Kraj

Historia na usługach

Jak PiS wykorzystuje w swoich rządach politykę historyczną

Droga do pełnego zwycięstwa była i jest trudna, najeżona przeszkodami i tragediami, ma swoich bohaterów. Ich nowa lista zastępuje i wypycha na margines lub wręcz w niebyt czyny i persony wcześniej szanowane. Droga do pełnego zwycięstwa była i jest trudna, najeżona przeszkodami i tragediami, ma swoich bohaterów. Ich nowa lista zastępuje i wypycha na margines lub wręcz w niebyt czyny i persony wcześniej szanowane. Mirosław Gryń / Polityka
Do walki o teraźniejszość i kolejne dekady używa się przeszłości. Bo historia w polityce ma wielką przyszłość. Tak przynajmniej uważa obóz rządzący teraz w Polsce.
Główną cechą polityki historycznej jest świadome poruszanie i uruchamianie emocji społecznych, zwłaszcza na nutę patriotyczno-nacjonalistyczną.Mirosław Gryń/Polityka Główną cechą polityki historycznej jest świadome poruszanie i uruchamianie emocji społecznych, zwłaszcza na nutę patriotyczno-nacjonalistyczną.
Wyklęci w jakiś sposób dopełniają kultu powstania warszawskiego, które od zawsze było historią prawie że osobistą braci Kaczyńskich.Mirosław Gryń/Polityka Wyklęci w jakiś sposób dopełniają kultu powstania warszawskiego, które od zawsze było historią prawie że osobistą braci Kaczyńskich.

Artykuł w wersji audio

Trwa – kierowana przez rządowych wojewodów – akcja wymiany patronów ulic. Zmieniane są szkolne programy, listy lektur, ekspozycje w muzeach. Przejęte przez PiS instytucje kulturalne już zaczęły historyczną „reedukację”, a ten trend będzie się tylko nasilał w postaci finansowania słusznych zdaniem władzy filmów, sztuk teatralnych, wystaw, rekonstrukcji, rozmaitych akcji i religijno-patriotycznych eventów. Pojawił się nawet pomysł wyburzenia warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, wstępnie wsparty przez wicepremierów Glińskiego i Morawieckiego, a także wiceministra obrony Bartosza Kownackiego, który stwierdził, że polscy saperzy uporaliby się z tym zadaniem i byłby to „fajny prezent na stulecie niepodległości”. Kownacki dodał: „Budujmy prawdziwą politykę historyczną, taką, która będzie przypominała o rzeczach wielkich w naszej historii (…)”.

Polonocentryzm

Polityka historyczna (termin od kilku lat robi karierę i stał się stałym składnikiem leksykonu „nowej zmiany”) przejawia się na bardzo wielu polach, a wszystko wskazuje, że nasili się w roku obchodów stulecia odzyskania niepodległości. Własna opowieść o historii stała się chyba najważniejszym motywem ideologicznym PiS, służy wzmocnieniu legitymacji do rządzenia, procesowi wymiany elit, wykładowi, co jest słuszne i dobre, a co nie, wyposażeniu duchowemu narodu. A też polityce bieżącej.

Jakie są zasady i przesłania, które konstytuują politykę historyczną, uprawianą urzędowo albo spontanicznie, ale zawsze wedle pewnych zasad oraz bieżących potrzeb? Spróbujmy je jakoś uporządkować.

By zwycięstwa wyborcze PiS nie jawiły się jako przypadkowe, poddane demokratycznej huśtawce, a były wyrazem dziejowej sprawiedliwości, należy je – jak oczekuje władza – widzieć właśnie w tej perspektywie, czyli dziejów. Ma powstać wrażenie, że gdyby powstańcy styczniowi i warszawscy, żołnierze wyklęci i ci z Pierwszej Brygady mieli sposobność, głosowaliby na PiS. Bo obóz „nowej zmiany” ma się wywodzić z głębokiej tradycji walk niepodległościowych, z bohaterskich czynów powstańczych. Nawiązywać do najwspanialszych dokonań polskiej historii, do dumy i godności narodowej. Tu horyzont nie ma granic, jako że te wspaniałe wartości i czyny można odnaleźć już u zarania polskości.

PiS czuje się dziedzicem i kontynuatorem tego dorobku, jest z niego dumny. W odróżnieniu od innych, którzy uprawiają „pedagogikę wstydu”, grzebiąc się w rzekomych winach historycznych, w faktach pokazywanych jako właśnie wstydliwe. Zawłaszczona historia to, obok przejętego i na nowo zdefiniowanego „ludu”, drugi główny filar, na jakim Kaczyński opiera swoje panowanie. Daje się to psychologicznie uzasadnić: patetycznie ujęte dzieje narodu dają poczucie uczestniczenia w zakorzenionej, wielkiej wspólnocie, ta wielkość dzieli się na wszystkich członków tej wspólnoty; można z niej czerpać niejako bez wkładu własnego.

Pedagogika wstydu, którą Kaczyński znów przywołał 11 listopada, występowała wcześniej, zaczęła jednak dominować – według PiS – po 1989 r., a jej kulminacją były publikacje i dyskusje poświęcone zbrodni w Jedwabnem. Profesor Paweł Machcewicz na zarzut profesora Andrzeja Nowaka, że uprawia tego rodzaju historiografię wstydu, że nie rozumie, że zamiast rozprawiać o Jedwabnem, trzeba pisać o Westerplatte, odpowiedział: „I Jedwabne, i Westerplatte”.

Problem w tym, że taka postawa nie jest powszechnie akceptowana, bo utrudnia wzbudzanie egzaltacji narodowej, psuje jednowymiarowe opowieści i szkolne czytanki o historii, wystawia na próbę wyobrażenie o wyjątkowej roli Polaków w przeszłości i teraźniejszości. Przykładem są tu choćby korekty wprowadzone do ekspozycji przejętego przez PiS Muzeum Historii II Wojny Światowej, w której finałowe obrazy pokazujące uniwersalną, światową i ponadczasową grozę wojen, ich powtarzalność i powszechność zastąpione zostały wsobną opowieścią o polskim wyłącznie doświadczeniu. Polonocentryzm jest cechą nadrzędną i regułą porządkującą te ekspozycje i te opowieści. Towarzyszy temu tonacja patriotyczna, styl wzniosłości i patetyzmu.

Także w polityce konkretnej, dla której – pod tą władzą – sięganie po argumenty historyczne, zwłaszcza wobec sąsiadów, stało się normą. Obecnie, nie po raz pierwszy zresztą, historyczne racje używane przez polską stronę negatywnie wpływają na stosunki z sąsiadami Polski. Nawet jeśli można próbować zrozumieć te racje (powinny być traktowane na poważnie w dyskursie naukowym i społecznym), to przywoływanie ich na wewnętrzne potrzeby polityczne naraża na szwank polskie interesy dzisiaj i jutro. Te bieżące „potrzeby” służą nakręcaniu atmosfery zagrożenia, wzmacniają poczucie krzywdy, pozwalają prezentować Polskę jako zdaną wyłącznie na siebie. Cechą polskich (a dokładnie prawicowych) pretensji jest przede wszystkim wystawienie własnych rachunków strat, pretensji i żądań, z zasadniczą niechęcią do wsłuchiwania się w głosy stron przeciwnych. W efekcie polityka historyczna inspirowana przez PiS zaczyna zastępować politykę zagraniczną, stąd żądanie reparacji od Niemców, wiązanie katastrofy smoleńskiej ze zbrodnią katyńską, wymaganie, aby Ukraina wyrzekła się Bandery, przypominanie Francuzom, że słabo się spisali po wybuchu II wojny, więc niech teraz nie pouczają itp.

Są jeszcze inne wymiary politycznego używania historii. Poza tą wielką perspektywą moralną i wielowiekową istnieje ta o krótszej fali, dotycząca zdarzeń, z którymi PiS próbuje się połączyć bezpośrednio. To historia zwłaszcza okresu od 1980 r. Wiele trudu wkłada się, by ją opowiedzieć po swojemu, tak żeby zdezawuować innych, a wynieść swoich, by zniwelować wydawałoby się już utwardzoną prawdę i zastąpić ją własną.

Na tę falsyfikację składa się wiele zabiegów. A więc wyniesienie Lecha Kaczyńskiego właściwie na głównego lidera Solidarności, w miejsce „Bolka”, ale także innych postaci wokół Lecha Wałęsy. To jest przedstawienie walki lat 1980–81 po stronie społecznej jako konfliktu między niepodległościowcami, prawdziwymi solidarnościowcami a jakimiś lewakami ukąszonymi przez Hegla. Manipulatorami, którzy kręcili „Bolkiem” i szykowali się do zdrady w 1989 r.

No a potem jest III RP, Polska zdradzona, bękarcia, skorumpowana, oddana w pacht „Bolkowi” (z wstydliwym przemilczaniem roli braci bliźniaków w operacji doprowadzania do obrad Okrągłego Stołu, a potem Lecha Wałęsy do prezydentury), postkomunistom, najpierw tym wywodzącym się z komuny, a później kryptokomunistom lub tym, którzy się nimi stali, jak np. Donald Tusk. Ta opowieść ma wiele odsłon, nasila się właściwie bez przerwy od początku tego stulecia, gdy pojawiła się koncepcja IV RP, w ideologii i w praktyce.

Sam rok 1989 jest wkomponowywany w ciąg niesuwerennych uzależnień Polski, a to od Moskwy, a to od Brukseli, w jakieś dominia, w których odwiecznie demoniczną rolę odgrywają Rosja i Niemcy. Do momentu gdy za Polskę wzięli odpowiedzialność w 2005 r. bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy, a teraz już sam Jarosław – poza mgnieniem wiosny 1992 r., gdy to Jan Olszewski był premierem – tak naprawdę mieliśmy do czynienia z niepełną niepodległością, z komunizmem i jego rozmaitymi postkomunistycznymi mutacjami.

Ta konstrukcja pozwala zdyskredytować właściwie każdego konkurenta politycznego, wpisać jego działania w grzechy i zbrodnie III RP. Zbudować i wzmacniać ideę wielkiego przełomu, zbawiennej sanacji państwa i społeczeństwa. Pozwala też wpajać w masową wyobraźnię tezę o jedynie słusznym prawie do sprawowania władzy dla formacji, która od zawsze miała rację, nawet wtedy, gdy jej jeszcze nie było. Polityka historyczna właśnie do tego służy – produkuje znaki, sztance, gotowe frazy, po których użyciu już nic nie trzeba więcej tłumaczyć.

Tak więc to nawet nie chodzi o wynik wyborów, takich czy innych, w końcu mogą one być sfałszowane (jak choćby poprzednie samorządowe) bądź są po prostu nieporozumieniem (jak wygrana w wyborach prezydenckich 2011 r. Bronisława Komorowskiego). Chodzi o spełnienie woli wyższej, o zwycięstwo pełne – jak można usłyszeć – cokolwiek by to miało znaczyć. Zwycięstwo ostateczne jest ponaddemokratyczne, gdyż demokracja zakłada powyborczą zmianę władz, co jest oczywiście niepożądane – jest zatem niemal mistycznym aktem spełnienia i dopełnienia. Ta droga do pełnego zwycięstwa była i jest trudna, najeżona przeszkodami i tragediami, ma swoich bohaterów. Ich nowa lista zastępuje i wypycha na margines lub wręcz w niebyt czyny i persony wcześniej szanowane. Nie można nie przypomnieć haniebnych insynuacji czy wręcz oskarżeń wysuwanych ostatnio wobec Władysława Bartoszewskiego.

A najbardziej widomym przykładem takiej reinterpretacji jest niezwykle energicznie rozwijany kult żołnierzy wyklętych, który nie tylko przesłania legendę Armii Krajowej, ale też stawia na piedestale postaci kontrowersyjne, takie jak „Ogień” czy „Bury”, co można stwierdzić, odwiedzając Muzeum Historii II Wojny Światowej oraz w wielu innych miejscach. W tym tonie doskonale wypada oddawanie w Sejmie honorów Narodowym Siłom Zbrojnym, w czym uczestniczyła, niestety, także strona opozycyjna. To niedopowiedziane przeciwstawienie żołnierze wyklęci–AK ma podkreślić niezłomność „leśnych” już po zakończeniu wojny światowej, którzy stanęli do walki, mimo że jakichkolwiek szans na zwycięstwo nie było. I mimo tego, że zaczęły w społeczeństwie, ale też w środowiskach „starej Polski”, dominować nowe strategie przetrwania.

Polityka i propaganda

Wyklęci w jakiś sposób dopełniają kultu powstania warszawskiego, które od zawsze było historią prawie że osobistą braci Kaczyńskich, nie tylko ze względów rodzinnych, ale także dlatego, że jego tragedia odgrywała rolę symboliczną, jako danina krwi na rzecz przyszłej Niepodległej, co wprost pisali publicyści i poeci obozu nazywającego się patriotycznym. W tym sensie przegrana powstania stawała się jego wygraną, wielkim założycielskim zwycięstwem, fundującym nie 1989 r., ale 2015.

Cechą każdej polityki historycznej jest generalizacja i uproszczenie, czemu towarzyszy zazwyczaj radykalizacja. A prawdy z reguły są złożone, innych nie ma. Więcej – istnieje dużo prawd częściowych, które są wobec siebie antagonistyczne bądź w najlepszym stopniu komplementarne. Można być przeciwnikiem decyzji o wybuchu powstania warszawskiego, a jednocześnie oddawać cześć jego żołnierzom. Można doceniać bohaterstwo powstańców, ale jeszcze bardziej współczuć ludności cywilnej, rozpaczać nad jej dramatem. Można czcić Piłsudskiego za zamach majowy, ale doceniać przecież jego wkład w odzyskanie niepodległości. Takich zestawień nie brakuje. Wyjęcie jednego elementu, postawienie jednoznacznej dominującej tezy, jest wykluczeniem tych pozostałych. Wtedy kończy się historia, a zaczyna czysta polityka. A jeśli za czasów PRL władzy nie udała się adaptacja historii do ideologicznych potrzeb, zdumiewa wiara PiS, że uda się to w epoce rozwiniętej, multimedialnej komunikacji.

Zbliżające się stulecie odzyskania niepodległości wystawi na próbę tego rodzaju politykę i propagandę. Zwłaszcza że ten jubileusz może być porównywany z poprzednimi, także obchodzonymi w PRL, w innych warunkach i przy ówczesnych ograniczeniach. Tamta władza miała z rocznicami olbrzymi kłopot, niemniej z czasem zaczęła odpuszczać na tyle, że w 1978 r. obchodom oficjalnym, pogmatwanym ideologicznie, towarzyszyły publikacje i dyskusje na serio. To wówczas profesor Stefan Kieniewicz, zresztą na łamach POLITYKI, opublikował słynny już tekst o stu drogach prowadzących do niepodległości w 1918 r. Pod władzą komunistyczną pisał także o tradycjach i zasługach innych niż lewicowe, narysował szeroką panoramę polskich walk, usiłowań, trudów odświętnych i codziennych, w gospodarce i kulturze, nauce. I to w warunkach zaborczych, w trzech dzielnicach, jakże odmiennych od siebie, i odmiennie realizujących swój patriotyzm.

Dzisiaj pod władzą PiS nie ma miejsca na taką prawdę czy na postawienie pytania: a ile dróg, polskich i niepolskich, wiodło do roku 1989? Czy wyłącznie ścieg prowadzący od powstania warszawskiego, przez „żołnierzy wyklętych”, do Lecha Kaczyńskiego? Generalizacje i uproszczenia wyrzucają poza pole obserwacji i refleksji całe wielowarstwowe i wielowątkowe życie Polaków w PRL, na różnych jej etapach, w rozdarciu między oporem a przyzwoleniem, między akceptacją a buntem. Polaków, którzy nie mieli wówczas innego państwa i nie mieli gdzie się wynieść, przynajmniej wszyscy. Żyli i pracowali, zakładali rodziny, awansowali lub nie, odbudowywali i tworzyli, często z niezwykłym talentem. Stworzyli wiele dobra, wiele jakości, przechowali w sobie wartości i patriotyzm, wielokrotnie dali temu świadectwo i zostawiali ślady, które układały się w polskie drogi do niepodległości.

One często w ogóle nie pasują do opowieści dzisiejszej polityki historycznej, także te, które miały jednoznaczny charakter i sens polityczny. Jakże starano się rok temu, żeby zapomnieć polski Październik 1956 jako wydarzenie „lewicowe” z Gomułką jako jego bohaterem. Żeby wyrugować z pamięci i wdzięczności wielkie doświadczenie „rewizjonistyczne”, sygnowane dokonaniami, więzieniami, wymuszonymi emigracjami, represjami takich postaci, jak Kuroń, Modzelewski, Kołakowski, Pomian, Jedlicki, Geremek, potem Michnik i wielu innych. Wszystkie one są zamykane w szufladzie: komuniści, lewacy.

Zresztą nie tylko podobnej proweniencji dokonania i osoby są dzisiaj świadomie wypychane z zasług i historii. Także ludzie, którzy działali i walczyli w PRL, w warunkach politycznie narzuconych i koncesjonowanych, i którzy mimo wszystkich trudności wiele po sobie zostawili, są lekceważeni i pomijani. Tak jak działania Tadeusza Mazowieckiego, Stanisława Stommy i Jerzego Turowicza czy takich pism, jak „Więź” i „Tygodnik Powszechny”, by trzymać się jednego kręgu światopoglądowego, bliskiego Kościołowi.

Przy czym tej polityce historycznej towarzyszy pewien woluntaryzm, łaska nadania, kiedy niby jest jakaś zasada, sąd generalny, ale są od tego odstępstwa, jakieś wyjątki. Te trywialne, gdy twarzą specjalnych reform wymiaru sprawiedliwości zostaje poseł Stanisław Piotrowicz, były prokurator w PRL. I wtedy, gdy nieoczekiwanie w którejś z kampanii wyborczych Jarosław Kaczyński – szukając poparcia na Śląsku – chwalił Edwarda Gierka jako polskiego patriotę.

Swoisty radykalizm takiej polityki historycznej powoduje, że poza jej obszarem pozostaje doświadczenie milionów Polaków, znacznej większości, która nie jest w stanie odnaleźć się w losie żołnierzy wyklętych, a ich kult brzmi dla niej jako narzucony wyrzut sumienia. Jako dowód, że nie stanęli i nie oddali życia dla Polski. Młode pokolenie to kupuje, tak jak wcześniej kult powstania warszawskiego, bo cechą polityki historycznej jest świadome poruszanie i uruchamianie emocji społecznych, zwłaszcza na nutę patriotyczno-nacjonalistyczną. Wykorzystują to radykalne ruchy, dokładając w skrajnej postaci także rasizm i ksenofobię.

Trzeba mieć nadzieję, że rok obchodów niepodległości da szansę historykom, także tym na świecie, których interesuje historia Polski, aby pokazać meandry polityki historycznej obecnych władz. Płaskie opowieści podporządkowane interesom partyjnym, wzbudzające tani i agresywny nacjonalizm, ksenofobię, megalomanię narodową, będą musiały stanąć wobec wielu pytań o przeszłość, pytań trudnych i często dopiero otwartych, ale bezwzględnie potrzebnych.

To są, niestety, obok sukcesów i powodów do dumy, także fakty i wydarzenia wstydliwe, również te z okresu międzywojennego. Pytania o śmierć Gabriela Narutowicza i odpowiedzialność za to morderstwo prawicy narodowej – tego nie można w żadnej mierze zapomnieć. Tak jak spuścizny obozu piłsudczykowskiego za okres po przewrocie majowym, a już zwłaszcza za lata 30. Mówili o tym zaprzyjaźnieni z Polską znani historycy z Zachodu Norman Davies i Timothy Snyder.

Brak solidnej i uczciwej oceny blasków i cieni II Rzeczpospolitej, a nie sprzyja temu panujący klimat i angelizacja przeszłości, odkłada się jako niezrozumienie wielu fenomenów trwania historycznego. Przecież we wspomnianych latach 30. ujawniły się zjawiska i fenomeny, których recydywę widzimy dzisiaj w narastającej fali nacjonalizmu, w tolerowaniu przez władze zachowań i wezwań rasistowskich, w pogłębiającej się zimnej wojnie domowej i szerzeniu nienawiści do swoich i do obcych, jak by się ich nie definiowało.To są wreszcie zagubione gdzieś wielkie tradycje polskich ruchów politycznych tamtej epoki, choćby ludowego, socjalistycznego, tego prawdziwego i rodzimego, nawet chadeckiego. Wystawia się je jak gdyby poza wspólnotę patriotyczną, skazuje na osierocenie i zapomnienie.

Wszystkie te zjawiska charakterystyczne dla historii Polski międzywojennej wpisują się też w dramat demokracji, instalowanej triumfalnie po odzyskaniu niepodległości, a potem łamanej zamachem stanu, uwięzieniem przywódców opozycji, fałszowaniem wyborów i konstytucji, zmienianej fortelami i sposobami dalekimi od jakiejkolwiek normy i kultury politycznej. Nie sposób pozbyć się tutaj refleksji, że dzisiejsze kłopoty polskiej demokracji przeglądają się w tamtych jak w lustrze. Nie zapominajmy też, że gdy dzisiaj składamy wieńce przed pomnikami Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa, Daszyńskiego, Korfantego czy Paderewskiego, równając ich szereg i ustawiając obok siebie, popełniamy niejaki fałsz historyczny. Prawda, tworzą oni wspólny panteon narodowy, ale wówczas dzieliły ich różnice ogromne, często nienawiść, przepaści nie do zasypania; zresztą im dalej w historię, w kierunku 1939 r., tym głębsze.

Są też pytania sakramentalnie oczywiste, o przyczyny upadku II RP, zgodnie ze starą zasadą krakowskiej szkoły historycznej: jeśli diabli Polskę rozszarpali, to na ile winni temu byli sami Polacy? O błędy polskiego „imperializmu słabości”, gdy Polska między młotem i kowadłem III Rzeszy i Rosji Sowieckiej demonstrowała i egzekwowała swoją siłę wobec jeszcze słabszych, choćby Litwy i Czechosłowacji, oraz wobec Ukraińców, obywateli II Rzeczpospolitej. O przebieg kampanii wrześniowej, o powstanie warszawskie, o Jedwabne i jemu podobne. I tak dalej, aż po współczesność.

Przeszłość jest zbyt bogata, a Polacy na tyle wewnętrznie niepodlegli, że bajaniom historycznym nie ulegną i znowu dadzą odpór propagandzie. Niemniej jest pytanie, jak zasypać ślady po polityce historycznej, już po PiS, jak naprawić szkody. One się historiograficznie naprawią same i to szybko, gdy po prostu zlikwiduje się tę politykę historyczną, z jej całym bagażem i dzisiejszym formalnym wsparciem. Jeśli ma istnieć jakaś urzędowa polityka na tym polu, powinna być ograniczona i eksponowana w wymiarze bardzo odświętnym, wokół rocznic i faktów powszechnie aprobowanych i szanowanych, w takim – powiedzmy – wymiarze konstytucyjnym. Reszta powinna być swobodnym polem wolności myślenia i osądzania, na które wejść może każdy, ale nigdy na pozycji dominującej czy wręcz hegemonicznej.

Pojawi się problem ze szkodami, jakie zostaną w świadomości społecznej, w głowach ludzi. A jak to potrafi być niszczące, dewastujące, widzimy na polskich ulicach, choćby 11 listopada w Warszawie. Ale na to nie ma nic lepszego niż edukacja i odważne nazywanie rzeczy po imieniu. Także stawanie naprzeciw, nieustanne prostowanie, dopowiadanie, pokazywanie innych niż narzucone wcześniej – z pieczątką oficjalności – interpretacji. Bo nawet jeśli PiS w końcu przegra wybory, to nieodkłamana historia wciąż będzie dawać tej formacji siłę i szanse na powrót do władzy.

***

W cyklu raportów „Co po PiS?” pisaliśmy już: w nr. 4 o wyzwaniach po zmianie władzy, w nr. 5 o programie 500+, w nr. 10 o systemie edukacji, w nr. 14 o naszej polityce unijnej, w nr. 19 o gospodarczych projektach rządu PiS, w nr. 22 o konstytucji, w nr. 33 o nowej strefie euro, w nr. 36 o służbach specjalnych, w nr. 39 o emeryturach. Raporty dostępne na www.polityka.pl/copopis

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną