Co pozostało z Czarnego Protestu

Parasolki i parasole
Co zostało z energii Czarnego Protestu w pół roku po tamtych wydarzeniach? Wypaliło się, czy jednak mamy nowe otwarcie do wspólnej kulturowej rewolucji?
Czarny protest w Brukseli przed siedzibami Komisji Europejskiej, Rady UE i Ambasady RP
Marta Darowska/Reporter

Czarny protest w Brukseli przed siedzibami Komisji Europejskiej, Rady UE i Ambasady RP

Agata Czarnacka
Krystian Maj/Reporter

Agata Czarnacka

Jesienią 2016 r. czas wydawał się sprzyjać kobietom. Podczas gdy Polki wychodziły gromadnie na ulice, w trzech innych krajach ważyły się losy tych, które spróbowały sięgnąć po najwyższe stanowiska w państwach. W drugich turach wyborów prezydenckich startowały jednocześnie Hillary Clinton w USA, Cecka Czaczewa w Bułgarii i Maia Sandu w Mołdawii. Na półkach księgarń stały książki pisane przez socjologów mówiące, że XXI w. będzie stuleciem kobiet, a nowy typ podmiotowości, wyposażony w kobiece, miękkie kompetencje, miał być odpowiedzią na trudności współczesnej polityki i gwarancją pokoju.

Żadna z kandydatek na prezydentkę nie zdobyła mandatu, a próby powtórzenia w Polsce wielkiego sukcesu czarnego poniedziałku udały się połowicznie. Więc co z tym stuleciem kobiet?

Zwłaszcza przegrana Clinton była dla wielu ogromnym zaskoczeniem. Analizując przyczyny porażki, wspominano Sheryl Sandberg, szefową operacyjną Facebooka. W opublikowanej właśnie książce „Włącz się do gry. Kobiety, praca i chęć przywództwa” przekonywała, że merytokratyczne zasady gry społecznej nie przekładają się na powszechny awans kobiet dlatego, że one same nad tym nie pracują, a skupiają się na byciu lubianą czy na dzieciach. Tytułowe włączanie się do gry miało oznaczać nową, bardziej zaangażowaną postawę kobiety w jej zawodowej roli.

Niestety, wbrew optymistycznym osądom Sandberg merytokracja jako system uzależniający sukcesy od zdolności i zaangażowania nawet w Ameryce jest częściej utopią niż rzeczywistością. W Polsce, choć wydawało się, że partie polityczne, media czy koncerny dały się przekonać do kobiet, w praktyce chodziło o twarz, najlepiej ładną, nie głębsze zmiany społeczne. Postawiono na lalki (SLD i Magdalena Ogórek), lojalne kontynuatorki linii nieobecnego wodza (PO i Ewa Kopacz), a nawet na marionetki (PiS i Beata Szydło). Liberalna i progresywna część wyborców skwitowała te próby wizerunkowego nadążania za nowoczesnością wzruszeniem ramion i wycofaniem poparcia…

Co ciekawe, ta gierka z nowoczesnym konwenansem bardzo spodobała się konserwatystom – i im udało się ją wygrać. Beata Szydło, która słynie z tego, że ogląda się na prezesa Jarosława Kaczyńskiego nawet w trakcie wystąpień w Sejmie, cieszy się stałym poziomem zaufania Polaków, zaraz po prezydencie Andrzeju Dudzie. Być może dlatego, że dla konserwatywnej części wyborców jest dokładnie tam, gdzie jako kobieta powinna być. Formalnie ma władzę zwierzchnią nawet nad prezesem, ale przede wszystkim jako szyja przekazuje zamysły głowy niższym częściom rządowego i partyjnego ciała.

Tyle feminizmów, ile feministek

Pretensje części kobiet do Sandberg (czy Clinton) dobrze pokazują to, z czym kobiety wciąż się nie uporały. Zasadniczo nierówność płci to fundamentalny problem feminizmu, ale już opisy problemu i recepty, jak mu zaradzić, są bardzo różne. Ile grup kobiet, ile sytuacji, tyle recept na poprawę, często sprzecznych. Wymiary i powody dyskryminacji przecinają się i kumulują, jeszcze bardziej podkopując merytokratyczny hurraoptymizm. W Polsce może trudno mówić o wpływie koloru skóry na życiowe szanse, ale już to, czy pochodzi się z dużego czy małego miasta lub wsi, daje się wyraźnie przełożyć na dalsze losy. Alimenciary, czyli badaczki trudnego polskiego macierzyństwa, jeszcze do niedawna stały po przeciwnej stronie barykady niż Kongres Kobiet, związany z Konfederacją Pracodawców Lewiatan, zawsze w dobrych stosunkach z liberalnym rządem PO i celebrujący kobiety odnoszące sukcesy w biznesie (także dzięki niskim płacom).

Okazało się, że po jesiennym Czarnym Proteście, w którym zahartowane radykalne i liberalne feministki brały udział ramię w ramię z dziewczynami pierwszy raz wychodzącymi protestować, kobiety znacznie lepiej poradziły sobie z panującą w ruchu różnorodnością opinii niż politycy czy dziennikarze. Ci przede wszystkim chcieli wiedzieć, czy dana aktywistka jest „za aborcją” (skandal! porażka wizerunkowa!) czy za kompromisem. A kobiety po prostu wzruszały ramionami i odpowiadały, że to nie ich sprawa. Każda była tam dlatego, że uznała za skandal to, że ktoś postanowił jej i innym kobietom odebrać prawo do decydowania o sobie zgodnie z własną oceną i sumieniem. I to przeważyło. „Solidarność naszą bronią!” – to skandowały wszystkie. Tę energię udało się zachować. Dziewczyny, które w czarny poniedziałek stały z megafonami, w kolejnych miesiącach rozjechały się po Polsce. Na fali tamtej energii powstały sojusze dawniej niemożliwe: Kongres Kobiet ramię w ramię z dziewczynami z ruchów miejskich, deklarujących niechęć i do establishmentu, i do polityki w ogóle, aktywistki, do tej pory zajęte zdobywaniem w miastach przestrzeni dla rowerów, jeżdżące do małych miasteczek, by tam na miejscu wesprzeć mikroprotesty, organizowane przez lokalne nauczycielki w sprawie ustawy aborcyjnej.

W kwietniu organizacje feministyczne z całej Polski zawiązały Wielką Koalicję za Równością i Wyborem, rozciągającą się na całą siatkę współpracy i politycznego nacisku. Są w niej doświadczone organizacje pożytku publicznego, Feminoteka czy Kongres Kobiet, a także nieformalne grupy komunikacyjne, takie jak Dziewuchy Dziewuchom, czy ogólnopolski ruch akcyjny, jak Ogólnopolski Strajk Kobiet. Jeśli przedsięwzięcie się uda – a dzięki tzw. miękkim umiejętnościom kobietom generalnie udają się takie rzeczy – będzie to nowa jakość w polskim życiu politycznym i społecznym. To jeszcze nie jest byt na miarę partii, ale już spora grupa nacisku zdolna do czynu, kiedy nadejdzie taka potrzeba.

A powodów do gniewu nie brakuje. Koalicja zresztą już na wstępie postawiła sobie za cel skompletować polską Czarną Księgę Kobiet. Nie wszystkie problemy są wystarczająco medialne, a niektóre – jak likwidowanie programów medycznych – mają poważne i długofalowe konsekwencje. Dzięki WKRW, przez działaczki pieszczotliwie zwanej WKuRWem (media zwróciły uwagę właśnie na ten akronim), po raz pierwszy staje się widoczna skala problemu. A, jak wiadomo, świadomość jest kluczem do zmian.

Akcja i reakcja

Trzecie prawo dynamiki Newtona mówi, że tam, gdzie jest akcja, jest i proporcjonalna reakcja. Jeśli coraz wyraźniejsza zmiana społeczna wiąże się z demontowaniem istniejących przywilejów i hierarchii, nowa, nierozpoznana sytuacja budzi frustrację i chęć powrotu do świata, którego już nie ma. A także wywołuje niejasną, wyrażaną nie wprost agresję, nazywaną reakcją, z angielska backlashem.

Zjawisko to dotyczy i mężczyzn, i kobiet. W Ameryce m.in. w ten sposób tłumaczy się dużą liczbę kobiet głosujących na Donalda Trumpa, ale też np. powrót do kultu silnej męskości w Rosji Władimira Putina. W Turcji – członku NATO, do niedawna aspirującym do Unii Europejskiej – próbowano przywrócić tradycyjne prawo, zgodnie z którym gwałt nie jest karany, o ile gwałciciel ożeni się ze swoją ofiarą. W Polsce reakcją na nadchodzącą zmianę była kampania przeciwko „ideologii gender”. Kolejny szaniec chwiejący się pod naporem reakcji to słynna Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Po Czarnych Protestach politycy i czołowi publicyści atakowali wprost, mówiąc o goleniu głów.

Publiczna obrona nierówności i bezkarnej przemocy jeszcze do niedawna była nie do pomyślenia. Prawa człowieka, priorytety ONZ czy wskaźniki demokratyzacji były trochę jak kodeks honorowy. Otwarte przeciwstawianie się temu demokratycznemu konsensowi było odbieranie mniej więcej tak, jak publiczne dłubanie w nosie. Na fali kontrowania zmian ów konsens się wyczerpał.

Jednak są też oznaki reakcji na reakcję. Nieco nadwerężona Unia Europejska przypomniała sobie, że równość płci i zasada niedyskryminacji to jeden z filarów europejskiego projektu – paradoksalnie, właśnie backlash pokazał to najdobitniej, bo tak się składa, że właściwie wszystkie antyunijne formacje w Europie są zarazem straszliwie patriarchalne. I choć części Polek i Polaków skutecznie obrzydzono słowo gender (płeć społeczno-kulturowa), to reakcje na wyrażane tu i ówdzie patriarchalne poglądy szczęśliwie wciąż są żywe. Patriarchalne mity w społecznym odbiorze coraz częściej przegrywają z realiami, w których kobiety – od dawna na trudniejszej pozycji – nauczyły się świetnie sobie radzić.

Teraz czas na wnioski wyciągane przez polityków, którzy jak na razie twardo tkwią w patriarchalnych okopach: pod koniec marca organizacja Miłość Nie Wyklucza zrobiła krótkie zestawienie głosowań europosłów polskiej opozycji w sprawach dotyczących kobiet i równych praw. Oględnie mówiąc, niewiele różniły się od rozkładu głosów oddanych przez przedstawicieli PiS…

Wielka Koalicja

Kłopot, jaki przed nami stoi, polega na tym, że autorytarnego trendu być może nie da się skutecznie przeważyć, dopóki nie wypracujemy nowego podejścia do równości. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebne jest przypominanie, że prawa kobiet są prawami człowieka – a te stanowią centrum naszej tożsamości, główną cywilizacyjną zdobycz. Kiedy w grę wchodzą przepisy prawa stosujące się wyłącznie (jak kwestie związane z ciążą i macierzyństwem) lub głównie do kobiet (problemy takie, jak przemoc domowa, gwałty czy samotne rodzicielstwo, w nieproporcjonalny sposób dotykają właśnie kobiet) – w gruncie rzeczy walczymy z reakcją.

W praktyce okazuje się też, że masowe ruchy kobiece potrzebują czegoś, co już wydawało się przeszłością, dinozaurem, dawno porzuconym przystankiem na drodze rozwoju – nowego projektu politycznego. Choć do niedawna zdawało się, że partie to przeżytek – czas na ruchy miejskie, doraźnie montowane koalicje – nawet dla animatorek Czarnego Protestu w Polsce jest już mniej więcej wiadome, że społeczny ruch kobiet musi przeskoczyć na następny poziom i stać się ruchem politycznym, co oznacza nieprzyjemny i bolesny proces wyłaniania liderek i postulatów programowych.

Na tym właśnie zadaniu poległ Komitet Obrony Demokracji. Na szczęście wygląda na to, że Czarny Protest nie powtórzy tego błędu. Wielka Koalicja napawa nadzieją. Liderki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, najbardziej aktywnej w ulicznych protestach organizacji, szykują się już do startu w wyborach lokalnych. Komitet Ratujmy Kobiety myśli nad obywatelską inicjatywą europejską, która regulowałaby gwarancje praw reprodukcyjnych na poziomie unijnym. A potem aż prosi się o program aktywizacji biernych wyborczo kobiet w całej Polsce. Ale najważniejsza zmiana już się dokonała: sprawy kobiet weszły na pierwsze strony gazet. Polacy wreszcie sobie przypomnieli, że w 52 proc. są kobietami! Oby naprawdę przyjęli do wiadomości, że obrona demokracji to dziś nic innego jak feminizm. Tylko tak można zablokować patriarchalną reakcję.

***

Agata Czarnacka jest filozofką, wykładowczynią akademicką i jedną z głównych animatorek Czarnego Protestu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną