Niekończąca się historia odszkodowań dla rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej

Przedsiębiorstwo „Smoleńsk”
Okazuje się, że państwo wciąż wypłaca zadośćuczynienia rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej. Nie wiadomo jednak do końca, wedle jakich reguł i jak długo może to potrwać.
Lotnisko w Smoleńsku
Jan Kucharzyk/EAST NEWS

Lotnisko w Smoleńsku

Ponad stu członków rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej dostało dotąd od Skarbu Państwa około 70 mln zł. Sumę taką – w odpowiedzi na zapytanie poselskie – podał właśnie resort obrony narodowej (na udzielenie tej informacji potrzebował siedmiu miesięcy, a i tak wyjaśnienie jest niezbyt jasne).

Znamienne jest już to, że jedynie niewielka część tej sumy (1,6 mln) została przyznana tytułem zadośćuczynienia lub odszkodowania po zwykłym postępowaniu sądowym. Zdecydowana zaś większość to efekt też zawieranych przed sądem, lecz już w innym trybie, tzw. ugód, których stroną jest MON. W ich wyniku wypłacono ofiarom albo ponad 69 mln, albo prawie 85 mln – w tym właśnie punkcie wojskowi rachmistrze są nieprecyzyjni. Tak czy tak – to spore sumy.

Lecz mimo to nie one są tu najważniejsze. Śmierci nie sposób, jak się wciąż w każdym razie niektórym wydaje, przeliczyć na pieniądze.

Nieprzejrzyste reguły przyznawania odszkodowań rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej

Istotniejsze jest, że sprawa odszkodowań załatwiana była i jest według mocno nieprzejrzystych reguł. MON traktuje ją – jak widać – niczym tajemnicę państwową, wartą szczególnej ochrony.

Pytanie, czy nie chodzi tu o ukrycie a to wysokości kwot, na które „ugodzono się” z poszczególnymi rodzinami (i w efekcie ujawnienia ewentualnych różnic w traktowaniu tychże podczas negocjacji), a to przypadków kilkukrotnego sięgania po pieniądze z tytułu tej tragedii. Bo że takie sytuacje się zdarzały, wiadomo dzięki mediom. Symbolem stała się w tej mierze p. Beata Gosiewska. Podobnie jak inni bliscy ofiar tragedii dostała ona niedługo po katastrofie zadośćuczynienie od Skarbu Państwa (w sumie 750 tys.) plus 40 tys. jednorazowej pomocy od rządu oraz 100 tys. odszkodowania z kancelarii Sejmu, a wreszcie comiesięczną rentę (po 2 tys. złotych) dla osieroconych dzieci do czasu ukończenia przez nie nauki. Nie zawahała się jednak po pewnym czasie zgłosić nowych roszczeń – na kwotę, bagatela, 5 mln złotych. Jak ustalił portal OKO.press, motywowała je tym, że kariera polityczna jej tragicznie zmarłego męża dynamicznie się rozwijała, mógłby więc zarabiać coraz więcej i więcej. Tymczasem ona – jako wdowa – musi mieszkać z dziećmi na 48 metrach kwadratowych, a córce renta nie wystarcza na kontynuowanie terapii dla dyslektyków.

Trudne do uwierzenia? Owszem. Również dlatego, że p. Gosiewska po śmierci męża znacząco awansowała zawodowo i finansowo – startując w jego dawnym okręgu, najpierw została wybrana do Senatu, a obecnie zasiada w europarlamencie. Głodem więc raczej nie przymiera.

Podobnie błyskotliwe i dochodowe kariery polityczne zrobiło kilka innych pań – czy to żon, czy córek ofiar tej tragedii. Pytanie, jak w ich przypadku wygląda historia zadośćuczynień? Nie mówiąc już o tym, że reprezentują one akurat ugrupowanie, które katastrofę smoleńską kreuje jako ofiarę dla ojczyzny.

Jest wreszcie pytanie ostatnie: jak długo jeszcze będzie można ciągnąć kasę z tej tragedii.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną