Ziemowit Szczerek wraca do trudnych relacji polsko-ukraińskich

Do przyjaciół Ukraińców
Dał nam przykład Putin, jak się odnosić do siebie mamy? – autor tekstu o filmie „Wołyń” odpowiada na głosy krytyki z Ukrainy.
Polityka

Wchodzę któregoś dnia w internet – a tam się Jurij Andruchowycz wyzłośliwia, że niby go od nacjonalistów wyzywam, bo mu się film „Wołyń” nie podobał. I pan Andrij Pawłyszyn z „Lwiwskiej Hazety” też nade mną ręce załamał: niby taki ze Szczerka funfel Ukrainy, a się nad „Wołyniem” filmem apologetycznie wywzniaśla. A wszystko to dlatego, że w Wchodzę któregoś dnia w internet – a tam się Jurij Andruchowycz wyzłośliwia, że niby go od nacjonalistów wyzywam, bo mu się film „Wołyń” nie podobał. I pan Andrij Pawłyszyn z „Lwiwskiej Hazety” też nade mną ręce załamał: niby taki ze Szczerka funfel Ukrainy, a się nad „Wołyniem” filmem apologetycznie wywzniaśla. A wszystko to dlatego, że w eseju na temat filmu „Wołyń”, który POLITYKA dołączyła do swojego numeru, ośmieliłem się nie wpaść w wojenne tarabanienie pod tytułem „zdrada Smarzowskiego” i nie pytałem, oburzony, „ileż to Smarzowski srebrników z Moskwy wziął za szkalowanie Ukrainy”. No cóż, nie wpadłem, bo – mimo wszystko – nie uważam, że w sprawie „Wołynia” mamy do czynienia ze złowrogimi siłami zła z jednej strony i z błyszczącymi siłami zła z drugiej. Starałem się zwrócić uwagę na złożoność problemu. Na fakt – z mojej perspektywy najważniejszy – że to, co Polacy próbują za pomocą „Wołynia” Ukraińcom pokazać, czyli potworność całej tej zbrodni, na Ukrainie wywołuje oburzenie: „jak można tak epatować!”. W Polaku – tak wygląda schemat – na takie ukraińskie dictum z miejsca budzi się jasna cholera: „To trzeba było tak nie mordować!”. A w Ukraińcu – wiadomo: „A to ja mordowałem?! A poza tym – trzeba było się tak nie wozić po Ukrainie jak paniska, cerkwi nie burzyć, ludzi nie prześladować, toby was ludzie nie nienawidzili!”. I tak dalej, znamy to wszystko dobrze, ale – uważam – to pierwsze zarzewie nieporozumienia jest w sprawie „Wołynia” najważniejsze, i dlatego uznałem, że warto je przywołać. Pisałem też, że o ile w Polsce, przynajmniej w kręgach liberalnych, toczy się głęboka dyskusja na temat polskiej kolonialnej roli na Ukrainie i odbywa się gromkie (choć w niektórych przypadkach na pokaz) bicie w piersi, to na Ukrainie, mam wrażenie, mało kto ma ochotę podnosić temat Wołynia (choć, oczywiście, są uszanowania godne wyjątki), odbywa się natomiast raczej proces rozmontowywania odpowiedzialności. Proces ten, kierowany przez Wołodymyra Wiatrowycza (historyka przychylnego UPA, przewodniczącego Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej – red.), przypomina cwaniacką zasadę: „Jak złapią cię za rękę, to mów, że jest nie twoja”, i wygląda tak: „OUN to nie UPA, UPA to nie Wołyń, nic z niczym nie ma nic wspólnego, żaden łańcuch przyczynowo-skutkowy nie istnieje”. Słowem – mamy tutaj do czynienia z dość wulgarnym, jak to się mówi, ładowaniem w wała. I jest to, w sumie, ładowanie dość rosyjskie w formie, bo przecież to właśnie za pomocą takich właśnie chwytów Rosja Zachód trolluje. Samoloty nad Łotwą? Jakie samoloty? Rosyjscy żołnierze na Ukrainie? Jacy rosyjscy żołnierze? Mundury? Eee! Takie mundury można kupić w każdym sklepie z militariami. Siekiery? Motyki? Eee… takie motyki, to… I trudno się dziwić, że w tej sytuacji niektórych Polaków to drażni. Wpadłem więc, pisząc o „Wołyniu”, na taką, wydawałoby się, niewinną i banalną myśl, że może – hm – zważę racje? Pokażę punkt widzenia obu stron? Andruchowycz natomiast na taką myśl nie wpadł. Zanim jeszcz

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj