Prof. Tomasz Nałęcz o prezydentach III RP

Co widać pod żyrandolem
Rozmowa z prof. Tomaszem Nałęczem o polskich prezydentach: od Wojciecha Jaruzelskiego do Andrzeja Dudy.
Prof. Tomasz Nałęcz
Leszek Zych/Polityka

Prof. Tomasz Nałęcz

„Jakikolwiek ranking prowadzi do uproszczeń i nieporozumień”.
prezydent.pl/Wikipedia

„Jakikolwiek ranking prowadzi do uproszczeń i nieporozumień”.

„W obronie traktatu lizbońskiego, gdy szła walka o jego podpis ratyfikacyjny, Lech Kaczyński potrafił przeciwstawić się woli brata, który zresztą niespecjalnie naciskał”.
Robert Gardziński/Forum

„W obronie traktatu lizbońskiego, gdy szła walka o jego podpis ratyfikacyjny, Lech Kaczyński potrafił przeciwstawić się woli brata, który zresztą niespecjalnie naciskał”.

audio

AudioPolityka Wiesław Władyka - Co widać pod żyrandolem

Wiesław Władyka: – Panie profesorze, napisał pan książkę o prezydentach III RP. Ustalmy więc, jakie miał pan – przecież jako aktywny polityk lewicy – osobiste relacje z każdym z nich, bo że z Bronisławem Komorowskim dobre, to pamiętamy.
Tomasz Nałęcz: – Nie ukrywam, że znałem wszystkich prezydentów poza obecnym. Aczkolwiek Wojciecha Jaruzelskiego poznałem osobiście pod koniec jego życia. Z Lechem Wałęsą było tak, że gdy byłem posłem w latach 1993–95, pracowałem w komisji obrony narodowej i zdaje się, że z powodu mojej aktywności w tzw. sprawie drawskiej prezydent mnie zauważył, bo mu zalazłem za skórę. Mówił o mnie z imienia i nazwiska, co było doprawdy wyróżnieniem, jako że tak normalnie to pamiętał wyłącznie ludzi ze swojego otoczenia. Z Aleksandrem Kwaśniewskim znaliśmy się dobrze z okresu rozwiązywania PZPR i potem z działalności w SdRP. Kiedy wylądowałem w Unii Pracy, drogi nasze się rozeszły. Na tyle, że w 1995 r. nie poparłem kandydatury Kwaśniewskiego, ale prof. Tadeusza Zielińskiego, jak cała moja partia. Miał o to nawet do mnie pretensję, choć też mi przy jakiejś okazji powiedział, że co prawda ma dobrą pamięć, ale nie jest pamiętliwy.

No i Lech Kaczyński.
Braci Kaczyńskich poznałem w Sejmie, zresztą jako wicemarszałek Sejmu stosowałem wobec nich taryfę ulgową i pozwalałem im przekraczać wyznaczony czas na wystąpienia. Szanowałem ich klasę, choć poglądów nie podzielałem. Spotykałem obydwóch braci także w cotygodniowych audycjach w Radiu Zet u Moniki Olejnik. To były jeszcze te czasy, gdy rozmowy toczyły się nie tylko w studiu, miały czasami styl luźny, dzisiaj chyba już nie do powtórzenia. Wtedy zresztą dostrzegałem ten fenomen bliźniaczy. Owo wzajemne uzależnienie było uderzające.

Bronisław Komorowski to z kolei młodszy kolega z Instytutu Historycznego UW?
Doskonale go pamiętam jako studenta-opozycjonistę z dużą odwagą cywilną, umiejętnością publicznego bronienia swojej racji. Po latach spotkaliśmy się w Sejmie, razem pracowaliśmy w komisji obrony narodowej, jakoś się dobrze rozumieliśmy, zwłaszcza że wielu ludzi lewicy, w tym ja, zdecydowanie popierało ideę zakotwiczenia Polski w NATO. Trzeba też pamiętać, że w latach 90. parlament był inny niż dzisiaj, kwitło życie towarzyskie, ludzie rozmawiali ze sobą. I nagle dwa dni po wyborach dostałem zaproszenie do Belwederu, a tam propozycję współpracy jako doradca do spraw historii i dziedzictwa narodowego. I tak to szło.

W jakim zakresie te relacje utrudniały panu pracę przy książce? Bo że ułatwiały, to oczywiste. Uczestnicząca obserwacja to jedno, ale co ważniejsze – to dostęp do wiedzy poufnej, by nie powiedzieć, tajemnej.
Plusy były oczywiste, ale były też minusy. Groźby subiektywizmu, a może nawet tendencyjności nie da się do końca uniknąć, choć pisząc książkę, starałem się przestrzegać reguł mojego zawodu, który uprawiam ponad 40 lat. Zawodu historyka i politologa. Mam świadomość, że działały tu też emocje. Do wszystkich postaci, o których piszę, miałem jakiś uczuciowy stosunek. Ale najwięcej problemów sprawiało mi opisanie prezydentury Bronisława Komorowskiego, w jakimś sensie miałem tu nadmiar wiedzy, w tym takiej, z którą nieraz nie mogłem i nie mogę się podzielić. Mam świadomość, że po stronie czytelników może pojawić się nieufność, czy aby nie idealizuję prezydenta, z którym blisko współpracowałem. Powiem, że próbowałem się tu bardzo kontrolować, choć dla zasadniczej prezydenckiej postawy Bronisława Komorowskiego mam wiele szacunku. Postawy strażnika Rzeczpospolitej w takim szlachetnym wydaniu kresowiackim.

Czytałem z uwagą i muszę przyznać, że widać ten dystans wobec person, które pan opisuje, choćby właśnie wobec Bronisława Komorowskiego. Nie szczędzi pan mu krytyki, zwłaszcza źle pan ocenia przegraną kampanię prezydencką 2015 r. À propos kampanii. One zawsze były ostre, ale ta ostatnia chyba najbardziej?
Wszystkie były bardzo ostre, a ich skutkiem głęboka polaryzacja społeczeństwa. Z tym że z upływem czasu przesuwa się granica brutalności akceptowana przez uczestników walki politycznej, ale też przez wyborców. Na tym tle chcę wyrazić mój głęboki szacunek dla Tadeusza Mazowieckiego za jego klasę okazaną w wyborach prezydenckich w 1990 r. Był niesłychanie brutalnie atakowany przez Wałęsę, także ludzie, którzy byli z nim blisko politycznie. Na jakimś wiecu spytano Wałęsę: kiedy Kuroń przestanie kraść? Natychmiast odpowiedział: jak wygram wybory. A przecież świetnie znał krystaliczną uczciwość Kuronia. Tadeusz Mazowiecki do tego poziomu i do tego stylu nigdy się nie zbliżył. Stanowczo odmówił, choć pojawił się taki pomysł, by użyć w kampanii papierów „Bolka”, po które po kilku latach sięgnął Jarosław Kaczyński. A kampania 2015 r.? Brutalności było mnóstwo w internecie, na wiecach, ale osobiste starcia między Komorowskim i Dudą do brutalnych nie należały, na tle choćby kampanii w 2005 r., gdy wywołano „dziadka z Wehrmachtu”.

Poza dwoma przypadkami (pierwsze wybory Wałęsy i drugie Kwaśniewskiego) wszystkie te pojedynki kończyły się małymi przewagami. Ujawniała się też jakaś polaryzacja, nawet gdy konfrontacja postkomunistów z postsolidarnościowym obozem została zastąpiona walką dwóch formacji wywodzących się z tradycji solidarnościowej.
Zjawisko dwubiegunowości występuje w wielu demokracjach. Myślę, że przyczyn tych podziałów pół na pół w wyborach prezydenckich w Polsce można szukać w fenomenie dzielenia się centrum, które odpływa bądź w jedną, bądź w drugą stronę. Wybór prezydencki jest klarowny: albo–albo. Siłą rzeczy społeczeństwo, bardzo zróżnicowane pod każdym względem, w tej próbie grupuje się dwubiegunowo. Ale po rozstrzygnięciu elekcji wielobarwność poglądów szybko powraca.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną