Kraj

Tąpnięcie

Polska – Niemcy: zaostrzenie kursu

Kanclerz Angela Merkel i premier Beata Szydło podczas spotkania w Berlinie, 12 lutego 2016 r. Wtedy była jeszcze nadzieja na dialog. Kanclerz Angela Merkel i premier Beata Szydło podczas spotkania w Berlinie, 12 lutego 2016 r. Wtedy była jeszcze nadzieja na dialog. Mehmet Kaman/Anadolu Agency
Jeśli szukać momentu, kiedy skokowo popsuły się stosunki z Niemcami, to nadszedł on właśnie teraz. To także ważny sygnał dla reszty Unii.
Jarosław Kaczyński jest w Europie sam jak palec.Adam Chełstowski/Forum Jarosław Kaczyński jest w Europie sam jak palec.

Artykuł w wersji audio

Polska w niemieckiej kampanii wyborczej dotąd nie istniała. Zresztą była to dziwna kampania. Gospodarka kwitnie, bezrobocie spadło poniżej 5,6 proc., tylko 8 proc. ankietowanych Niemców jest niezadowolonych ze swojej sytuacji, a zarazem tylko 20 proc. uważa, że socjalny ustrój republiki jest sprawiedliwy. W poczuciu, że nie ma w Niemczech nastroju do tektonicznej zmiany, obie partie merkelowej koalicji – CDU/CSU i SPD – niby prowadziły ze sobą walkę, ale skrzętnie omijały newralgiczne tematy, jak uchodźcy, Europa, NATO, Trump, Rosja, Turcja, Polska. W mediach z dnia na dzień zmieniały się dość marginesowe tematy krajowe: czy pogrzebać diesla; na jakich wzorcach opierać Bundeswehrę; czy usunąć amerykańskie głowice atomowe z Niemiec; wspierać biometryczne skanowanie twarzy przez kamery w miejscach publicznych? I oczywiście były kanclerz Schröder, już nie tylko w Gazpromie, ale i w Rosniefcie…

Na trzy tygodnie przed wyborami do Bundestagu notowania Angeli Merkel i chadecji nadal są wysokie, a Martina Schulza i socjaldemokratów niskie – przy w sumie około 20-proc. udziale dwóch partii antysystemowych: prawicowej Alternatywy dla Niemiec i lewicowej Lewicy. Komentatorzy już dzielą skórę na niedźwiedziu, analizując warianty czwartego rządu Angeli Merkel – w koalicji z liberałami, z ekologami, a może z jednymi i drugimi naraz. Nie wykluczają także kontynuacji obecnej koalicji z SPD.

Sam jak palec

Polska tematem kampanii nie była, ale półprywatnych rozmów jak najbardziej. Niemieckie media szczegółowo relacjonowały spór Warszawy z Brukselą, ale klasa polityczna trzymała się klasycznej zasady dialogu: „sprawdzimy, poczekajmy”. Jeszcze w przededniu spotkania Juncker–Merkel „Spiegel” sygnalizował, że o ile szef Komisji UE nalega na sankcje wobec Polski za łamanie zasad praworządności, o tyle pani kanclerz „nie chce sporu z Polską”. Kierując się takimi sygnałami, europoseł PiS Ryszard Czarnecki machał ręką na uwagę pani kanclerz, że nie może już trzymać języka za zębami: To tylko element kampanii wyborczej, a Unia przecież nie wyśle na Polskę czołgów.

Ale to samouspokojenie miało krótkie nogi. Zaostrzenie kursu zarysowywało się od miesięcy – tłumaczył po spotkaniu Juncker–Merkel Christoph von Marschall w „Tagesspieglu”. Współpracownicy Urzędu Kanclerskiego i MSZ w rozmowach z niemieckimi ekspertami zastanawiali się, czy wobec podważania przez PiS wolności mediów, rozdziału władz i niezawisłości sądów niemiecka powściągliwość wciąż jest zasadna. Wniosek był przełomowy: wobec „erdogenizacji Polski” czas na „wnoszenie skarg do trybunałów europejskich, odmawianie w dopuszczalnych ramach pomocy finansowej i wyraźne polityczne stanowisko”.

Zwrot w podejściu Berlina do sporu Warszawy z Brukselą przyspieszyło także wyciągnięcie przez PiS kwestii reparacji wojennych – retoryczne cofnięcie stosunków polsko-niemieckich do 1990 r., kiedy w traktacie rozmów 2+4 ustalano międzynarodowe warunki zjednoczenia Niemiec. Akurat 1 września „Frankfurter Allgemeine” na pierwszej stronie opublikowała ekspertyzę Bundestagu, że nie ma podstaw prawnych do wysuwania przez Polskę przedawnionych roszczeń. I gorzki komentarz, że „zawsze będą podejmowane próby zbicia na zbrodniach z historii politycznego kapitału na teraz”. I wniosek: „Jak po ponad 70 latach od zakończenia wojny wspierać się nawzajem, gdy ktoś stale macha ogromnymi rachunkami?”.

Ta ekspertyza pokrywa się zresztą ze stanowiskiem poprzednich polskich rządów. I – jak wskazuje sondaż IBRiS dla Radia Zet – także 71,9 proc. Polaków uważa kwestię reparacji za zamkniętą. Niemniej PiS, gdy ma w kraju kłopoty, nadal wyciąga antyniemiecką kłonicę, licząc, że pomstowanie na „niemiecką UE” wraz z 500+ pozwoli utrzymać się przy władzy, nawet kosztem politycznej izolacji kraju.

Osamotnienie widać gołym okiem. Waga Polski w UE topnieje, a Francji rośnie. Po brexicie Francja jest jedynym z krajów UE stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ i jedynym mocarstwem atomowym. Jest w związku z uchodźcami ważnym rozgrywającym w unijnej polityce afrykańskiej i bliskowschodniej oraz – po wycofaniu się Trumpa – w polityce klimatycznej. Ponadto zapowiedziane przez Macrona reformy w duchu schröderowskiej Agendy 2010 przybliżają Francję do Niemiec i stworzenia Eurolandu w ramach UE – z własnym parlamentem, ministrem finansów (i prawem ingerowania w budżety narodowe) oraz dochodami.

Większość tych narzędzi można wprowadzić bez żmudnych i długotrwałych zmian traktatowych. Polska będzie poza tym nowym wspólnym rynkiem; handel będzie nadal bezcłowy, ale o jego warunkach będzie decydować strefa euro. Zakulisowe rozmowy w tej sprawie – bez Polski i Węgier – już rozbiły Grupę Wyszehradzką. Przy czym niewyszukane protesty Szydło i Waszczykowskiego robią może wrażenie na Nowogrodzkiej i w twardym elektoracie PiS, ale nie w Paryżu, Pradze, a i teraz w Berlinie.

Kaczyński jest w Europie sam jak palec – twierdzi komentator „Süddeutsche Zeitung”, to dlatego „Macron w sporze o dumpingowe płace wschodnich Europejczyków tak łatwo ogrywa Warszawę”. I dalej: „Wygląda na to, że Kaczyński nie ma żadnego planu, a z pewnością brakuje mu partnerów. Stąd ta dziwaczna polityka, która mało ma wspólnego z unijną rzeczywistością. Tak naprawdę chodzi mu już tylko o Polskę. Kaczyński nie zdoła spolonizować Europy. Tym bardziej zamierza odeuropeizować Polskę (…)”.

Na oślej ławce

I kontynuuje: „Kaczyński i Szydło walczą nie z Macronem i Komisją UE, lecz z proeuropejskimi nastrojami we własnym kraju. Na poziom europejski wnieśli pełen nienawiści, wręcz histeryczny ton, który Polacy aż nadto poznali w dyskursie swej polityki wewnętrznej. Dla zagranicy są tym samym nie do przyjęcia, jednak w kraju ta trucizna może zadziałać. Otoczona rzekomymi wrogami Polska ma się skupić wokół swego rządu. Podkopanie demokracji i państwa prawa spełnia więc podwójne zadanie: umacnia własną władzę i zarazem pogłębia wyobcowanie z UE. Rząd Polski nie chce kompromisu. Potrzebuje konfliktu. Komisja UE i państwa unijne tego konfliktu nie mogą unikać. Muszą wyraźnie pokazać, że w Unii jest miejsce tylko dla demokratycznych państw prawa”.

„Frankfurter Allgemeine Zeitung” uważa, że PiS swój upór opiera na dobrej kondycji polskiej gospodarki. 4,4 proc. wzrostu w pierwszym kwartale, 4,8 proc. bezrobocie – niższe niż w Austrii, która jest permanentnym prymusem. Stosunki handlowe z Niemcami, najważniejszym partnerem Polski, wyglądają na stabilne, mimo że barometr polityczny idzie na niż. Niemieckie przedsiębiorstwa chętnie przenoszą swe inwestycje do Polski, co dało krajowi – jako jednemu z niewielu – nadwyżkę niemal 8 mld euro w handlu z Niemcami. Niemniej – przestrzega gazeta przed Forum w Krynicy – konfrontacja PiS z Brukselą i krajami UE już sygnalizuje nadciągające zagrożenia. Po uchwaleniu nowych opłat bankowych Deutsche Bank wycofuje się z Polski. „Przy całej zasadności forsowania w UE narodowych interesów Warszawa powinna się zastanowić, czy polska recepta jest naprawdę na przyszłą dekadę najlepsza”.

Jest jeszcze jeden aspekt polskiego uporu w ustrojowym sporze z UE. Nowa zimna wojna. Już Obama monitował w Moskwie złamanie przez Rosję (budową w 2008 r. pocisku manewrującego SSC-8) traktatu o likwidacji rakiet średniego zasięgu, zawartego w 1987 r. przez Gorbaczowa i Reagana. W czasach Trumpa – obawia się „Süddeutsche Zeitung” – mogą być podjęte działania, które jak dotąd uchodzą za „niepolecane”: „budowa, próby i stacjonowanie nowej klasy rakiet i pocisków samosterujących – dalszy krok ku nowej zimnej wojnie”. Lęk przed nową zimną wojną – której przygrywką jest wojna cybernetyczna i rosyjskie manewry Zapad 2017 – zaczyna narastać. Angela Merkel zapewniła, że ewentualny amerykański atak na północną Koreę nie będzie miał wsparcia Bundeswehry. Z kolei rząd PiS – w odróżnieniu od węgierskiego – uchodzi za wiernego paladyna obecnej administracji amerykańskiej, odległej i coraz bardziej zajętej sobą.

PiS twierdzi, że z UE wyjść nie chce – pisze warszawski korespondent „Spiegla”, ale może z niej wypaść. „38-milionowy kraj traci znaczenie, jakie mógłby mieć. Jego głos będzie coraz mniej słyszalny. Na początku stopnieją szanse Warszawy na przeforsowanie swego stanowiska w czasie negocjacji budżetowych, jak choćby zwiększenie subwencji rolnych. Za rządów PiS Polska nie wprowadzi euro, a tym samym na trwałe wyłączy się z rdzenia UE (…). Warszawa nadal też będzie odmawiała przyjęcia choćby kilku tysięcy Syryjczyków. Będzie to sygnał dla takich krajów imigracyjnych, jak Niemcy, Francja czy Szwecja: Polacy biorą, ale nie chcą dawać. Taki bojkot wspólnych projektów osłabia UE jako całość. Jeśli Polska straci europejskie prawo głosu, to wzrośnie ryzyko wyjścia z UE w wyniku referendum. Podobnie jak w Wielkiej Brytanii przed brexitem kwestionowanie historycznej zdobyczy, jaką było wejście do UE, może odwracać uwagę od problemów wewnętrznych. Zafiksowany na utrzymaniu władzy szef PiS nie odda takiej szansy”.

I tak: „Nawet jeśli Orbán ochroni Kaczyńskiego przed takim upokorzeniem, jak w czasie głosowania nad przedłużeniem prezydentury Tuska, to jednak Polska i tak już została w UE posadzona na oślej ławce. Jest w gorszej sytuacji, niż była Austria w 2000 r. po wejściu ultraprawicowej partii Jörga Haidera do rządu. „Nie tylko dlatego, że już są w UE procedury karania krajów łamiących normy praworządności, ale dlatego, że raz uruchomiony ostracyzm powoduje izolację nie tylko wizerunkową” – uważa „Spiegiel”.

Polityka zagraniczna PiS wisi na dwóch włoskach – na warszawskiej wizycie Trumpa i obietnicy Orbána, że zawetuje odebranie Polsce głosu w UE na mocy artykułu 7 traktatu unijnego. Oto żałosna degradacja kraju, który do niedawna był symbolem sukcesu transformacji ustrojowej, który współkształtował politykę wschodnią UE, aspirował do współuczestnictwa w „twardym rdzeniu” i współpracy regionalnej. Godnościowa polityka „wstawania z kolan” zamknęła ekipę rządzącą w bunkrze kompleksów, roszczeń i pretensji; niezdolność do uprawiania polityki dialogu w kraju i za granicą wystawiła na pośmiewisko. Smutny paradoks: według sondażu Fundacji Bertelsmanna za rządów PiS w Polsce sympatie do Niemców rosną, za to do Polski w Niemczech się kurczą. „Myślałem, że po tych 50 latach pracy nad wspólnym sąsiedztwem należymy już do tego samego świata” – mówi w Berlinie z goryczą ważny urzędnik, dla którego jeszcze niedawno Polska była wizytówką nowego europejskiego ducha.

Polityka 36.2017 (3126) z dnia 05.09.2017; Temat Tygodnia; s. 10
Oryginalny tytuł tekstu: "Tąpnięcie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

UKRAINA: Wołodymyr i jego drużyna

Prezydent Wołodymyr Zełenski wystartował z najbardziej ambitnym programem reform w historii kraju. Krytycy twierdzą, że ta niecierpliwość zgubi albo jego, albo Ukrainę.

Oleksandra Iwaniuk
18.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną