Jak się rodzą współczesne satrapie

Przepis na dyktatora
Mikal Hem, norweski dziennikarz, autor książki „Jak zostać dyktatorem. Podręcznik dla nowicjuszy”, o tym, że każdy głupi umiałby nim zostać, ale niewielu potrafi pozbyć się wszelkich hamulców.
„Rozdawanie urzędów, posad, rządowych zamówień swoim ludziom i odbieranie ich przeciwnikom to podstawowa sztuka budowania i sprawowania dyktatorskiej władzy”.
SvetaZi/PantherMedia

„Rozdawanie urzędów, posad, rządowych zamówień swoim ludziom i odbieranie ich przeciwnikom to podstawowa sztuka budowania i sprawowania dyktatorskiej władzy”.

Pomnik turkmeńskiego prezydenta Saparmurata Nijazowa w Aszchabadzie. Rządził Turkmenistanem 21 lat, najpierw jako I sekretarz komunistycznej partii, później jako prezydent.
Burt Herman/AP/EAST NEWS

Pomnik turkmeńskiego prezydenta Saparmurata Nijazowa w Aszchabadzie. Rządził Turkmenistanem 21 lat, najpierw jako I sekretarz komunistycznej partii, później jako prezydent.

Mikal Hem
Jan M. Lillebø/Bergens Tidende

Mikal Hem

audio

AudioPolityka Jacek Żakowski - Przepis na dyktatora

Jacek Żakowski: – Dzień dobry, czy pan Mikal Hem?
Mikal Hem: – Słucham.

Nazywam się Jacek Żakowski. Dzwonię z Polski. Chciałbym zostać dyktatorem.
Nie pan jeden.

W tym rzecz. Mamy już kilku chętnych. Szukam eksperta, dzięki któremu wygram wyścig.
Proszę przeczytać książkę.

Kilka przeczytałem. I nic. A pan napisał „podręcznik dla nowicjuszy”. Chcę z pańskiej wiedzy skorzystać, nim ukaże się w Polsce i przeczytają ją moi konkurenci. Pomoże mi pan?
Pomogę panu zostać dyktatorem, jeśli pan mi pomoże wypromować książkę.

Jak tylko zdobędę władzę, każę usunąć ze szkół La Fontaine’a, a na jego miejsce wstawię pańską książkę. Ale może inną.
To by była korupcja.

Już wiem, że jako przyszły dyktator muszę korumpować innych.
Ja, jako dziennikarz, nie muszę się korumpować.

Do tego wrócimy. Od czego mam zacząć, żeby zdobyć w Polsce władzę dyktatorską?
W takim kraju jak Polska najpierw musi pan wygrać wybory, a potem zmieniać system. Tak jak Władimir Putin stopniowo przejmować kontrolę nad mediami, sądami, oświatą i gospodarką.

Nad gospodarką też?
Oczywiście. Jeśli chce się pan utrzymać jako dyktator, musi pan zdobyć kontrolę nad zasadniczą częścią gospodarki. Część trzeba znacjonalizować, a resztę uzależnić i nastraszyć na tyle, żeby prywatny biznes nie spiskował z ludźmi, którzy mogliby pana obalić.

Masa pracy.
Zwłaszcza że musi pan zadbać o pozory legalności, przynajmniej dopóki nie będzie pan miał pełni władzy.

Prościej się nie da? Partyzantka miejska albo zamach stanu?
W Europie to już tak nie działa. Można próbować wojskowego zamachu albo partyzantki, ale ludzie są zbyt zamożni, za dobrze wykształceni i przez to wrażliwi na demokratyczne gwarancje. Na Zachodzie prymitywne przewroty wyszły z mody. Nawet w Turcji ostatni zamach był totalną klapą, bo społeczeństwo zaprotestowało.

W Egipcie poszło lepiej.
Polska jest w Europie. Zamachy są popularne w państwach biednych i autorytarnych. W Polsce trzeba się będzie trochę napracować. Najpierw musi pan wejść do polityki z populistyczną agendą.

To od czego zacząć?
To jest najtrudniejsze, bo tu ma pan silną konkurencję. Wszędzie jest masa populistów. Trzeba wyczuć czas. Teraz radzę zacząć od haseł antyimigranckich i powrotu do tradycyjnych wartości. Rodzina, bezpieczeństwo, naród, suwerenność w niepewnych czasach najlepiej się sprzedają. W Polsce nie zalecam haseł antyunijnych. Bo Polacy wciąż są euroentuzjastami.

Unia chce pomagać uchodźcom i ogranicza suwerenność państw.
Jeśli chce pan zostać dyktatorem w Polsce, konflikt z Brukselą, a może też z Waszyngtonem, jest nieunikniony. Ale może pan osłabić zarzut, że jest pan przeciw Unii, jeśli pan powie, że trzeba ją zmienić, żeby wyszła z kryzysu. Musi pan tylko możliwie często powtarzać, że broni pan konstytucji, tożsamości, niepodległości, a zwłaszcza prawdziwych konstytucyjnych wartości i że w imię prawdziwej demokracji walczy pan ze skorumpowaną, niepatriotyczną elitą, która jest związana z Brukselą. Jak będzie pan powtarzał, że dotychczasowa władza była skorumpowana, niepatriotyczna, niedemokratyczna i łamie konstytucję, to spora część ludzi uwierzy, bez względu na to, jaka jest w Polsce prawda. To się zwykle sprzedaje.

Przyjmijmy, że ludzie to kupią i zostanę wybrany.
Wtedy musi pan zacząć poszerzać swoją władzę, tłumacząc, że chodzi o wyzwolenie ludzi z rozmaitych opresji. „Muszę mieć więcej władzy, żeby lepiej was chronić” albo „żeby zapewnić prawdziwą demokrację”, albo „żeby zwalczyć korupcję”, albo „żeby kraj się lepiej rozwijał”. A najlepiej „żeby walczyć z wrogiem”. Trzeba go możliwie wyraźnie wskazać, żeby ludzie sami powszechnie i szczerze chcieli pozbyć się praw obywatelskich.

Terroryzm wystarczy?
Jeśli były zamachy, to tak. W Polsce nie było zamachów, więc trzeba mieć coś jeszcze. Najlepsza byłaby partyzantka istniejąca lub mogąca powstawać albo jakieś ugrupowanie mogące używać przemocy. Trzeba je wskazać palcem. Najlepiej pokazując konkretne osoby. Ale niezłe jest też sugerowanie, że istnieje jakaś niejawna struktura albo sieć powiązań, które szkodzą i mogą jeszcze bardziej zaszkodzić.

Masoneria?
Lepiej coś bardziej nowoczesnego. Musi się pan postarać, by ludzie uwierzyli, że to pan może rozwiązać problem prawdziwych lub zmyślonych zagrożeń. Czasem wystarczy mówić o spisku lub zmowie rozmaitych elit przeciw zwykłym ludziom. Bo ludzie przeważnie patrzą na elity z pewną nieufnością. Teraz jest ona silniejsza niż zwykle. Nie trzeba nawet stawiać konkretnych zarzutów, których musiałby pan dowodzić. Lepiej puszczać oko: „wiadomo, czym się kierują” albo „łatwo zgadnąć…”. Ważne, żeby o przeciwnikach mówić zawsze „oni”, a o społeczeństwie i o sobie „my”. Wiele osób bardzo chętnie się zgodzi, żeby „tamtym” coś zabrać, pozbawić jakichś praw.

Ale wcześniej czy później zaczną się orientować, że także „my” tracimy prawa, które odbieramy „im”.
Trochę czasu pan ma, zanim skończy się proces „walki z przywilejami” czy „uzurpatorami” i ludzie zrozumieją, że zamiast zyskać na przykład kosztem sędziów albo dziennikarzy, sami na tym stracili, a jedynym skutkiem jest wzmocnienie pańskiej osobistej władzy. Dlatego musi pan od początku pamiętać o wychowywaniu sobie zwolenników. Najbardziej sprawni dyktatorzy, tacy jakim był Saddam Husajn, umieją zadbać o to, by ich kult był budowany na każdym przedmiocie szkolnym. W Iraku nawet matematyczne zadania w szkolnych podręcznikach sławiły prezydenta. Na przykład „Prezydent Husajn kazał dać 50 uczniom po cztery cukierki. Ile cukierków dostali uczniowie?”. „Rukhama”, książka Turkmenbaszy, czyli prezydenta Turkmenistanu, była obowiązkową lekturą od podstawówek do uniwersytetów. Z jej treści przepytywano kandydatów do pracy w urzędach, a nawet osoby zdające na prawo jazdy. Kontrola systemu edukacyjnego będzie obok mediów, sądów i tajnych służb jednym z najważniejszych filarów trwałości pana dyktatury. Spotkałem kiedyś dziewczynę, która opowiadała, że dorastając w Syrii, kochała prezydenta Assada i kłóciła się z rodzicami, którzy nie byli jego zwolennikami. Bo wszędzie od przedszkola i szkoły po prasę i telewizję otaczały ją piękne historie o sprawiedliwym, dobrym i mądrym prezydencie. W dłuższym okresie to działa.

Na mnie nie działało w komunistycznej Polsce.
Ale na wielu działa. Dlatego musi pan dbać, żeby możliwie wielu obywateli codziennie dostawało porcję potwierdzeń pańskiej wyjątkowości. Nie tylko w szkole i mediach. Niezwykle ważne będą pańskie pomniki. Powinno być ich jak najwięcej i powinny stać w najważniejszych miejscach. Pańskim imieniem powinny być nazywane najważniejsze ulice, szkoły, mosty, uniwersytety.

To trochę krępujące. I w Polsce mogłoby się źle kojarzyć. Wiele osób pamięta kult jednostki. Po obaleniu Stalina komuniści stawiali już raczej pomniki Lenina.
Tego bym nie zalecał. Komuś może przyjść do głowy, że kto inny będzie lepiej niż pan kontynuował dzieło.

A gdybym miał jakiegoś zasłużonego bliskiego krewnego, który już nie żyje?
To by było dobre rozwiązanie. W Azerbejdżanie prezydent Alijew budował swój kult na kulcie zmarłego ojca, także prezydenta sprawującego dyktatorską władzę. Wszyscy rozumieli, że kult ojca odnosi się do syna. To bardziej inteligentne niż budowanie swoich własnych pomników. Może pan twierdzić, że jest pan jedynym prawnym kontynuatorem dzieła takiej osoby. Ważne, żeby się pan z nią nie zlał. To pan ma być w oczach ludzi bogiem lub kimś w rodzaju jego wysłannika. Dlatego dobrze jest zadbać też o specjalny tytuł dla siebie.

Na przykład?
To nie musi być żaden specjalny tytuł, jaki miał na przykład Turkmenbasza czy duce. Może być pozornie zwykłe słowo, które się z panem zrośnie. W czasach Mao każdy Chińczyk wiedział, kim jest Chairman (Przewodniczący, Prezes). Dość popularny jest też tytuł „Ojciec”. Bo dobrze się kojarzy, zwłaszcza z jakimś dodatkowym słowem.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną