Gen. Różański o politycznej grze o polską armię

Atomówka ministra
Rozmowa z Mirosławem Różańskim, generałem broni, byłym dowódcą generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych, o tym, jaka gra toczy się między ministrem Antonim Macierewiczem a prezydentem Andrzejem Dudą.
Gen. Mirosław Różański
Dawid Zuchowicz/Agencja Gazeta

Gen. Mirosław Różański

Prezydent Andrzej Duda, gen. Mirosław Różański, Antoni Macierewicz
Krystian Maj/Forum

Prezydent Andrzej Duda, gen. Mirosław Różański, Antoni Macierewicz

Juliusz Ćwieluch: – Odchodząc z wojska, powiedział pan w Pałacu Prezydenckim „czytajcie konstytucję”, czyżby pan prezydent posłuchał i przeczytał?
Mirosław Różański: – Myślę, że pan prezydent jako prawnik z doktoratem nie tylko przeczytał konstytucję, ale znał ją szczegółowo. Nie przypisywałbym sobie żadnego sukcesu w skłonieniu prezydenta do lektury konstytucji.

Przez pierwsze półtora roku jego urzędowania nie było tego widać.
Prezydent rzeczywiście dosyć długo zwlekał z mocnym zabraniem głosu w sprawach, za które bierze odpowiedzialność jako zwierzchnik sił zbrojnych. Przyznaję, że sam rozmawiałem z panem prezydentem o wielkiej roli, jaką ma do odegrania, i oczekiwaniu ze strony wojska, że aktywniej włączy się w przemiany, którym poddawana jest armia. Nie wszystkie zmiany odbywały się z korzyścią dla bezpieczeństwa kraju.

Mówi pan jak dyplomata, a nie wojskowy.
W mówieniu ostrym językiem jest obecnie wielka konkurencja. Sytuacja jest poważna i wymaga dialogu, a nie gaszenia za pomocą benzyny. Wojsko jest jedyną instytucją w państwie, która ma dwóch zwierzchników. Artykuł 134 Konstytucji RP mówi, że „najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych jest prezydent. W czasie pokoju zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi sprawuje za pośrednictwem ministra obrony narodowej”. Jeśli ktoś nie znał konstytucji, to raczej minister, któremu wydawało się, że wojsko stało się jego lennem. Co bardziej dyplomatycznym językiem powiedział pan prezydent w czasie przemówienia z okazji 15 sierpnia.

A mniej dyplomatycznie wyraził, odmawiając przyznania nominacji generalskich w tym dniu.
Nominacje generalskie to tylko jedna z prerogatyw prezydenta. Na tyle medialna, że przykuwa zainteresowanie opinii publicznej. Brak nominacji został więc od razu zauważony. Oczywiście odbywa się to ze szkodą dla wojska, bo po prostu komplikuje jego funkcjonowanie. Od dawna przekonywałem, że nominacje powinny być całkowicie oddzielone od świąt i uroczystości, a powinny wiązać się z pragmatyką kadrową. Kiedy zostajesz wyznaczony na stanowisko, na którym jest etat generalski, niejako z automatu dostajesz ten stopień. Tym bardziej że może nie wszyscy wiedzą, ale pułkownik na stanowisku generalskim zarabia jakby tym generałem już był. Tak naprawdę nominacja jest sprawą czysto formalną.

I prestiżową.
W sytuacji, w której oficer czeka trzy, cztery lata na mianowanie, rzeczywiście może rodzić się poczucie frustracji. Albo, co gorsza, chęć przypodobania się przełożonym, żeby wreszcie zostać zauważonym. To nie są zdrowe mechanizmy.

Relacja pomiędzy ministrem a prezydentem również nie wygląda na zdrową.
Te dwa ośrodki kontroli nad wojskiem dostarczały nam już podobnych emocji. Pamiętam tzw. szorstką przyjaźń pomiędzy premierem Millerem a prezydentem Kwaśniewskim.

Prezydent Kwaśniewski podpisał na odchodnym 55 nominacji generalskich.
A później PiS, które przejęło władzę, usuwało tych ludzi ze służby. Pamiętam również napiętą relację pomiędzy szefem BBN świętej pamięci ministrem Aleksandrem Szczygło a ministrem Bogdanem Klichem. Wtedy osią sporu była kwestia wydania przez prezydenta „Głównych kierunków rozwoju Sił Zbrojnych”. Minister Klich bez tego dokumentu nie mógł wprowadzić programu modernizacji na lata 2009–18. Wówczas emocje również sięgały zenitu.

Na koniec się dogadali, a nawet robili sobie usługi – ty zgłosisz mojego kandydata na generała, a ja podpiszę twojego. Dziś prezydent, choć jest z tego samego obozu politycznego, zdecydował się na najbardziej radykalny krok i po prostu nie podpisał nominacji.
Trzymajmy się proporcji. Brak nominacji musi być przykry dla osób, które miały być na tej liście. Dla armii nie oznacza to końca świata. Z pewnością będzie utrudnieniem dla szefa Sztabu Generalnego, który nadal ma trzy gwiazdki, co w czasie zagranicznych wizyt musi wzbudzać zdumienie gospodarzy. Dużo większe zdziwienie budzi pewnie relacja ministra z prezydentem, która z pewnością nie uchodzi uwadze naszych zachodnich sojuszników. Konflikt ten obserwują również nasi wschodni sąsiedzi. Niepotrzebnie dostarczamy im satysfakcjonującej pożywki.

Pan sam przez jakiś czas był jednym z bohaterów tego konfliktu. Czy to prawda, że Bartłomiej Misiewicz dzwonił do Biura Bezpieczeństwa Narodowego, żeby nie dopuścić do pana spotkania z prezydentem?
Nie wiem, skąd ma pan takie informacje. Pan Misiewicz miał duże poczucie władztwa i podejmował różne działania, ale na szczęście dla sił zbrojnych nie jest już szefem gabinetu politycznego ministra. Przynajmniej oficjalnie. Miałem okazję spotykać się z panem prezydentem. Jeszcze będąc w linii, doprowadziłem do odprawy w Dowództwie Generalnym, podczas której prezydent dowiedział się, jakie problemy dotykają sił zbrojnych i jakie są moje propozycje dotyczące przyszłości wojska. Pan prezydent miał również okazję wysłuchać, co inni wojskowi myślą o sytuacji w armii.

Krytyczne uwagi zgłosiło trzech oficerów i po kilku miesiącach każdy musiał pożegnać się z mundurem.
Niestety, taka koincydencja miała miejsce.

Już w zeszłym roku Andrzej Duda wahał się w sprawie nominacji generalskich. Ostatecznie zostały wręczone nie 11 listopada, a 18 dni później.
Osobiście doradzałem prezydentowi, żeby nie podpisywał większości zgłoszonych wówczas aktów nominacyjnych. Połowa kandydatów nie spełniała kryteriów formalnych. Nie mieli wymaganego na tym stanowisku wykształcenia. Nie dowodzili na misjach poza granicami kraju, brakowało im doświadczenia, nie byli wskazani przez przełożonych, którzy przecież najlepiej wiedzą, kto jak pracuje na co dzień. Wiem, że pan prezydent również podzielał moje wątpliwości i rozmawiał na ten temat z ministrem Macierewiczem. Nie wiem, dlaczego ostatecznie zdecydował się podpisać nominacje. Myślę, że doszło do ustaleń, które miały usprawnić dialog.

Tak go usprawnili, że prezydent z własnym podwładnym zaczął komunikować się za pomocą listów, właściwie w otwartej korespondencji, bo ciągle coś wyciekało do mediów.
O tym, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, mówił nawet Jarosław Kaczyński. Dla mnie osobiście gorszące było nie tyle wysyłanie listów z Biura Bezpieczeństwa Narodowego, co cisza po stronie pana ministra. Tym bardziej że ulicę Klonową, gdzie urzęduje minister, od Belwederu, gdzie mieszka prezydent, dzieli zaledwie kilkadziesiąt metrów.

Nawet nie musiałby czekać na światłach, bo Żandarmeria Wojskowa zawsze może zatrzymać ruch dla pana ministra.
Spuśćmy zasłonę na tamto wydarzenie.

Co jest źródłem tego konfliktu?
Wydaje mi się, że tu nie ma większych tajemnic, o czym mówił sam pan prezydent. Przez ostatni czas na temat funkcjonowania armii odbywał się monolog jednego człowieka, który potraktował wojsko nie jako dobro powierzone w jego opiekę, ale rodzaj politycznego łupu. Nie tylko nie uznawał zwierzchnictwa prezydenta, ale kompletnie ignorował również naszą rolę, czyli wojskowych. Ja sam odszedłem, ponieważ uznałem, że nie mogę brać odpowiedzialności za zadanie, którego podjąłem się, zostając dowódcą generalnym. To nie jest przypadek, że w tym samym czasie ze stanowiska odszedł również szef Sztabu Generalnego, dowódca operacyjny, szef Inspektoratu Uzbrojenia i wielu innych żołnierzy, którzy ciągle mogli służyć ojczyźnie.

Czy Andrzej Duda jest złośliwy? Pytam, bo środowisko związane z ministrem Macierewiczem tak komentowało kwestię braku zgody prezydenta na przyznanie sztandarów trzem brygadom Wojsk Obrony Terytorialnej.
Złośliwością jest raczej ten rodzaj komentarza. Uważam, że decyzja pana prezydenta była merytoryczna. Minister Macierewicz oczekiwał przyznania sztandarów bojowych dla brygad, które nie tylko nie mają dokonań bojowych, ale po prostu nie mają żadnych dokonań, bo ciągle są w fazie organizacji. Wbrew zapewnieniom ministerstwa proces budowy WOT nie odbywa się płynnie i nie jest takim pasmem sukcesów, jak głosi ministerialna propaganda. Już w grudniu 2016 r. ogłoszono powstanie trzech brygad. A przecież brygada to formacja licząca ponad 2 tys. ludzi, tymczasem przysięgę wojskową złożyło dopiero 800 kandydatów. Drugie tyle ściągnięto do WOT z wojsk operacyjnych, co, moim zdaniem, jest błędem.

Pan chyba nie lubi WOT?
Uważam, że każda forma zwiększania bezpieczeństwa kraju jest na wagę złota. Środowisko wokół Polski nie jest już tak bezpieczne, jak nam się wydawało jeszcze kilka lat temu, więc popieram zwiększanie liczebności wojska. Pytanie tylko, czy WOT jest właściwą odpowiedzią na te zagrożenia. Nawet najzdolniejszy kandydat nie będzie w stanie opanować żołnierskiego rzemiosła w 26 dni.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną