Młodzi Polacy podliczają państwo i głośno mówią „nie”!

Pokolenie NIE
Dorosło nowe pokolenie, które chce traktować państwo serio. Nie zamierza dostosowywać się do systemu, ale egzekwuje swoje prawa. Nie chce pracować za grosze w nadziei, że kiedyś się poprawi. Czy ta strategia im się opłaci?
Młode pokolenie zmieniło radykalnie stosunek do pracy.
Alamy/Getty Images

Młode pokolenie zmieniło radykalnie stosunek do pracy.

Młodzi Polacy w Europie nie czuja się gorsi. Nie zmagali się nigdy z potransformacyjnym mitem Zachodu, który towarzyszył ich rodzicom.
Igor Morski/Polityka

Młodzi Polacy w Europie nie czuja się gorsi. Nie zmagali się nigdy z potransformacyjnym mitem Zachodu, który towarzyszył ich rodzicom.

To, jak pokolenie NIE! rozumie sprawiedliwość czy wolność jeszcze wymyka się pojmowaniu starszego pokolenia.
Creativemarc/PantherMedia

To, jak pokolenie NIE! rozumie sprawiedliwość czy wolność jeszcze wymyka się pojmowaniu starszego pokolenia.

audio

AudioPolityka Agnieszka Sowa - Pokolenie NIE

Próbką tego, jak myśli owe pokolenie, może być relacja pomiędzy młodymi lekarzami a Izbą Lekarską. Protesty rezydentów wchodzą w nową fazę. Postanowili sztywno trzymać się Kodeksu pracy. Co systemowi ochrony zdrowia grozi zawałem, a im samym – przymieraniem głodem, bo żyli z nadgodzin. 40-letniemu lekarzowi nie przyszłoby do głowy wymagać pomocy finansowej od Izby, choć każdy ze 150 tys. medyków w Polsce od lat składa tam comiesięczną daninę. Młodsi o 10 lat koledzy uważają, że to oczywiste. – Ludzie z tego pokolenia, 25–30-latkowie, są tak wyraźnie różni od poprzednich roczników, jakby to byli przybysze z innej planety – mówi Jarosław Kuisz, redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”, historyk państwa i prawa, autor książki „Wypalone pokolenie”, która ukaże się za chwilę w druku.

Kuisz jest 40-latkiem i nauczycielem akademickim. Obserwował rówieśników, potem studentów sprzed 10 lat i wreszcie tych, którzy zaczęli przychodzić pięć lat później. Widzi, że to pokolenie inaczej traktuje pracę, inaczej rozumie słowo wolność, definiuje własne potrzeby, wreszcie zupełnie odmiennie, po nowemu, traktuje swoje państwo. Jeśliby – wzorem socjologów – spróbować nadać im jakąś łatkę, ci, którzy przyszli po Pokoleniu Babyboomu, po Iksach, Igrekach, zwanych Milenialsami (z tych ostatnich częściowo się wywodząc) – w każdym razie ci, którzy mają dziś po 25–30 lat – są z Pokolenia NIE!

Praca

Pierwsze NIE! powiedzieli w pracy. Przez dziesiątki lat w wielu zawodach, uznawanych za elitarne, obowiązywał pewien schemat: przychodzi się do szpitala, redakcji, kancelarii adwokackiej na prawach wyrobnika. Trzeba zapłacić frycowe. Zarabia się bardzo mało, pracuje ponad siły. Trzeba być elastycznym. Poświęcić się. Udowodnić swoją przydatność. Kolejne pokolenia wchodziły w te koleiny. – Ich rodzice pracowali bardzo intensywnie, ale mieli większe szanse, że zainwestowana energia się zwróci – mówi prof. Mirosław Filiciak, psycholog, m.in. szef projektu badawczego „Młodzi i media”. Było z grubsza wiadome, że teraz człowiek robi wszystko swoim kosztem, ale kolejnym krokiem będzie etat, potem wyższa pensja. Sukces.

W latach 2000. ten system się załamał. Gdy trochę starsi od nich spróbowali wejść do zawodów starymi metodami, okazało się, że etaty się skończyły. – A kolejne pokolenie młodych zdało sobie sprawę, że ścieżki szybkiego awansu, z jakich korzystali ich rodzice, już się nie powtórzą. Poczucie, że wszystkie karty zostały rozdane, zanim oni usiedli do stołu, rodzi frustrację.

Dziś 25-letni pracownik korpo, którego szef to 40-latek, ma przed sobą perspektywę 20 lat bez awansu. A często i bez etatu. Z nadzieją na osiągnięcie jakiej takiej niezależności finansowej w okolicach czterdziestki. Ich matki nierzadko czyściły toalety w Niemczech, żeby oni mogli skończyć studia. Udało się. Zrobili wszystko jak trzeba. Mimo to dalej muszą wyciągać rękę po pieniądze i być na garnuszku rodziców, zamiast im pomagać. – To straszne odpodmiotowienie tych młodych ludzi – mówi prof. Filiciak. – Przez lata zapewniano ich, że jak skończą studia, nauczą się języków i będą dobrzy w zawodzie, to będzie im się świetnie żyło, ale ta opowieść okazała się bajką. Na ich oczach marzenia o błyskotliwej karierze i domu za miastem przeistoczyły się w lęk przed wypaleniem zawodowym i kłopotami ze spłatą kredytu.

Nie widzą zatem powodu, żeby się poświęcać. – Ich rodzice, a przed nimi dziadkowie i pradziadkowie, całe życie mieli nadzieję, że „jak odzyskamy wolność, to będzie lepiej”, więc póki tej wolności nie było, zgadzali się ponosić koszty – dodaje Jarosław Kuisz. – Tylko tak przecież można wytłumaczyć zgodę społeczeństwa na plan Balcerowicza. Pokolenie NIE!, urodzone w wolnym kraju, już tej zakładki na wyrzeczenia nie ma, wyczynowy kapitalizm go nie interesuje, a transformację ustrojową uznało za zakończoną, zwłaszcza że jej nie pamięta. Zmieniło zatem radykalnie stosunek do pracy. Nie tylko odmawia płacenia frycowego, ale też deklaruje wprost: „dla mnie praca nie jest w życiu najważniejsza”. Mówi szefowi, że nie może zostać dłużej w firmie, bo o 18 ma jogę, a w weekend chce odpoczywać. Wyłącza telefon i nie odbiera maili po godzinach. Bardzo pilnuje swojego prawa do oddzielenia życia prywatnego od zawodowego (work-life balance).

Specjaliści od rekrutacji w dużych firmach opowiadają sobie ze zdziwieniem o pracownikach, którzy próbują narzucać dyrektorom HR godziny spotkań w sprawie o pracę – mogą tego i tego dnia, o tej porze albo wcale. Oczekują informacji zwrotnej o tym, czym firma zamierza ich sobie zjednać; nie respektują hierarchii, do potencjalnych szefów piszą albo mówią na ty; wchodzą w dyskusję i krytykują firmę, w której dopiero starają się o pracę – to im się nie podoba, tamto jest sprzeczne z ich systemem wartości. A potem – skaczą z kwiatka na kwiatek, średnio co dwa, trzy lata zmieniając miejsce pracy. Według niedawnych badań LinkedIn liczba firm, dla których absolwent pracuje w ciągu pierwszych pięciu lat po ukończeniu studiów, w tym pokoleniu niemal się podwoiła.

Dla szefów, 40- i 50-latków, czyli przedstawicieli pokolenia, które całe poczucie własnej ważności budowało na sukcesie w pracy, a na ludzi zbyt często ją zmieniających patrzyło podejrzliwie, stosunek NIE! do firm jest wręcz niewyobrażalny. – Jednak jest w tym racjonalność. Oni już wiedzą, że mogą żyć na niższym poziomie niż ich rodzice. A skoro upadła opowieść o niekończącym się wzroście i równych szansach, to praca zarobkowa po prostu nie może być całym ich życiem – mówi prof. Filiciak.

Jednocześnie starają się, żeby miała sens pozafinansowy. Pytają firmy, w których chcą się zatrudnić, o ich inicjatywy społeczne. Angażują się w wolontariat pracowniczy. Szukają nie tyle wyższych zarobków, ile szansy na rozwój i pracę, która daje poczucie samorealizacji i spełnienia, nie tylko w znaczeniu: „kariera”. Coraz częściej wybierają organizacje pozarządowe zamiast korpo. A jeśli już są w korporacji, to po pracy wyżywają się w wolontariacie. W domach dziecka, placówkach opiekuńczych, hospicjach, schroniskach dla zwierząt.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną