawiły się internetowe memy, nawiązujące do niedawnego puczu w Turcji; skojarzenie o tyle zasadne, że pucz telewizyjny podobnie jak turecki zakończył się błyskawiczną klęską. Suweren (czyli lud w osobie Jarosława Kaczyńskiego) wezwał (plotka głosi, że również wyzwał) puczystów i nakazał przywrócić poprzedni porządek. Podobnie jak w kraju Erdoğana, okoliczności przewrotu, jego cele i następstwa pozostają niejasne. Ale też chyba będą teraz porachunki. Ta parodia zamachu stanu byłaby może zabawna, gdyby nie odsłaniała raczej mało śmiesznych rysów pisowskiej „rewolucji”.

Zobaczyliśmy, jak pod osłoną patetycznych frazesów (budujemy Media Narodowe), samozachwytu (wreszcie „w telewizji znikła nienawiść i walka polityczna”, deklarowała członkini RMN pos. Joanna Lichocka, skądinąd wnioskodawczyni wyrzucenia Jacka Kurskiego) odbywa się rywalizacja personalnych koterii o dostęp do władzy, stanowisk i pieniędzy, jakie wciąż daje telewizja rządowa. Zarzuty tzw. RMN wobec Jacka Kurskiego, że doprowadził TVP do utraty zaufania, spadku oglądalności, niebezpiecznie zadłużył spółkę itp., są całkowicie słuszne, tyle że prezes Kurski wykonywał jedynie zalecenia prezesa Kaczyńskiego, dokładnie tak samo, jak musieli to zrobić pisowscy członkowie dumnej Rady. Coś im się uroiło, więc zostali publicznie upokorzeni, jak inni przed nimi i inni po nich, którym też mogłoby się wydawać, że mają jakieś własne kompetencje, tytuły, funkcje, odpowiedzialność. Nie – On w każdej chwili, jednym telefonem, jednym grymasem może wywrócić każdą ich decyzję, skończyć każdą karierę. Ciekaw jestem, jak oficerowie PiS, od wojewody do prezydenta, radzą sobie z małością ról, w których On ich obsadził? Jak sobie racjonalizują uległość i konformizm? Wielkością przywódcy? Szlachetnością celu? Własnym interesem?

Otóż w rękach nowej władzy państwo istotnie zmienia swój charakter: wszelkie instytucje tracą swoją autonomię; przestają się liczyć chroniące urzędników jawne procedury; nie ma w administracji czytelnej ścieżki awansu; etosu służby państwowej; samodzielności w granicach prawa. Państwo zrasta się z partią, ma być jej ramieniem, strukturą chroniącą interesy partyjnej nomenklatury i zapewniającą utrzymanie się jej przy władzy. To jest, co wciąż warto przypominać, dokładne odwzorowanie modelu PRL, reaktywujące wszystkie stare obśmiane formułki: „partia kieruje, a rząd rządzi”, „program partii – programem narodu” itd. Trudno się dziwić, że w tej strukturze, gdzie partia jest wobec aparatu państwa tworem nadrzędnym, premier Szydło ma tyle realnej władzy, co premier Edward Babiuch przy Edwardzie Gierku, prezydent Duda jest młodym wcieleniem Henryka Jabłońskiego, ówczesnej głowy państwa, a Rada Mediów Narodowych klonem dawnego Radiokomitetu.

Po raz pierwszy od upadku PRL mamy do czynienia z odtwarzaniem istoty tamtego ustroju i to bynajmniej nie dlatego, że PiS demokratycznie zdobył pełnię władzy w państwie, więc teraz po prostu przejmuje kontrolę nad wszystkimi instytucjami. Każdy rząd większościowy ma teoretycznie pełnię władzy, ale w demokracji musi (i na ogół to czyni) respektować krępujące reguły gry: konstytucyjne uprawnienia organów państwa, niezależność sądownictwa, mediów, organizacji społecznych, musi respektować prawa obywatelskie, prawo własności, wyroki sądów. To znaczy, nie musi, ale wtedy, nawet jeśli był wybrany demokratycznie, traci (jak w Turcji) demokratyczną legitymację do rządzenia, staje się władzą uzurpatorską. Na tym polega jedno z niebezpieczeństw obecnej sytuacji. Wypowiedzenie reguł demokratycznej równowagi, kontroli, samoograniczenia oznacza, że w przyszłości nie można się będzie za nimi schronić. To bardzo podnosi ryzyko sprawowania władzy, polityczne, prawne, moralne. Zmusza do desperacji, gorączkowej pazerności w obronie i poszerzaniu zdobytych terytoriów.

Jedną z najpoważniejszych konsekwencji jest faktyczna prywatyzacja państwa, nie tylko poprzez obsadę swoimi ludźmi wszystkich stanowisk, ale także dowolne wykorzystanie prawnych i finansowych narzędzi do organizowania poparcia, pacyfikowania nastrojów, wzmacniania lojalności i zależności od władzy rozmaitych grup społecznych i służb państwowych. To się jeszcze nie dopełniło, ale się dzieje. Następuje zawłaszczenie państwa i jego zasobów na skalę nieznaną w naszej najnowszej historii i raczej niespotykaną w zachodnich demokracjach. Rzeczpospolita staje się, „jak jakaś Turcja”, własnością jednej partii i jednego człowieka. Tyle że, jak to w Polsce, rzeczywistość na ogół nie dorasta do idei i przywódców. To się obrażą starzy powstańcy, to młodzi frankowicze, to własny wicepremier chlapnie, że nie ma pieniędzy na partyjne obietnice. Nagle i pod presją trzeba się wycofać z podwyżek dla posłów i ministrów. Nawet prezesa TVP nie daje się odwołać. Ani powołać. Bo ktoś się z kimś pożarł. I gdzieś tutaj kołacze się nadzieja.

PS Wyjeżdżam na urlop, do zobaczenia za dwa tygodnie. PiS nie ucieknie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną