Jak powstaje mit smoleński

Prawda państwowa
Mitologia smoleńska stała się pod rządami PiS oficjalną ideologią, narzędziem wzmacniania władzy i politycznej zemsty. Wiele wskazuje na to, że zbliża się kulminacja.
Prace nad filmem, którego scenariusz czerpie garściami z ustaleń zespołu Macierewicza, trwały ponad trzy lata. Efekt końcowy powinien zadowolić wyznawców teorii spiskowych.
Krystian Maj/Forum

Prace nad filmem, którego scenariusz czerpie garściami z ustaleń zespołu Macierewicza, trwały ponad trzy lata. Efekt końcowy powinien zadowolić wyznawców teorii spiskowych.

Kadr z filmu „Smoleńsk”
AN

Kadr z filmu „Smoleńsk”

Ewa Dałkowska i Lech Łotocki jako filmowa para prezydencka
Jacek Piotrowski/Kino Świat

Ewa Dałkowska i Lech Łotocki jako filmowa para prezydencka

audio

AudioPolityka Grzegorz Rzeczkowski - Prawda państwowa

Do księgi smoleńskiej dopisywane są właśnie kolejne rozdziały: długo wyczekiwany film „Smoleńsk”, planowane ekshumacje wszystkich ofiar katastrofy, kolejne pomniki i tablice, apele poległych na każdej wojskowej uroczystości, proces Tomasza Arabskiego czy tajemnicze dokumenty, które po ujawnieniu mają wywrócić naszą wiedzę na temat katastrofy. Szef MON Antoni Macierewicz ostatnio ogłosił, że wreszcie dysponuje „prawdziwymi dowodami” na temat przyczyn katastrofy. To „nowe nagrania załogi tupolewa, które do tej pory nie były znane. Ale nie pochodzą one z pokładu polskiego samolotu. Każdy będzie mógł ich wysłuchać” – powiedział „Rzeczpospolitej”. Wśród materiałów mających ujrzeć światło dzienne jeszcze we wrześniu są rzekomo też takie, które były ukrywane przez komisję Millera. „Mamy wstrząsające wyznania członków tej komisji” – ogłosił Macierewicz. Oczywiście nie może na razie powiedzieć, skąd pochodzą te dowody, nagrania i „wyznania”. Nie będzie to też „ostateczny materiał”, ale na pewno „rzuci bardzo istotne światło na przebieg i przyczyny katastrofy smoleńskiej”.

Kto bardziej dociekliwy

Szef MON ujawnił swoje rewelacje w momencie, gdy nie opadł jeszcze kurz po zamieszaniu wywołanym przez jego kolegę z rządu Witolda Waszczykowskiego. Szef polskiej dyplomacji niewiele wcześniej w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” zapowiedział – również na wrzesień – prezentację innych dokumentów: notatek MSZ, z których ma wynikać, że Donald Tusk „grał przeciwko polskiemu prezydentowi na rzecz Rosji”. Były premier rzekomo wspierał Rosjan w ich planie rozdzielenia wizyt swojej i Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Całość to kilkadziesiąt dokumentów, m.in. relacje z rozmów polskich dyplomatów, w tym ministra Radosława Sikorskiego, z dyplomatami rosyjskimi. Na czym ta gra miałaby polegać i co nowego wnieść do powszechnej już wiedzy? Tego już Waszczykowski nie powiedział.

Medialny wysyp smoleńskich rewelacji to od dawna zapowiadane przez PiS przyspieszenie w „wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej”. Jego cel to nie tyle wskazanie winnych, co skompromitowanie całej elity politycznej, która do niedawna rządziła Polską. Odebranie jej przedstawicielom moralnej legitymacji nie tylko do rządzenia w przyszłości, ale do uczestniczenia w życiu publicznym jako tym, którzy „zabili prezydenta”, w dodatku spiskując z Rosją. PiS licytuje wysoko, ale ewentualny sukces w tej grze oznacza dla partii spokojne rządy na lata.

Zapowiedziane materiały z resortu obrony i MSZ trafią do monowskiej podkomisji, która na polecenie Macierewicza ma raz jeszcze zbadać okoliczności feralnego lotu. W jej składzie są dobrze znani eksperci z dawnego zespołu sejmowego, z którego wypływały rewelacje z pękającymi parówkami i zgniecionymi puszkami po red bullu, podpierającymi tezę o zamachu. Przewodniczącym jest Wacław Berczyński, który już trzy lata temu stwierdził, że tupolew rozpadł się w powietrzu pod wpływem potężnego ciśnienia odrywającego skrzydło od kadłuba.

Na razie podkomisja, która zasłynęła z tego, że nie znalazł się w jej składzie ani jeden ekspert od badania wypadków lotniczych, a jej prace tylko w tym roku będą kosztować podatników 3,5 mln zł, nie wykazała się nadzwyczajnym tempem. Od posiedzenia inauguracyjnego 8 marca zebrała się raptem trzy razy, z czego jak na razie niewiele wynika. Po raz ostatni jej członkowie spotkali się 22 czerwca w Mińsku Mazowieckim „celem dokonania uzupełniających badań bliźniaczego egzemplarza samolotu Tu-154M”.

Działa też specjalna grupa śledczych prowadząca postępowanie w sprawie wypadku tupolewa, kierowana przez zastępcę prokuratora generalnego Marka Pasionka. Wiele osób tłumaczy to jako efekt rywalizacji szefa MON ze Zbigniewem Ziobrą. Macierewicz nie chce się dzielić z nikim smoleńską sławą, a Ziobro także chciałby się zasłużyć na tym polu i zapunktować w oczach prezesa Kaczyńskiego. Dlatego nie zostaje w tyle. Prokuratura przyznała właśnie, że przygotowuje się do ekshumacji i ponownego zbadania zwłok wszystkich ofiar, czemu już sprzeciwia się część rodzin. Operacja może ruszyć już w połowie października, czyli w pierwszym możliwym terminie przewidzianym przepisami sanitarnymi. Powodem ma być to, że rzekomo niektóre ciała (m.in. prezydenta Kaczorowskiego) zostały zamienione, a oględziny wykonane w Moskwie były przeprowadzone błędnie, a w każdym razie „trzeba sprawdzić”, czy ciała po masakrze zostały właściwie poskładane. Nie wiadomo jednak, czy wśród ekshumowanych będzie para prezydencka. Zapytaliśmy o to prokuraturę, ale nie dostaliśmy odpowiedzi.

„Niegodny jest ten, kto ośmieli się wątpić w Wasz talent i wiedzę, a przede wszystkim w Waszego ducha (...). Zadaliście kłam oszczerstwom i insynuacjom, jakie na Polskie Siły Powietrzne przez wiele lat spadały” – to fragment przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy, wygłoszonego podczas obchodów Święta Lotnictwa 27 sierpnia w Poznaniu. Prezydent dodał jeszcze, że – w domyśle: po katastrofie smoleńskiej – Siły Powietrzne były „szkalowane”.

W ten sposób Andrzej Duda jednym ruchem nie tylko zdjął jakąkolwiek winę za błędy z lotników, którzy mieli wpływ na wydarzenia z 10 kwietnia 2010 r., ale zarazem potępił tych, którzy odważą się zaprzeczać pisowskiej narracji w sprawie Smoleńska, stawiając ich wśród „niegodnych”. Trzy dni później prezes Kaczyński postawił sprawę jasno: jakiekolwiek wyjątki czy akty łaski nie będą w tej kwestii dopuszczalne. Po pogrzebie byłej senator PiS Anny Kurskiej, pytany przez dziennikarzy, czy możliwe jest sklejenie podzielonego Smoleńskiem społeczeństwa, stwierdził, że tylko wtedy, gdy „pewne wartości uznamy za wspólne”. Kaczyński nie do końca wytłumaczył, o jakie wartości chodzi, ale kontekst nie pozostawia wątpliwości.

Kula ognia

Poza wskazaniem winnych PiS prowadzi zakrojoną na szeroką skalę symboliczną ofensywę, która ma wtłoczyć w głowy Polaków wiarę smoleńską. Kaczyński już podczas pierwszych pod rządami PiS obchodów rocznicy katastrofy wytłumaczył, jak wyobraża sobie doprowadzenie do sytuacji, gdy „pewne wartości” staną się wspólne. W przemówieniu na Krakowskim Przedmieściu nakreślił taką wizję: po pierwsze, tzw. prawda o Smoleńsku ma dotrzeć do wszystkich na polskiej ziemi („musimy skorzystać z tego, że mamy dziś możliwości, by Polacy wiedzieli i zrozumieli”). Po drugie, aby to się szybciej dokonało, „prawda” ta musi być „publiczna i państwowa”. Dlatego, przy wsparciu instytucji państwa, musi się znaleźć także „w książkach i podręcznikach”, na pomnikach (ich budową ma się zająć specjalny komitet; niedawno rozpoczął zbiórkę pieniędzy) oraz w formie „nazw ulic, rond, by ludzie zostali odpowiednio uczczeni”.

Grunt okazuje się bardziej podatny, niż się mogło wydawać. Przygotowany odpowiednio przez prawicowe tygodniki, filmy w rodzaju „Mgła” czy „Anatomia upadku” czy tzw. ekspertów zespołu Antoniego Macierewicza. Przy jednoczesnych zaniechaniach ze strony poprzedniego rządu (komisja Laska, mająca prostować kłamstwa na temat katastrofy, powstała dopiero w 2013 r.) wiara, że katastrofa smoleńska nie była zwykłym wypadkiem komunikacyjnym, ale efektem sabotażu, spisku, a może i zamachu, wrosła w świadomość sporej części społeczeństwa. Przeprowadzane z okazji kolejnych rocznic 10.04 sondaże mówią to samo: około jednej trzeciej Polaków jest przekonanych, że komisja Millera nie wyjaśniła przyczyn katastrofy, co więcej – że katastrofa była efektem zamachu. Z kolei jedynie 29 proc. twierdzi przeciwnie, czyli że okoliczności tragedii są znane, a o zamachu nie może być mowy. Reszta się waha. I to jest ta grupa, którą prezydent Duda i jego prezes chcą przeciągnąć na swoją stronę.

Wsparcie właśnie nadchodzi w postaci filmu Antoniego Krauzego „Smoleńsk”, który z pięciomiesięcznym poślizgiem pojawia się w kinach. Fabuła powstawała z problemami, twórcy długo nie mogli znaleźć pieniędzy na realizację, na samym finiszu pojawiły się nieporozumienia między producentem Maciejem Pawlickim a reżyserem, które doprowadziły do odwołania zaplanowanej na kwiecień premiery. W sumie prace nad filmem, którego scenariusz czerpie garściami z ustaleń zespołu Macierewicza, trwały ponad trzy lata. Efekt końcowy powinien zadowolić wyznawców teorii spiskowych, bo też dzieło Krauzego jest wokół nich osnute, choć nie mówi wprost o zamachu. Główna bohaterka, grana przez Beatę Fido dziennikarka Nina (jej pierwowzorem była działaczka ruchów smoleńskich Ewa Stankiewicz, całość zdaje się czerpać inspirację z „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy), jeździ po świecie, by dotrzeć do tzw. prawdy o katastrofie smoleńskiej, która naturalnie różni się od oficjalnej. Scena pokazująca ostatnie chwile przed upadkiem samolotu dowodzi, że miała rację – przez kabinę tupolewa przetacza się pochodząca od wybuchu kula ognia.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną