Jak PiS wykorzystuje w swoich rządach politykę historyczną

Historia na usługach
Do walki o teraźniejszość i kolejne dekady używa się przeszłości. Bo historia w polityce ma wielką przyszłość. Tak przynajmniej uważa obóz rządzący teraz w Polsce.
Droga do pełnego zwycięstwa była i jest trudna, najeżona przeszkodami i tragediami, ma swoich bohaterów. Ich nowa lista zastępuje i wypycha na margines lub wręcz w niebyt czyny i persony wcześniej szanowane.
Mirosław Gryń/Polityka

Droga do pełnego zwycięstwa była i jest trudna, najeżona przeszkodami i tragediami, ma swoich bohaterów. Ich nowa lista zastępuje i wypycha na margines lub wręcz w niebyt czyny i persony wcześniej szanowane.

Główną cechą polityki historycznej jest świadome poruszanie i uruchamianie emocji społecznych, zwłaszcza na nutę patriotyczno-nacjonalistyczną.
Mirosław Gryń/Polityka

Główną cechą polityki historycznej jest świadome poruszanie i uruchamianie emocji społecznych, zwłaszcza na nutę patriotyczno-nacjonalistyczną.

Wyklęci w jakiś sposób dopełniają kultu powstania warszawskiego, które od zawsze było historią prawie że osobistą braci Kaczyńskich.
Mirosław Gryń/Polityka

Wyklęci w jakiś sposób dopełniają kultu powstania warszawskiego, które od zawsze było historią prawie że osobistą braci Kaczyńskich.

audio

AudioPolityka Mariusz Janicki Wiesław Władyka - Historia na usługach

Trwa – kierowana przez rządowych wojewodów – akcja wymiany patronów ulic. Zmieniane są szkolne programy, listy lektur, ekspozycje w muzeach. Przejęte przez PiS instytucje kulturalne już zaczęły historyczną „reedukację”, a ten trend będzie się tylko nasilał w postaci finansowania słusznych zdaniem władzy filmów, sztuk teatralnych, wystaw, rekonstrukcji, rozmaitych akcji i religijno-patriotycznych eventów. Pojawił się nawet pomysł wyburzenia warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, wstępnie wsparty przez wicepremierów Glińskiego i Morawieckiego, a także wiceministra obrony Bartosza Kownackiego, który stwierdził, że polscy saperzy uporaliby się z tym zadaniem i byłby to „fajny prezent na stulecie niepodległości”. Kownacki dodał: „Budujmy prawdziwą politykę historyczną, taką, która będzie przypominała o rzeczach wielkich w naszej historii (…)”.

Polonocentryzm

Polityka historyczna (termin od kilku lat robi karierę i stał się stałym składnikiem leksykonu „nowej zmiany”) przejawia się na bardzo wielu polach, a wszystko wskazuje, że nasili się w roku obchodów stulecia odzyskania niepodległości. Własna opowieść o historii stała się chyba najważniejszym motywem ideologicznym PiS, służy wzmocnieniu legitymacji do rządzenia, procesowi wymiany elit, wykładowi, co jest słuszne i dobre, a co nie, wyposażeniu duchowemu narodu. A też polityce bieżącej.

Jakie są zasady i przesłania, które konstytuują politykę historyczną, uprawianą urzędowo albo spontanicznie, ale zawsze wedle pewnych zasad oraz bieżących potrzeb? Spróbujmy je jakoś uporządkować.

By zwycięstwa wyborcze PiS nie jawiły się jako przypadkowe, poddane demokratycznej huśtawce, a były wyrazem dziejowej sprawiedliwości, należy je – jak oczekuje władza – widzieć właśnie w tej perspektywie, czyli dziejów. Ma powstać wrażenie, że gdyby powstańcy styczniowi i warszawscy, żołnierze wyklęci i ci z Pierwszej Brygady mieli sposobność, głosowaliby na PiS. Bo obóz „nowej zmiany” ma się wywodzić z głębokiej tradycji walk niepodległościowych, z bohaterskich czynów powstańczych. Nawiązywać do najwspanialszych dokonań polskiej historii, do dumy i godności narodowej. Tu horyzont nie ma granic, jako że te wspaniałe wartości i czyny można odnaleźć już u zarania polskości.

PiS czuje się dziedzicem i kontynuatorem tego dorobku, jest z niego dumny. W odróżnieniu od innych, którzy uprawiają „pedagogikę wstydu”, grzebiąc się w rzekomych winach historycznych, w faktach pokazywanych jako właśnie wstydliwe. Zawłaszczona historia to, obok przejętego i na nowo zdefiniowanego „ludu”, drugi główny filar, na jakim Kaczyński opiera swoje panowanie. Daje się to psychologicznie uzasadnić: patetycznie ujęte dzieje narodu dają poczucie uczestniczenia w zakorzenionej, wielkiej wspólnocie, ta wielkość dzieli się na wszystkich członków tej wspólnoty; można z niej czerpać niejako bez wkładu własnego.

Pedagogika wstydu, którą Kaczyński znów przywołał 11 listopada, występowała wcześniej, zaczęła jednak dominować – według PiS – po 1989 r., a jej kulminacją były publikacje i dyskusje poświęcone zbrodni w Jedwabnem. Profesor Paweł Machcewicz na zarzut profesora Andrzeja Nowaka, że uprawia tego rodzaju historiografię wstydu, że nie rozumie, że zamiast rozprawiać o Jedwabnem, trzeba pisać o Westerplatte, odpowiedział: „I Jedwabne, i Westerplatte”.

Problem w tym, że taka postawa nie jest powszechnie akceptowana, bo utrudnia wzbudzanie egzaltacji narodowej, psuje jednowymiarowe opowieści i szkolne czytanki o historii, wystawia na próbę wyobrażenie o wyjątkowej roli Polaków w przeszłości i teraźniejszości. Przykładem są tu choćby korekty wprowadzone do ekspozycji przejętego przez PiS Muzeum Historii II Wojny Światowej, w której finałowe obrazy pokazujące uniwersalną, światową i ponadczasową grozę wojen, ich powtarzalność i powszechność zastąpione zostały wsobną opowieścią o polskim wyłącznie doświadczeniu. Polonocentryzm jest cechą nadrzędną i regułą porządkującą te ekspozycje i te opowieści. Towarzyszy temu tonacja patriotyczna, styl wzniosłości i patetyzmu.

Także w polityce konkretnej, dla której – pod tą władzą – sięganie po argumenty historyczne, zwłaszcza wobec sąsiadów, stało się normą. Obecnie, nie po raz pierwszy zresztą, historyczne racje używane przez polską stronę negatywnie wpływają na stosunki z sąsiadami Polski. Nawet jeśli można próbować zrozumieć te racje (powinny być traktowane na poważnie w dyskursie naukowym i społecznym), to przywoływanie ich na wewnętrzne potrzeby polityczne naraża na szwank polskie interesy dzisiaj i jutro. Te bieżące „potrzeby” służą nakręcaniu atmosfery zagrożenia, wzmacniają poczucie krzywdy, pozwalają prezentować Polskę jako zdaną wyłącznie na siebie. Cechą polskich (a dokładnie prawicowych) pretensji jest przede wszystkim wystawienie własnych rachunków strat, pretensji i żądań, z zasadniczą niechęcią do wsłuchiwania się w głosy stron przeciwnych. W efekcie polityka historyczna inspirowana przez PiS zaczyna zastępować politykę zagraniczną, stąd żądanie reparacji od Niemców, wiązanie katastrofy smoleńskiej ze zbrodnią katyńską, wymaganie, aby Ukraina wyrzekła się Bandery, przypominanie Francuzom, że słabo się spisali po wybuchu II wojny, więc niech teraz nie pouczają itp.

Są jeszcze inne wymiary politycznego używania historii. Poza tą wielką perspektywą moralną i wielowiekową istnieje ta o krótszej fali, dotycząca zdarzeń, z którymi PiS próbuje się połączyć bezpośrednio. To historia zwłaszcza okresu od 1980 r. Wiele trudu wkłada się, by ją opowiedzieć po swojemu, tak żeby zdezawuować innych, a wynieść swoich, by zniwelować wydawałoby się już utwardzoną prawdę i zastąpić ją własną.

Na tę falsyfikację składa się wiele zabiegów. A więc wyniesienie Lecha Kaczyńskiego właściwie na głównego lidera Solidarności, w miejsce „Bolka”, ale także innych postaci wokół Lecha Wałęsy. To jest przedstawienie walki lat 1980–81 po stronie społecznej jako konfliktu między niepodległościowcami, prawdziwymi solidarnościowcami a jakimiś lewakami ukąszonymi przez Hegla. Manipulatorami, którzy kręcili „Bolkiem” i szykowali się do zdrady w 1989 r.

No a potem jest III RP, Polska zdradzona, bękarcia, skorumpowana, oddana w pacht „Bolkowi” (z wstydliwym przemilczaniem roli braci bliźniaków w operacji doprowadzania do obrad Okrągłego Stołu, a potem Lecha Wałęsy do prezydentury), postkomunistom, najpierw tym wywodzącym się z komuny, a później kryptokomunistom lub tym, którzy się nimi stali, jak np. Donald Tusk. Ta opowieść ma wiele odsłon, nasila się właściwie bez przerwy od początku tego stulecia, gdy pojawiła się koncepcja IV RP, w ideologii i w praktyce.

Sam rok 1989 jest wkomponowywany w ciąg niesuwerennych uzależnień Polski, a to od Moskwy, a to od Brukseli, w jakieś dominia, w których odwiecznie demoniczną rolę odgrywają Rosja i Niemcy. Do momentu gdy za Polskę wzięli odpowiedzialność w 2005 r. bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy, a teraz już sam Jarosław – poza mgnieniem wiosny 1992 r., gdy to Jan Olszewski był premierem – tak naprawdę mieliśmy do czynienia z niepełną niepodległością, z komunizmem i jego rozmaitymi postkomunistycznymi mutacjami.

Ta konstrukcja pozwala zdyskredytować właściwie każdego konkurenta politycznego, wpisać jego działania w grzechy i zbrodnie III RP. Zbudować i wzmacniać ideę wielkiego przełomu, zbawiennej sanacji państwa i społeczeństwa. Pozwala też wpajać w masową wyobraźnię tezę o jedynie słusznym prawie do sprawowania władzy dla formacji, która od zawsze miała rację, nawet wtedy, gdy jej jeszcze nie było. Polityka historyczna właśnie do tego służy – produkuje znaki, sztance, gotowe frazy, po których użyciu już nic nie trzeba więcej tłumaczyć.

Tak więc to nawet nie chodzi o wynik wyborów, takich czy innych, w końcu mogą one być sfałszowane (jak choćby poprzednie samorządowe) bądź są po prostu nieporozumieniem (jak wygrana w wyborach prezydenckich 2011 r. Bronisława Komorowskiego). Chodzi o spełnienie woli wyższej, o zwycięstwo pełne – jak można usłyszeć – cokolwiek by to miało znaczyć. Zwycięstwo ostateczne jest ponaddemokratyczne, gdyż demokracja zakłada powyborczą zmianę władz, co jest oczywiście niepożądane – jest zatem niemal mistycznym aktem spełnienia i dopełnienia. Ta droga do pełnego zwycięstwa była i jest trudna, najeżona przeszkodami i tragediami, ma swoich bohaterów. Ich nowa lista zastępuje i wypycha na margines lub wręcz w niebyt czyny i persony wcześniej szanowane. Nie można nie przypomnieć haniebnych insynuacji czy wręcz oskarżeń wysuwanych ostatnio wobec Władysława Bartoszewskiego.

A najbardziej widomym przykładem takiej reinterpretacji jest niezwykle energicznie rozwijany kult żołnierzy wyklętych, który nie tylko przesłania legendę Armii Krajowej, ale też stawia na piedestale postaci kontrowersyjne, takie jak „Ogień” czy „Bury”, co można stwierdzić, odwiedzając Muzeum Historii II Wojny Światowej oraz w wielu innych miejscach. W tym tonie doskonale wypada oddawanie w Sejmie honorów Narodowym Siłom Zbrojnym, w czym uczestniczyła, niestety, także strona opozycyjna. To niedopowiedziane przeciwstawienie żołnierze wyklęci–AK ma podkreślić niezłomność „leśnych” już po zakończeniu wojny światowej, którzy stanęli do walki, mimo że jakichkolwiek szans na zwycięstwo nie było. I mimo tego, że zaczęły w społeczeństwie, ale też w środowiskach „starej Polski”, dominować nowe strategie przetrwania.

Polityka i propaganda

Wyklęci w jakiś sposób dopełniają kultu powstania warszawskiego, które od zawsze było historią prawie że osobistą braci Kaczyńskich, nie tylko ze względów rodzinnych, ale także dlatego, że jego tragedia odgrywała rolę symboliczną, jako danina krwi na rzecz przyszłej Niepodległej, co wprost pisali publicyści i poeci obozu nazywającego się patriotycznym. W tym sensie przegrana powstania stawała się jego wygraną, wielkim założycielskim zwycięstwem, fundującym nie 1989 r., ale 2015.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną