Narodowa gospodarka według PiS

Repolonizacja, czyli ile Polski w Polsce
Hasło repolonizacji współgra z nacjonalistycznymi nastrojami części społeczeństwa. Ale przede wszystkim jest politycznym instrumentem PiS, który ma poszerzać władzę tej partii i jej wpływy.
Wicepremier Mateusz Morawiecki i premier Beata Szydło na posiedzeniu Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów
Adam Chełstowski/Forum

Wicepremier Mateusz Morawiecki i premier Beata Szydło na posiedzeniu Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów

Ilustracja pochodzi ze zbiorowego dzieła „Repolonizacja Polski”
Wydawnictwo Biały Kruk

Ilustracja pochodzi ze zbiorowego dzieła „Repolonizacja Polski”

Hasło repolonizacji ma wyłączyć racjonalne myślenie i głębszą refleksję. Przy okazji sparaliżować opozycję jako trywialną, pozbawioną emocji i narodowych wzruszeń.
Wydawnictwo Biały Kruk

Hasło repolonizacji ma wyłączyć racjonalne myślenie i głębszą refleksję. Przy okazji sparaliżować opozycję jako trywialną, pozbawioną emocji i narodowych wzruszeń.

Repolonizacja, jeśli wysnuwać wnioski z wielu wypowiedzi polityków PiS i głosów prawicowych publicystów, ma w tej chwili dwa główne znaczenia. Po pierwsze, oznacza „przywrócenie polskości” w gospodarce i mediach, bo jak wiadomo „kapitał ma narodowość”, wbrew obłudnym twierdzeniom neoliberałów. Zarazem jednak wyraźnie nie chodzi o wykupienie firm, banków, stacji telewizyjnych i wydawnictw z rąk zagranicznego kapitału prywatnego przez polski, narodowy kapitał prywatny. Polski biznes jest na to ogólnie za słaby, a nawet gdyby znalazła się wystarczająco duża prywatna korporacja, to właśnie jako duża byłaby dla PiS progowo podejrzana, bo partia ta lansuje „małych i średnich przedsiębiorców” jako wzorcowy przykład „patriotycznego”, bo łatwego do politycznej kontroli, biznesu.

Gospodarka Skarbu Państwa

Repolonizacja oznacza więc de facto nacjonalizację drogą wykupu przez spółki Skarbu Państwa. To załatwia dwie rzeczy jednocześnie: ograniczenie zachodniego (zwłaszcza niemieckiego) kapitału w Polsce, a zarazem powiększenie udziału tej sfery gospodarki, gdzie wpływy i stanowiska podlegają ścisłej reglamentacji ze strony partii rządzącej. Taka repolonizacja sprowadza się więc w praktyce do powiększania wpływów politycznego dysponenta, który „zarządza dystrybucją polskości”. Np. w mediach.

„Czyj punkt widzenia przedstawiają gazety z kapitałem zagranicznym, na pewno polski? – pytała w TV Republika Elżbieta Kruk, posłanka PiS. – Dlaczego tak wielu polityków i publicystów tak zaciekle broni interesu niemieckiego, a nie polskiego?”. Inna posłanka tej partii Barbara Bubula zauważa w wywiadzie dla wPolityce.pl: „Można przy pomocy obecnego prawa jak i poprawienia go w duchu standardów europejskich spowodować, że nie będzie już w mediach przewagi głosów, które nie reprezentują polskiej racji stanu”.

Pomijając już typowe dla PiS insynuacje zawarte w wypowiedziach posłanek specjalizujących się w mediach, trudno nie potraktować tych wynurzeń jako zapowiedzi prób repolonizacji tychże mediów. Zwłaszcza że Elżbieta Kruk dodaje w tym samym wywiadzie, że wykup może przebiegać „różną drogą” i „może się zdarzyć, że trzeba będzie po prostu wycofać się z rynku”.

Mentalnie poza Unią

Po drugie, repolonizacja oznacza nieustanne separowanie się i mentalne opuszczanie Unii Europejskiej. Z tego punktu widzenia, na przykład, walka PiS z Trybunałem Konstytucyjnym czy z sądownictwem to nic innego jak „repolonizacja prawa”. Kiedy Jarosław Kaczyński ogłaszał w Krynicy, w obecności Viktora Orbána, „kulturową kontrrewolucję”, to też miał na myśli rodzaj repolonizacji (oraz „remadziaryzacji”, gdy chodzi o Węgry) sfery kultury, obyczajów, widzenia historii, cywilizacyjnych standardów, miejsca religii w państwie itd.

Nawet w niedawnej kłótni o Muzeum II Wojny Światowej chodziło w gruncie rzeczy o to samo: prawicowi krytycy koncepcji prof. Machcewicza zarzucali mu, że muzeum w jego rozumieniu za mało przedstawiało polski punkt widzenia na rzecz uniwersalistycznego przekazu o okropnościach wojny zwłaszcza dla ludności cywilnej. Druga wojna w tym ujęciu jawiła się tym krytykom jako zbyt abstrakcyjne memento dla Europy i świata, a za mało – czysto polskie doświadczenie. Ogólnie chodzi o to, że repolonizacja ma być postawą polityczną, w której Unia Europejska jako dzisiejsza wersja Zachodu jest traktowana jako twór zewnętrzny, w zasadzie wrogi, któremu nie wolno ufać i z którym trzeba twardo pertraktować, z góry zakładając złą wolę partnerów. Świadomość, że Polska jest integralną częścią Unii, więc negocjuje po części sama ze sobą, ma być rozmywana i unieważniana. Polska jest w Unii po pieniądze, a do reszty Bruksela ma się nie wtrącać. Tę myśl, idealnie wpasowującą się w myślenie PiS, sformułował z kolei premier Viktor Orbán.

Repolonizacja jest zatem w swojej najgłębszej istocie wyłączaniem się ze wspólnoty zachodniej na rzecz „powrotu do tożsamości”, co oznacza w praktyce szukanie antyzachodnich sojuszy słabszych i pokrzywdzonych. Przy skrajnej nieufności rządzącej w Polsce prawicy do Niemiec, ostatnio także Francji, repolonizacja oznacza powrót na swojski wschód, z mrzonkami o byciu liderem drugiej europejskiej ligi, którego to przywództwa żaden kraj środkowowschodniej Europy notabene nie chce, bo ma własne polityczne interesy oraz specyficzne w każdym przypadku (lepsze zresztą niż Polska) relacje z Rosją.

Wezwanie do „repolonizacji” zostało właśnie podbudowane intelektualnie i programowo przez wydawnictwo Biały Kruk, wokół którego – jak można przeczytać – zbiera się środowisko, które to niedawno uhonorowało Antoniego Macierewicza tytułem Patrioty Roku 2016. Teraz Biały Kruk wydał zbiorowe dzieło właśnie pod tytułem „Repolonizacja Polski”. Jest to swoista kontynuacja książki z 2014 r. „Wygaszanie Polski”, o której pisaliśmy (POLITYKA 17/15) – to taka boczna nitka pisowskiej narracji, gdzie myśli mogą płynąć bardziej swobodnie, bo nie mają oficjalnego stempla. Ale właśnie dlatego można zobaczyć, co jest w głowach ludzi blisko związanych z rządzącą formacją, jakie są pomysły, wokół jakich spraw rozwija się polityczna i ideologiczna wyobraźnia tego obozu.

Nowe dzieło, tak jak poprzednio zbiorowe, autorzy znani, przygotowane jest zbiorowym wysiłkiem państwa Leszka i Jolanty Sosnowskich. Już na okładce znalazło się stwierdzenie, że „cały majątek narodowy został wyprzedany (za grosze!)”, bo politycy „jeszcze niedawno” rządzący wszystko poddali zagranicznym hegemonom, co było kamuflowane przez wydawane po polsku cudzoziemskie gazety, radia i telewizje. Sytuacja przypominała dramat Polski w XVIII w. Polska była wygaszana, osiągnęła „stan miękkiego wynaradawiania naszej Ojczyzny”. Zwycięstwo w 2015 r. tzw. opcji patriotycznej „przyszło w ostatniej chwili”, dało szansę odwrócenia biegu historii, dało szansę repolonizacji, która „musi zostać przeprowadzona praktycznie we wszystkich dziedzinach i na różnych polach społecznej aktywności”, a zwłaszcza w miejscach szczególnie „zainfekowanych”, np. w kulturze i w mediach. Ale także w ochronie przyrody, w rolnictwie, w gospodarce, historii oraz oczywiście w prawie i polityce. To tylko przykłady.

Dominującym stylem rozprawiania o repolonizacji jest trzebologia. Trzeba zatem zrobić to i to, trzeba, żeby było lepiej i inaczej, niż było, trzeba stworzyć, uchwalić, przeprowadzić i doprowadzić, zadbać o polskie i chrześcijańskie wartości, o nową konstytucję i o upodmiotowienie polskiej polityki. Wyrazistym przykładem tej metody jest podpis pod rysunkiem Juliusza Kossaka „Książę Wiśniowiecki na mogile”: „Trzeba na nowo odbudować wielkość naszej Ojczyzny, dumę z jej bohaterskiej historii oraz dumę z bycia Polakiem”. „Trzeba przywrócić teatrowi polskie i chrześcijańskie korzenie” – pisze Temida Stankiewicz-Podhorecka. O repolonizacji wymiaru sprawiedliwości pisze Małgorzata Wassermann: „mamy w polskim sądownictwie problem, który godzi w podstawową komórkę społeczną Polski, czyli w rodzinę”. Pozytywnym przykładem repolonizacji jest dla niej nowa prokuratura pod wodzą Zbigniewa Ziobry.

O rolnictwie pisze w książce Daniel Obajtek: „zakup niepolskich produktów nie służy Polsce”. Dr Jerzy Kruszelnicki z nostalgią wspomina czasy świetności Ligi Ochrony Przyrody, pisząc: „Mikołajek nadmorski, szarotka, żubr czy cis kojarzyły się wówczas natychmiast także jako oznaki polskości”. Repolonizacja przyrody, jak można wywnioskować, ma polegać na uwolnieniu się od rygorów unijnych w tej dziedzinie i niejako „odzyskaniu niepodległości” przez polskie parki narodowe. Na kompromisy nie idzie prof. Andrzej Nowak, pisząc, że „Polak może uratować świat”, i dalej: „każdy naród ma prawo do obrony swojej dumy, choć może nie każdy ma tyle powodów do słusznej dumy, ile naród polski w swojej historii”. A Janusz Szewczak dodaje: „czas najwyższy, by odzyskać niepodległość ekonomiczną; trafnie i lapidarnie ocenił to parę lat temu premier Jarosław Kaczyński, stwierdzając: »Ta nasza niepodległość jest dziś wystawiona na szwank, bo jesteśmy w dużej mierze wykorzystywanym peryferium Europy, na którym żeruje światowa lichwa«”. Prof. Janusz Roszkowski natomiast zauważa: „Relacje Polski ze światem zewnętrznym były oparte na kompleksie niższości i braku nadziei na wykorzystanie szans w zmieniającym się na naszą niekorzyść świecie”.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną