Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Na łów, na łów, towarzyszu mój

Nazwa Ministerstwo Środowiska nie dookreśla, czy chodzi o owegoż środowiska ratowanie i chronienie, czy przeciwnie: niszczenie i degradowanie.

„Zdradziecko bój zaczął myśliwy” – pisał w „Dziadów” części pierwszej Adam Mickiewicz. Dodajmy, że nie tylko „zdradziecko”, ale także tchórzliwie, korzystając koniunkturalnie z krótkowzroczności i dziwactwa władzy. Nie od rzeczy napisałem „dziwactwa”, choć łagodniej by było „oryginalności”. Czy jednak byłoby to słowo wystarczająco prezentujące zjawisko pod tytułem Jan Szyszko? Jest to bowiem jedyny bodaj w Europie i na szerokim świecie minister środowiska, który nie cierpi przyrody. Czy go w dzieciństwie wilk ugryzł w pośladek, czy mu dzięcioł narobił na głowę? Dość, że pała do natury patetyczną nienawiścią. Jak w tej piosence Grześkowiaka „chłop żywemu nie przepuści, (...) jak się żywe napatoczy, nie pożyje se a juści!”.

Nasz minister spraw zagranicznych szkodzi obrazowi Polski za granicą. Takie są obiektywne fakty. Subiektywnie chciałby jednak jak najlepiej; może więc odpowiadać tylko za skutki, a nie intencje. Z Janem Szyszko jest zupełnie inaczej. Gdzie tylko nawinie mu się kawałek piękniejszej natury, postępuje konsekwentnie podług zasady (znowu Grześkowiak): „ulżyj sobie, weźże kopnij”. Oczywiście nazwa Ministerstwo Środowiska nie dookreśla, czy chodzi o owegoż środowiska ratowanie i chronienie (które z nazwy wypadło), czy przeciwnie: niszczenie i degradowanie. Wątpliwości takie nasuwają się obywatelowi Rzeczpospolitej, gdy patrzy dzisiaj na przykład na Ministerstwo Edukacji, a od lat na Ministerstwo Zdrowia. Elementarny rozsądek dyktowałby jednak przekonanie, że chodzi pomimo wszystko o usiłowanie zadbania, objęcia opieką wycinka rzeczywistości zaszeregowanego we władanie resortu. Z Janem Szyszko, jako się rzekło, jest zupełnie inaczej.

Polityka 43.2016 (3082) z dnia 18.10.2016; Felietony; s. 96
Reklama